Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2012

Zrobiło nam się tutaj bardzo męsko, bo ostatnio użyłam tego wyrażenia pisząc o łydce, a dziś o booktalkingu. Ale o ile poprzedni post z powodzeniem mogłam zatytułować inaczej, teraz nie mam już wyboru – bo jak inaczej napisać o tym, że byliśmy dziś na konkursie, gdzie o książkach gawędzili trzej uczniowie z naszej szkoły?

Trzech wspaniałych: Bartek, Artur, Patryk.

Trzech wspaniałych: Bartek, Artur, Patryk.

Patryk, Artur i Bartek stanowili jedyny team składający się wyłącznie z chłopców wśród wszystkich drużyn, które zgłosiły swój udział w konkursie „Booktalking, czyli gawęda o książce…” zorganizowanym przez Starostwo Powiatowe w Będzinie oraz Zespół Szkół Ogólnokształcących i Technicznych w Wojkowicach. Niezwykłe o tyle, że wśród młodzieży szkolnej większość to czytelniczki, panowie są raczej w odwrocie.

booktalking02

Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia na raz z taką ilością młodzieży, która przekonuje innych do sięgnięcia po książkę. Uczestników było aż 40 (z tego 24 z gimnazjów), więc i konkurs trwał odpowiednio długo: same prezentacje uczniów ciągnęły się prawie 5 godzin! To był po prostu maraton booktalkingowy!!!

Konkurs rozpoczął prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej, który opowiadał o „Kazaniach świętokrzyskich”, swoim ulubionym dziele.

Konkurs rozpoczął prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej, który opowiadał o „Kazaniach świętokrzyskich”, swoim ulubionym dziele.

Można było zachęcać do czytania na różne sposoby: odczytując fragmenty książki, wykorzystując rekwizyty, przebranie, prezentacje multimedialne czy muzykę. Można było też zrobić to inaczej: Gimnazjum nr 1 z Będzina „opowiedziało” np. o książce „Oskar i pani Róża” bez słów. Obejrzeliśmy scenkę, której towarzyszyła piękna piosenka z płyty Zbigniewa Preisnera „Głosy” (w wykonaniu Grzegorza Turnaua), a jedyne informacje dostaliśmy w postaci plansz, które pisał dla nas mały bohater.

Oczywiście wspomniałabym o tym konkursie bez względu na jego wyniki, ale jest mi o wiele milej to robić, bo wszyscy trzej panowie z naszej szkoły wyjechali z Wojkowic z nagrodami!

Wyniki konkursu ogłasza Pani Bożena Staszewska z jury – dyrektorka Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Będzinie. Po lewej Pani Bożena Łabacz, organizatorka konkursu.

Wyniki konkursu ogłasza Pani Bożena Staszewska z jury – dyrektorka Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Będzinie. Po lewej Pani Bożena Łabacz, organizatorka konkursu.

W kategorii „gimnazja” Artur Wydra zdobył Grand PrixBartosz Godzisz zajął II miejsce, a Patrykowi Zojdź przyznano wyróżnienie. Chłopcy – gratulacje! 🙂

Tutaj można obejrzeć, jak prezentowali się nasi uczniowie:

Chłopców do konkursu przygotowały następujące nauczycielki: Bartka – Kamilla Rybarz, Artura – Agnieszka Kosek-Jabłońska, Patryka – ja.

Przygotowując się do konkursu korzystaliśmy z Patrykiem m.in. z tej strony. Napisano tam, czym charakteryzuje się prezentacja booktalking.

Read Full Post »

Oj, dostałoby mi się za ten tytuł od prowadzących wczorajszą konferencję “Cyfrowa szkoła – czyli jaka?”.

Bo to tytuł zwodniczy, który może sugerować użytkownikowi internetu zupełnie inne treści, niż w rzeczywistości zawiera poniższy tekst. Już widzę, jak trafiają tutaj np. kulturyści albo studenci medycyny, którzy poszukują informacji o dolnej części nogi.

A to tylko relacja ze spotkania, które w katowickim WOM-ie przeprowadzili redaktorzy czasopisma “Edu Fakty – Uczę Nowocześnie” (EFUN) – Janusz S. Wierzbicki, Maciej Kułak i Bartosz Krzyżaniak.

Łydka będzie jednak usprawiedliwiona, bo mówiliśmy między innymi o tym, jak występować przed kamerą, żeby uniknąć czyhających na indagowanych pułapek – i nieważne, czy materiał nagrywa regionalna telewizja, czy może szkolne koło dziennikarskie.

Są takie konferencje, podczas których kontemplowanie pęknięć na ścianach czy studiowanie faktury własnych paznokci jest o wiele bardziej fascynujące, niż przysłuchiwanie się prelegentom. Nie w tym wypadku.

To było drugie spotkanie organizowane przez EFUN, na którym byłam. Pierwszym była marcowa konferencja „Mobilna edukacja w XXI wieku”. Było równie ciekawie, żywiołowo i dowcipnie, jak wczoraj. Prowadzący nie mają żadnego problemu, żeby przyciągnąć uwagę odbiorców. To umiejętność godna pozazdroszczenia (szczególnie zazdrośni powinni być nauczyciele).

Konferencję otwarł wykład dotyczący cyfrowej szkoły. Mówiono o tym, jak ją budować i czym się kierować przy jej tworzeniu. Już przy omawianiu zadań takiej szkoły okazało się, że nie różnią się one niczym od zadań stawianych zwykłej szkole. Większość osób na sali chyba odetchnęła 🙂

O pięciu „W” mówi Janusz S. Wierzbicki.

Z wiadomych względów najbardziej zainteresowana byłam wykładem „Jak przygotować artykuł lub komunikat na potrzeby internetu lub czasopisma?”

Na początek trzeba wiedzieć, że tekst dla użytkownika sieci nie może być pisany tak samo, jak dla czytelnika gazety. O ile ten ostatni decyduje o tym, czy przeczyta cały artykuł po pierwszych 50 słowach, to internaucie wystarczy takich słów prawie połowę mniej (to oczywiście średnie wartości).

Myślę, że ta zasada odnosi się głównie do tekstów informacyjnych, a nie tych publikowanych na blogach tematycznych, które bez względu na długość i zawartość pierwszych zdań i tak przeczytają ci wszyscy, którzy mają ten blog w ”ulubionych”.

Oto garść porad z wykładu o pisaniu tekstów:

  • Należy trzymać się zasady „5W” – tekst ma odpowiadać na pytania: who?, what?, where?, when? why? Trzeba wiedzieć, które z odpowiedzi na te pytania będą dla czytelnika najważniejsze i tak pisać.
  •  Po tytule nigdy nie stawiamy kropki!
  •  Lead (obecnie dopuszczalna jest polska forma „lid”) – to łącznik między tytułem a tekstem, ma zachęcać do dalszej lektury i musi być krótki (do 150 znaków). Co najważniejsze: lid nie jest początkiem tekstu, a stanowi osobny byt. Może być cytatem, myślą przewodnią, a najlepiej, żeby był błyskotliwy 🙂
  •  Tekst musi być podpisany.
  • Jeżeli stosujemy w tekście podtutuły, musi być ich co najmniej dwa.
  •  Podpisy pod grafiką są konieczne – czytelnik nie może mieć wątpliwości, kogo lub co przedstawia zdjęcie.

Najczęstsze błędy w tekstach:

  •  Źle podane nazwiska i nazwy – trzeba je zawsze dobrze sprawdzić i prawidłowo napisać. (Podobnie rzecz ma się ze stopniami naukowymi). A przy okazji: najpierw piszemy nazwisko osoby, potem jej funkcję.
  •  Należy pomijać wyrażenia, które nic nie wnoszą, np.: „w gruncie rzeczy”, „właściwie”, „jak gdyby”. (Ale właściwie, czy one w gruncie rzeczy jak gdyby zawsze nic nie wnoszą? 😉 )
  • Nie należy nadużywać wielokropków (uwielbiam) i wykrzykników (im jest ich mniej, tym mają większą rangę). Poza tym nie stosować w tekście pytań, na które sami dajemy odpowiedzi (ależ to jest urocze!).
  • Wystrzegajmy się zwrotu: „podsumowując” i powtórzeń wyrazów (chyba, że to celowy zabieg stylistyczny).
  • Jeżeli używamy całej nazwy jakiegoś ministerstwa piszemy ją wielką literą, ale już np. w zdaniu „…dlatego ministerstwo edukacji planuje…” piszemy tę nazwę z małej litery.
  • Przykłady błędnych zwrotów, które często są powielane: „dnia 9 grudnia br.” (wiadomo przecież, że nie „miesiąca 9 grudnia”), „dwa tygodnie czasu”, „krótka chwila”.
  • Tekst ma być prosty, jasny i zwięzły, dlatego należy unikać rozbudowanych zdań (które uwielbiam) oraz pustosłowia, wyświechtanych zwrotów i banałów (czasami trudno im się oprzeć…)
  •  Z dwóch synonimów należy wybrać krótszy (a jeżeli ten dłuższy jest piękniejszy? :))

Ostatni wykład „Szkoła w medialnym świecie” poświęcony był pracy z kamerą – czyli temu jak filmować i jak być filmowanym. Dochodzimy więc do łydki, którą umieściłam w tytule.

Otóż idąc na nagranie do studia panowie powinni założyć spodnie z niezbyt szeroką nogawką i dłuższe skarpetki – żeby, siedząc, nie świecić wyzierającymi spod spodni łydkami. Poza tym powinni dać się przypudrować – aby wyeliminować świecenie twarzy. Kobiet raczej nie trzeba do tego zmuszać 😉

Szarości i błękity to kolory, które najlepiej prezentują się na ekranie. Biała koszula często wychodzi na nagraniu, jakby była brudna. Zaprezentował to prowadzący wykład, ustawiając się dobrowolnie przed kamerą. I rzeczywiście, na ekranie jego koszula przybrała zastanawiający odcień szarości.

Nie należy też zakładać do nagrań dużej biżuterii i ubrań we wzorki – to już rada dla pań. Ale przede wszystkim należy zadzierzgnąć przyjaźń z operatorem kamery, bo od niego zależy, jak zostaniemy skadrowani, czyli: czy dobrze wyjdziemy na nagraniu.

Tylko najodważniejsi zdecydowali się stanąć przed kamerą, żeby pokazać, jak nas widzą oglądający.

Zawsze należy pytać dziennikarzy (czy tych z kamerą, czy tylko z mikrofonem) o temat pytania, które nam zadadzą, żeby móc przygotować się do odpowiedzi.

Dobrze jest dowiedzieć się wcześniej, czy nagranie będzie dłuższe, czy też dziennikarzowi zależy na krótkiej wypowiedzi, tzw. „setce”. Dawniej setka trwała 1oo sekund (stąd nazwa), dziś wartość czasu antenowego wzrosła, w związku z tym setka zmalała. Zminimalizowano ją do 12-15 sekund.

Na zadane przez dziennikarza pytanie odpowiadamy całym zdaniem, żeby utrudnić ewentualne próby manipulacji naszą wypowiedzią (np. wycięcie samych słów „tak, oczywiście”).

I pamiętać – o czym nie pamiętał pewien polityk, mówiąc o „małpie w czerwonym”, że każdy mikrofon znajdujący się w pobliżu należy traktować jako włączony.

No i nie mówimy do kamery na wprost (bo to nie orędzie ;-)), a w bok, do zadającego pytanie.

I na koniec: warto mieć w szkole miejsce, gdzie – jeżeli media często zaszczycają nas swoją obecnością – będziemy przyjmować dziennikarzy. Najlepiej jakieś tło bez rur, odchodzącej lamperii, plam, tabliczek i – uwaga – kwiatków!

Przy pisaniu warto korzystać ze strony logios.pl, która określa poziom trudności tekstu. Wystarczy wkleić do okienka kawałek tego, co napisaliśmy, a dowiemy się, jak bardzo nasz tekst jest złożony i przez jakich czytelników może zostać zrozumiany. Spróbowałam to zrobić z powyższym wpisem. Jedną cześć program ocenił tak:

„FOG dla Twojego tekstu: 11-12 lat edukacji, DIAGNOZA: język dość trudny (matura)”, inny kawałek tak:

„FOG dla Twojego tekstu: 9-10 lat edukacji, DIAGNOZA: język zalecany w komunikacji publicznej (standard plain language)”.

_____________

Konferencję zorganizowały: Pedagogiczna Biblioteka Wojewódzka im. Józefa Lompy w Katowicach, „Edu Fakty” i SBP.

Read Full Post »

Ten dzień minął prawie tydzień temu, ale uważam, że powinno obchodzić się go codziennie.

Dostałam dziś od znanych Wam dobrze Przyjaciół naszej biblio, Agnieszki i Grzegorza PruciaMumags Travellers taką kartkę:

Kartka to oczywiście nie wszystko. Były też załączniki 🙂

Większość z książek to egzemplarze recenzenckie, która Agnieszka po przeczytaniu i opisaniu postanowiła po raz kolejny przekazać naszej bibliotece. A do nich – wesołe zakładki i kalendarzyki na przyszły rok.

Dziękujemy, dziękujemy! I to bardzo! 🙂

Ponieważ wpis umieszczam od razu dziś i nie jestem w stanie przeczytać książek, żeby o nich tutaj napisać, odsyłam Was do recenzji Agnieszki:

Piotr Strzeżysz „Makaron w sakwach”

Marek Wałkuski „Wałkowanie Ameryki”

Anna i Robert Maciąg „Podręcznik przygody rowerowej”

A przy okazji mam dla czytelników tego blogu informację od Agnieszki i Grzegorza, którzy w zeszłym roku wydali książkę „Podróże małe i duże”.

Otóż ci, którzy chcieliby ją nabyć (wraz z dodatkami!), mogą to zrobić w grudniu po preferencyjnej cenie, bo zmniejszonej o koszt wysyłki, który pokryją autorzy. A wszystko na hasło „biblioteka” podane w mailu. Zamówienia przyjmowane są na adres: podroze.male.i.duze@wp.pl

Informacje o książce znajdziecie na ich blogu i Facebooku.

Pisano też o niej w „GW”.

Read Full Post »

Dziś Światowy Dzień Pluszowego Misia, ale pluszu nie będzie – za to trochę brązu, tak około 60 kg. 🙂

Piotr, mój znajomy z Łodzi, przypomniał mi o ulubieńcu dzieciaków, którego pomnik (czy raczej pomniczek) stoi przy głównej ulicy miasta, Piotrkowskiej 87. Odsłonięto go 3 lata temu w październiku w ramach projektu „Łódź Bajkowa”.

Rok temu zrobiłam misiowi o klapniętym uszku prawdziwą sesję:

Uszatek trzyma w łapce plan Łodzi. Napisano na nim: Łódź mi się podoba 🙂

Wcześniej pisałam o misiu angielskim, znanym z tego, że miał mały rozumek, w tym roku pora na naszego rodzimego misia, który szczyty popularności ma niestety już za sobą.

Książkę o przygodach Uszatka wydano po raz pierwszy w 1960 r. („Przygody i wędrówki Misia Uszatka”), a jej wielkie powodzenie sprawiło, że do 1970 r. powstawały kolejne części o jego perypetiach (w sumie pięć).

Uszatka stworzył literacko Czesław Janczarski, pisarz i poeta, który od 1957 r. był też redaktorem naczelnym dwutygodnika dla najmłodszych „Miś” – pierwszego po wojnie czasopisma dla dzieci (notabene przestało wychodzić w 2010 r.)

Ostatnio dostałam w spadku trzy roczniki „Misia” z lat 80. i przeglądając je, przypomniałam sobie dziecięce radości z obcowania z tym pisemkiem.

Janczarski wyjaśnia, co różni jego postać od innych pluszowych bohaterów: „Od innych misiów wyróżnia go opuszczone uszko. A to dlatego, żeby bajki, które mu wleciały jednym uchem, nie wyleciały drugim i żeby mógł je potem dzieciom opowiadać”.

Miś z kolei twierdził, że oklapnięte uszko to wynik smutku spowodowanego tęsknotą do dzieci, której doświadczył, oczekując na nie w sklepie z zabawkami.*

Miś, którego stworzył Janczarski, to jedno, ale w świadomości tych, którzy go pamiętają żyje w postaci, którą nadał mu rysownik – Zbigniew Rychlicki.

Ilustracja Zbigniewa Rychlickiego do opowiadania „Odrzutowiec” z „Nowych przyjaciół Misia Uszatka”, wyd. 3, 1976 r.

Uszatek stał się tak popularny, że na podstawie jego przygód już w 1962 r. nakręcono film. Prawdziwym celebrytą nasz miś stał się jednak dopiero po roku 1975, kiedy łódzki „Se-ma-for” stworzył serial z lalkowym Uszatkiem. Nakręcono ponad 100 odcinków i emitowano je co tydzień na dobranockę. Pamiętacie? Do dziś brzmi mi w uszach głos Mieczysława Czechowicza, który użyczył głosu „temu misiu”. 😉

To pierwszy odcinek bajki:

Film o Uszatku to nasz towar eksportowy – oglądały go dzieci m.in. w Słowenii, Katalonii, Słowacji i na Węgrzech. W Holandii Uszatek nazywa się bardzo groźnie: „Teddy Hangoor”, a w Japonii: „Oyasumi Kuma-chan” 🙂

Gdyby ktoś chciał podszkolić japoński, bardzo proszę:

A na koniec ujęcie z bajkowym przybyszem z dawnych lat :):

* Informacje o Uszatku zaczerpnęłam z książki Barbary Tylickiej „Bohaterowie naszych książek. Przewodnik po literaturze dla dzieci i młodzieży” (Wyd. Literatura, 1999).

Read Full Post »

Już prawie miesiąc Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie prezentuje nową fasadę. Budynek zmienił wizerunek, ale przeszedł też termomodernizację – teraz zimą będzie o wiele cieplej i bibliotekarzom, i czytelnikom.

Tak do niedawna wyglądała nasza biblioteka miejska, którą oddano do użytku w 1976 r.:

 

A tak prezentuje się obecnie:

 

Z rozmysłem czekałam z publikacją tego postu, bo dodatkowo siedzibę zmieniała niedawno jedna z placówek biblioteki – Filia nr 2.

Do tej pory mieściła się w domu przy ul. 1-go Maja – na tzw. starym Warpiu. Od 19 listopada funkcjonuje 450 m dalej, w jednym z bloków na osiedlu Nowe Warpie, przy ul. 35-lecia PRL 1.

W nowym miejscu większy komfort odczują czytelnicy, bibliotekarka i same książki, bo będzie tam o wiele cieplej, niż w starym domku dawnego osiedla górniczego.

Filia nr 2 MiPBP w Będzinie w nowym miejscu, przy ul. 35-lecia PRL 1.

Nie bez przyczyny piszę o tej filii.

Bo to jest właśnie TA filia. Ta, w której wszystko się zaczęło: moja fascynacja biblioteką i pracą bibliotekarza. Moja pierwsza, ukochana biblioteka z dzieciństwa, przed którą latem wysiadywaliśmy na murku, czekając, aż przyjdzie bibliotekarka, pani Małgosia, która mieszkała nieopodal. Książki do wymiany trzymane w garści, pogaduszki o tym, co można by wypożyczyć i o tym, co się właśnie przeczytało – tak to pamiętam.

Te zdjęcia zrobiłam podczas wizyty w maju. Tak wyglądała „moja” filia jeszcze do niedawna:

 

I wyprowadzka:

W drzwiach bibliotekarka, Pani Wiola (i miś). Na pożegnanie dzieci namalowały jej kredą na drzwiach aniołki, serduszka i kwiaty 🙂

Kiedy opisywałam tutaj jak zaczęło się moje bibliotekarskie szaleństwo, wspomniałam, że mając lat trzynaście przepisałam do brulionu cały „Wykaz działów katalogu rzeczowego dla małych bibliotek publicznych” razem z indeksem (w oprac. J. Czarneckiej z 1979 r.). Wypożyczyłam go właśnie z tej filii i pamiętam – zdziwiłam bibliotekarkę, że interesuje mnie takie wydawnictwo.

Nie mogłam do tej pory znaleźć tego zeszytu i bardzo nad tym ubolewałam, bo była to dla mnie cenna pamiątka. A tu proszę – ostatnio odnalazł się u mojej siostry! Tylko ona wie, jakie okrzyki radości i niedowierzania wydałam, kiedy mi go wręczała, bo byłam pewna, że zaginął już bezpowrotnie.

Proszę, tutaj można podejrzeć efekty zaangażowania pewnej nastolatki, która chciała zostać bibliotekarką 😉

„Wykaz działów…”

Indeks do „Wykazu działów…”

Read Full Post »

70 lat temu na ulicy w Drohobyczu (dziś na Ukrainie, przed II wojną światową leżącym na obszarze II Rzeczpospolitej) gestapowcy zastrzelili Bruno Schulza, pisarza, gimnazjalnego nauczyciela rysunków, prac ręcznych i matematyki, autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. To konieczne wyjaśnienia, bo większość gimnazjalistów z twórczością Schulza dopiero się zetknie.

Autoportret Bruno Schulza. Źródło: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, W-wa 2011, s. 11.

Pisarz miał już wyrobione papiery, które pozwoliłyby mu na wydobycie się z drohobyckiego getta. Niestety, nie przydały się. Schulz nie ma mogiły, bo nie wiadomo, gdzie pochowano jego i innych zamordowanych tego dnia mieszkańców miasta.

Mija dziś rocznica jego śmierci, ale w lipcu minęła też 120. rocznica urodzin.

Wyjmuję z półki książkę Wiesława Budzyńskiego „Uczniowie Schulza” (PIW 2011).

A tam tak – czasami odmiennie – wspominają go ci, których uczył w Gimnazjum Władysława Jagiełły:

Wspomina Julian Szklarski:

„Pamiętam, ukazała się ta jego książka „Sklepy cynamonowe”. Kupiliśmy tę książkę i zaczęliśmy czytać. Myśleliśmy, że to o sklepach, w których sprzedawano „szwarc, mydło i powidło”. Taki bowiem charakter miała większość sklepów w Drohobyczu i okolicznych miastach. Nie rozumieliśmy tej książki. Mówiliśmy „myszygene” (szalony) Schulz. I nie tylko uczniowie tak myśleli… ” (s. 33)

Antoni Deręgowski:

„(…) kiedy w końcu dowiedzieliśmy się, że napisał tę książkę, że to jest, jak mówiono, literat, chociaż nawet nie bardzo wiedzieliśmy, kto taki ten literat, to już sam fakt, że ten człowiek, nasz profesor, napisał książkę, to było coś i postanowiliśmy, że musimy ją zdobyć. Nie pamiętam, czy ją kupiliśmy, czy pożyczyliśmy z biblioteki. Wziąłem do ręki, próbowałem czytać, przeczytałem parę linijek i nic z tego nie zrozumiałem!” (s. 20)

Bruno Schulz – projekt exlibrisu biblioteki gimnazjum Władysława Jagiełły w Drohobyczu. Źródło rys.: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, Warszawa 2011, s. 62.

Alfred Schreyer:

„Oryginalna postać, którą trudno zapomnieć, i nie to, żeby miał jakieś cechy zewnętrzne, które rzucały się w oko… Najważniejszą cechą charakteru Schulza była niesłychana skromność. To kogoś, kogo – jak to się mówi – nie słychać i nie widać. Był człowiekiem niezwykle dobrym, sprawiedliwym, nigdy nikomu nie wyrządził żadnego zła. Zawsze cichy, nie podnosił głosu. Jedyny raz, kiedy głos podniósł i dziennikiem ucznia uderzył, to była w gimnazjum wielka sensacja, niesłychany wypadek, że Schulz coś takiego zrobił. Ale to już go ten uczeń musiał bardzo, bardzo wyprowadzić z równowagi.” (. 29)

Cecylia Pawlukiewicz:

„Moja starsza siostra Kazia była wtedy w 6 klasie. To już ostatnia klasa przed gimnazjum. Ją też Schulz uczył. I ona miała nawet tę odwagę, że poprosiła kiedyś o wpis do pamiętnika. Narysował śliczną tancereczkę w ruchu.” (s. 86)

Rysunek Schulza w pamiętniku uczennicy. Źródło rys.: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, Warszawa 2011, s. 67.

Karol Skrężyna:

„Ja nie powiedziałbym, że Schulz był zawsze łagodny. Owszem, był uprzejmy, ale jemu bardzo dokuczali na lekcjach; nie umiał dyscypliny utrzymać i ratował się bajkami. Raz to wściekł się na tego Moroza, bo to chuligan i ciągle dokuczał, a Schulz, jak miał linijkę w rękach, tak go tą linijką wygrzmocił po plecach! Zdenerwował się przy tym bardzo. (…) Potem się uspokoił, podszedł do Moroza i go bardzo przepraszał. Cały Schulz… ” (s. 70.)

Elżbieta Pietraszko:

„Schulz postawił na stole i na czymś tam jeszcze spodeczek i filiżankę z uszkiem i kazał rysować. No i większość z nas rysowała tak, jakby wszyscy siedzieli na wprost, jakby widzieli to przed sobą. I Schulz dostał szału. Powiedział: Przecież jedni widzą tak, a inni tak…pod katem! (…)

To był jeden epizod. Kolejny eksponat to bębenek dziecinny z dwiema pałeczkami, też na jakimś stosie książek, i sytuacja się powtórzyła.

Schulz tym razem tak się zdenerwował, że chwycił te pałeczki, skakał po ławkach, z ławki na ławkę, a było dużo tych ławek, bo stały w trzech rzędach – więc biegał tak po tych ławkach między uczniami i po głowach walił tymi pałeczkami…” (s. 44)

Czesław Biliński:

„Zawsze miał ładne ubrania: dobrze dobrane koszule, garnitury niebieskawe, popielate. (…) Cichy, spokojny, właściwie sprawiał wrażenie, że przeprasza, że żyje. Po korytarzach się przemykał.  (s. 72)

„Zaczęły się bajki. To ciekawe – jako dziecko bajek nie lubiłem, rodzice mi ich sporo czytali, a ja za nimi nie przepadałem. Schulz opowiadał – jak twierdził – tylko bajki „z tysiąca i jednej nocy”. Zastrzegał, że bajek Grimma u niego nie będzie, bo te są okrutne, brutalne, ponure… Tak mówił. A kiedy opowiadał – jakbym to po raz pierwszy słyszał…

Potem w domu sprawdzałem, miałem dużo różnych bajek, lecz takich (jak opowiadał) tam nie było!

Jestem przekonany, że sam je wymyślał.

…Banda cicho siedzi i słucha. Dzwonek, jeden, drugi… Początek następnej lekcji. Schulz w transie… Wchodzi kolejny profesor:

„Panie kolego, bardzo przepraszam, niech mi pan ich odda. Teraz moja kolej!” (s. 76.)

Read Full Post »

W tym miejscu powinna znaleźć się relacja z organizowanych przez Bibliotekę Śląską Katowickich Prezentacji Bibliotecznych, na których bywam co rok. Niestety, w piątek siedziałam w komisji konkursu przedmiotowego z matematyki, który trwał dwie godziny, a później trzeba było sprawdzać uczniowskie prace. Do BŚ już nie zdążyłam i bardzo tego żałuję, bo program tegorocznych Prezentacji zapowiadał się bardzo ciekawie. Cóż, po maturze byłam pewna, że matematyka (jako przedmiot) już nigdy nie stanie mi na przeszkodzie w robieniu tego, co uwielbiam (czyli wszystkiego związanego z biblioteką i książką). Niestety, jakoś jednak jej się udało.

Ale, jak mawiają, nie ma tego złego… Zamiast relacji z Prezentacji Bibliotecznych będzie drugie wspomnienie wakacyjne – w zimne listopadowe dni warto przywoływać gorące chwile wolności 🙂

Dotychczas sześciu Włochów otrzymało literacką Nagrodę Nobla. Jednym z nich był Giosuè Carducci (1835-1907). Trochę przypadkowo znaleźliśmy się tego lata w niewielkim Castagneto, nie wiedząc nawet, że znajduje się tam muzeum poświęcone temu włoskiemu nobliście.

Widok na Castagneto Carducci. Biorąc pod uwagę, że zdjęcie zostało zrobione w ruchu, a na dodatek przez zakurzoną szybę auta – wyszło cudnie 🙂

Z miasteczkiem na wzgórzu związane było dzieciństwo pisarza. Początkowo miejscowość nazywała się Castagneto, potem dodano „Marittimo”, a w 1907 roku, żeby uhonorować noblistę, nazwę zmieniono na Castagneto Carducci.

Carducci pisał poezje, ale był również krytykiem, profesorem literatury włoskiej na uniwersytecie w Bolonii. Tak uzasadniono przyznanie mu Nobla w roku 1906 (rok po przyznaniu jej naszemu rodakowi – Henrykowi Sienkiewiczowi):

nie tylko za głęboką wiedzę i krytyczny umysł, ale przede wszystkim za twórczą energię, świeżość stylu i siłę liryczną, tak charakterystyczną dla jego poetyckich arcydzieł.

Wejście do małego Museo Archivio Giosué Carducci jest bezpłatne, a my mieliśmy jeszcze na tyle szczęścia, że pojawiliśmy się na pół godziny przed zamknięciem. Oto kilka zdjęć z muzeum:

 

Kopie dokumentów przyznania Nagrody Nobla.

Artykuł o śmierci pisarza w „Il Giornale d’Italia”.

Il lutto d’Italia per Giosue Carducci: Żałoba Włoch po śmierci Carducciego.

W muzeum można kupić zbiory wierszy poety…

…i zakładki. Carducci przypomina mi tutaj profesora Filutka z ostatniej strony „Przekroju”, rysowanego przez Zbigniewa Lengrena 🙂

A to już widoczki z miasteczka, małego i przyjemnego, bez tłumu turystów:

Przed miejskim ratuszem – musowo popiersie pisarza.

Popiersie w zbliżeniu i do tego z flagą.

Widok z ratusza na główną ulicę miasteczka.

Widok na Castagneto Carducci na lewo od ratusza…

… i na prawo.

Jedno z miejsc, gdzie można w Castagneto zjeść. Widać na nim wyraźnie, czego Włosi nadużywają 😉

Read Full Post »

Z powodu oddelegowania do komisji egzaminów przedmiotowych w innej szkole takie ogłoszenie zobaczycie na drzwiach naszej biblioteki w dniach:

16 listopada (piątek)

19 listopada (poniedziałek)

22 listopada (czwartek)

26 listopada (poniedziałek)

28 listopada (środa).

Napisałam „do 12 lub dłużej”, bo wszystko zależy od tego, ile zajmie sprawdzanie prac po zakończeniu konkursów. W poniedziałek, kiedy gimnazjaliści pisali testy z języka polskiego, wróciłam do biblioteki dopiero kilka minut przed 14. Ale może  sprawdzanie prac z innych przedmiotów będzie szło szybciej.

Read Full Post »

Oto rozstrzygnięcie szkolnego konkursu „Kiedy byłem mały… / Kiedy byłam mała…” ogłoszonego przez bibliotekę w październiku z dwóch okazji: Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych oraz Roku Janusza Korczaka.

I miejsce: Agnieszka Kluka

II miejsce: Anna Zapora

III miejsce: (ex aequo) Paulina Dziurska i Patryk Słabosz.

Nagrodą za I miejsce był pendrive, pozostali uczestnicy otrzymali małe akcesoria komputerowe, słodkości i firmowe długopisy.

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie i gratuluję zwycięzcy!

Od prawej: Agnieszka, Ania, Patryk.

A tutaj można przeczytać tekst Agnieszki, który zajął I miejsce (aby powiększyć, kliknij w zdjęcie):

Read Full Post »

Zrobię tu teraz niezły miszmasz, ale dzisiejsze święto ma swoje prawa. Na trzecie urodziny blogu wywołałam z półek książki, które w tytule mają słowo „trzy”. Jest ich w bibliotece pięć, a wszystkie stareńkie i cieszą się pewnie, że przy tej okazji mogły wychynąć z regałów. Inaczej tkwiłyby zapomniane między innymi książkami.

Z okazji blogowych urodzin prezentują się zatem:

„Trzy znaki zodiaku” Jana Parandowskiego (Drukarnia Św. Wojciecha pod Zarządem Państwowym w Poznaniu, 1945).

Autor, którego młodzież kojarzy z jego najpopularniejszym dziełem – „Mitologią”, opublikował w tym zbiorze opowiadania historyczne dotyczące trzech okresów astrologicznych, czy też – jak sam je nazwał – gwiezdnych: Barana, Ryb (a więc najdawniejszych) oraz Wodnika, w którą to erę wszedł dopiero wiek XX, na który przypadał okres młodości pisarza (Parandowski urodził się w 1895 r., zmarł w 1978).

Jedną z ostatnich opowieści w tym tomie jest „Ossolineum”. Natknęłam się na ten tekst przypadkowo podczas wpisywania książki do bazy danych MOL i zaznaczyłam, żeby kiedyś do niego powrócić. Parandowski pisze tam o swojej pierwszej wizycie w Bibliotece Ossolińskich we Lwowie. Spotkał wtedy jej dyrektora, Wojciecha Kętrzyńskiego i Ludwika Kubalę, historyka, pod wpływem dzieł którego Sienkiewicz napisał „Trylogię”.

Przyszły twórca „Przygód Odyseusza” przyszedł do biblioteki, żeby przeczytać wiersze łacińskiego poety Prudencjusza, których nigdzie nie mógł dostać. Tak opisuje moment, kiedy dostarczono mu zamówienie do stolika:

Tymczasem przyniesiono mi mojego Prudencjusza. Było to wydanie z r. 1749. Książka miała kartki nierozciete. Wyjąłem scyzoryk i ostrożnie przeciąłem pierwszy półarkusz. Ręce mi drżały. Przecież ten mały tomik czekał na mnie sto kilkadziesiąt lat. Zdawało mi się, że wiek XVIII oddał do moich rąk tę dziwną sierotę, pomarszczoną, zgrzybiałą, zwiotczałą, całą w plamach wilgoci jakiegoś dawnego zapomnianego lochu.

A na końcu tego opowiadania znalazłam opis, który jak ulał pasuje do dotychczasowej sytuacji przedstawianych tutaj książek:

Każda [książka], nawet najbardziej zapomniana, więdnąca w najciemniejszym kącie, za lada skrzypnięciem drzwi drży nadzieją, że wchodzi jej wybrany, ktoś, co na nią zawoła, i ktoś, co jej wysłucha. A są wśród nich i takie, jak mój Prudencjusz, co setkami lat chowają ową nadzieję, niby zeschłe kwiaty między nierozciętymi kartkami i z tęsknotą wyglądają czytelnika.

„Trzy diamenty” Janusza Meissnera (Iskry, 1966).

 Janusz Meissner zanim został pisarzem, najpierw był lotnikiem, walczył w I i II wojnie światowej oraz III powstaniu śląskim. Był też wojennym korespondentem lotniczym, a swoje doświadczenia wykorzystał później w wielu bardzo popularnych powieściach przygodowych o tematyce marynistycznej i lotniczej. Opublikował m.in. „Żądło Genowefy”, „L-jak Lucy” „Pilot gwiaździstego znaku” czy „Przygoda śródziemnomorska”.

Na końcu „Trzech diamentów”, opowieści o szybowcach, znajduje się mini-poradnik „Jak się lata na szybowcach? Szybownictwo dla nie-szybowników”.

Znalazłam tam wytłumaczenie tytułu książki. Otóż „diamenty” dostaje się na złotej odznace szybowcowej, po jednym za każdy spełniony warunek: a) przelot docelowy 300 km, b ) przelot otwarty 500 km, c) przewyższenie 5000 m.

Ilustracja z poradnika „Jak się lata na szybowcach?” zamieszczonego w książce „Trzy diamenty” J. Meissnera.

Kolejna książka o takim samym tytule, ale innego autora: „Trzy diamenty” Jerzego Tepli (Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1954).

Tepli pisze o szybownictwie na górze Żar koło Żywca. A to akurat ważne dla mnie miejsce, bo tam miała początek moja przygoda z górami. Mając lat 10 pojechałam na kolonie do Międzybrodzia Żywieckiego. Któregoś pięknego dnia cała kolonia wyruszyła na szlak – przy Żarze właśnie. Wędrówka trwała kilka godzin, a z ponad dwóch setek uczestników ukończyło ją kilkanaście osób, w tym i ja. Większość zawróciła, bo nie chciało im się wdrapywać pod górkę 😉 I mi było ciężko, ale bardziej byłoby wstyd poddać się i zejść na dół bez pokonania trzech szczytów.

Nie jestem pewna czy autor tej książki to ta sama osoba, która znalazła się na tzw. „liście Kisiela” – spisie dziennikarzy, którzy aktywnie zajmowali się propagandą w czasach PRL-u, ale całkiem możliwe, bo książkę na zlecenie Ligi Przyjaciół Żołnierza wydało WMON, i znalazłam w niej takie zdanko: „Dużo pracował w ZMP, jednocześnie zaś był przodownikiem nauki (…).

Ilustracja Andrzeja Radziejowskiego do książki „Trzy diamenty” Jerzego Tepli.

To też prawdziwy staroć: „Trzy razy tele” Witolda Kozaka (Nasza Księgarnia, 1970). Napisano tam o dziejach rozwoju urządzeń telekomunikacyjnych: telegrafii, telefonii i telemechaniki.

W ostatnim rozdziale znalazłam m.in. podrozdział „O konstrukcji i zastosowaniu wybieraków telefonicznych w automatycznych łącznicach telefonicznych”. Kosmos. I do tego takie piękne zdjęcia:

Czy ręczna łącznica telefoniczna nie zachwyca?

Na górze (a) – aparat z oddzielnym mikrotelefonem, a na dole coś, czego do tej pory jeszcze nie widziałam, czyli aparat z wbudowanym mikrotelefonem (b) . Jak dla mnie, prototyp telefonu komórkowego z lat 60.

Jako ostatnia wystąpi książka „Trzy układy sceniczne mazura” Lidii Nartowskiej (Centralna Poradnia Amatorskiego Ruchu Artystycznego, 1961). To stary skrypt (czcionka: maszynowa, format: wielki), a w nim: elementy stosowane w układach mazura, figury taneczne mazura i jego układy sceniczne. Są też nuty do melodii, przy której można zatańczyć ten narodowy taniec.

We wstępie napisano, że na wsi tańczono mazura z przyśpiewkami, a po każdej z nich tańczący obiegali izbę dookoła parami lub gromadnie. Potem jednak z mazura przyśpiewki usunięto.

Z każdej książki można wynieść jakąś naukę, i proszę, z tekstu o tańcu wyczytałam, co też nas, Polaków, jako naród cechuje, bowiem we wstępie taka ciekawostka:

W mazurze przejawiają się również polskie cechy narodowe: żywość kroków tanecznych, duma w przytupywaniu i postawie, fantazja w swobodzie doboru i łączenia kroków i dworne służenie w tańcu niewieście, która z kolei wykazuje wiele naturalnej skromności i umiaru.

W skrypcie nie ma zdjęć, ale są rysunki, w tym takie, które uwielbiam w starych poradnikach do nauki tańca, a mianowicie rzut z góry – znaczy widać tylko stópki, albo główki. W tym przypadku główki 🙂

Rys. Krystyna Niedzielskiego w książce L. Nartowskiej „Trzy układy sceniczne mazura”. Sposoby trzymania się w mazurze w ustawieniu parami.

Rys. w książce L. Nartowskiej „Trzy układy sceniczne mazura”.

Do rys. 10 zamieszczono taki opis:

Chłopiec pary 1 prowadzi rząd tańczących w dowolnym kierunku po krętej linii. Tańczący posuwają się za prowadzącym krokiem podstawowym.

I ja dziś bardzo podobnie poprowadziłam Was tym dzisiejszym wpisem – po bardzo krętej. Ciekawe, ile osób podążało za prowadzącą krokiem podstawowym. 😉

Read Full Post »

Older Posts »