Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Italia’

Książki o książkach są dla bibliofilów podwójnie atrakcyjne, wyjątkowość tej podbijał fakt, że była po włosku. Przywiozłam ją kilka lat temu z wyjazdu do Italii.

Romano Montroni, włoski księgarz i wykładowca na Uniwersytecie w Bolonii zapytał stu włoskich pisarzy (bardziej lub mniej sławnych), jaka książka odmieniła ich życie. Odpowiedzi złożyły się na wydawnictwo “I libri ti cambiano la vita. Cento scrittori raccontano cento capolavori” (“Książki zmieniają twoje życie. Stu pisarzy opisuje sto arcydzieł”) (Wyd. Longanesi, 2012).

To oczywiste, że odpowiedzi były różnorodne, tak jak różni byli przepytywani na tę okoliczność. Niektórzy zaczynali z wysokiego C, przywołując w odpowiedzi kanon literatury światowej. Bohaterami ich opowieści były więc takie dzieła jak „Wojna i pokój” Tołstoja, „Odyseja” Homera, „Proces” Kafki, „Sklepy cynamonowe” Schulza czy „Bracia Karamazow” Dostojewskiego.

Byli tacy, co wymienili „Biblię” i jej wpływ na swoje życie, inni stawiali na książki z literatury popularnej albo wręcz użytkowej. Stefano Bartezzaghi opisał swoje zauroczenie „Słownikiem języka włoskiego” Zingarellego mającym we Włoszech taki status jak nasz rodzimy słownik języka polskiego Witolda Doroszewskiego. Wśród omawianych znalazła się też np. „Nowoczesna sztuka kulinarna” Henri-Paula Pellaprata – biblia dla francuskich (i nie tylko) kucharzy.

Najbardziej wzruszająca była jednak opowieść Ivano Marescotti, dramaturga, reżysera i aktora włoskiego. Podzielił się historią spotkania z książką „Czy to jest człowiek” Primo Levi. To znane na całym świecie świadectwo czasów wojny i jedno z pierwszych, które zapoczątkowało nurt opowieści o Zagładzie. Levi był więźniem obozu Auschwitz, a swoje przeżycia i przemyślenia opublikował już w 1947 roku właśnie w powieści „Se questo è un uomo ”.

Marescotti zaczyna opowieść od wspomnienia starych notesów, w których zapisywał – tak jak wszyscy w erze sprzed kalendarzy Google i elektronicznych notatek – terminy spotkań, zlecenia w pracy, ważne wydarzenia czy miłosne podboje. Jeden z takich notatników przypomniał mu, że pod koniec 1986 roku zabrał się do czytania książki Primo Levi, która od dawna tkwiła na regale.

Zacząłem czytać z poczucia obowiązku: jeżeli inni przeczytali, powinienem i ja, mówiłem sobie. Po pierwszej stronie nie mogłem już przestać aż do końca. Kiedy zamknąłem książkę byłem kimś innym. Zastygłem, patrząc na mur naprzeciwko, podczas kiedy łzy ciekły mi po nosie. Płakałem w milczeniu. Ból, strach i złość. Ból, który zaczął się tego dnia i nigdy się nie skończy. Tak samo jak strach. Brała mnie złość na samego siebie: idioto, jak mogłeś przeżyć więcej niż połowę swojego życia bez przeczytania tej książki, jak mogłeś do tej pory nie czytać innych książek dotyczących tej historii. (tłum. moje)

Powieść zrobiła na nim tak ogromne wrażenie, że zapragnął wybrać się do Turynu, gdzie mieszkał Levi. Wyobraził sobie, że zabierze mu tylko pięć minut, choćby w drzwiach – chciał tylko podziękować, opowiedzieć o swoich odczuciach po lekturze. Ale po kilku dniach doszedł do wniosku, że to byłaby przesada –  jego wynurzenia mało obejdą autora i ten ma pewnie dość takich, co zawracają mu głowę. Pomyślał, że list będzie lepszym rozwiązaniem. Myślał, jak w zwięzły i jasny sposób opisać to wszystko, co kłębi się w nim po przeczytaniu książki. Tak mijały tygodnie, aż pewnego dnia natknął się w gazecie na informację: 11 kwietnia 1987 roku Primo Levi zmarł*, spadając ze schodów domu, w którym mieszkał.

Marescotti pisze, że po tej wiadomości poczuł się, jakby Levi spadł z tych schodów na niego. Jego żałość była niewyrażalna, bo w obliczu tej śmierci pojął, że tylko zdawało mu się, że zrozumiał, o czym pisał Levi. Nie wykorzystał okazji. Niedługo skończy się czas, kiedy będzie można wysłuchać tych, co przeżyli Shoah. Wszyscy odejdą, zostaną tylko martwe słowa, w książkach.

To trochę opowieść o książce a trochę o tym, żeby nie odkładać rzeczy na później. Ufać intuicji, działać. Przypomina mi też historię mojego przeczucia, którego nie posłuchałam, a potem było już za późno. Opisałam je pod koniec tego tekstu.

*Śmierć Primo Levi uznano za samobójstwo, niektórzy jednak tłumaczyli, że jako chemik miał do dyspozycji lepsze metody odebrania sobie życia niż rzucenie się ze schodów.

Read Full Post »

W tym miejscu powinna znaleźć się relacja z organizowanych przez Bibliotekę Śląską Katowickich Prezentacji Bibliotecznych, na których bywam co rok. Niestety, w piątek siedziałam w komisji konkursu przedmiotowego z matematyki, który trwał dwie godziny, a później trzeba było sprawdzać uczniowskie prace. Do BŚ już nie zdążyłam i bardzo tego żałuję, bo program tegorocznych Prezentacji zapowiadał się bardzo ciekawie. Cóż, po maturze byłam pewna, że matematyka (jako przedmiot) już nigdy nie stanie mi na przeszkodzie w robieniu tego, co uwielbiam (czyli wszystkiego związanego z biblioteką i książką). Niestety, jakoś jednak jej się udało.

Ale, jak mawiają, nie ma tego złego… Zamiast relacji z Prezentacji Bibliotecznych będzie drugie wspomnienie wakacyjne – w zimne listopadowe dni warto przywoływać gorące chwile wolności 🙂

Dotychczas sześciu Włochów otrzymało literacką Nagrodę Nobla. Jednym z nich był Giosuè Carducci (1835-1907). Trochę przypadkowo znaleźliśmy się tego lata w niewielkim Castagneto, nie wiedząc nawet, że znajduje się tam muzeum poświęcone temu włoskiemu nobliście.

Widok na Castagneto Carducci. Biorąc pod uwagę, że zdjęcie zostało zrobione w ruchu, a na dodatek przez zakurzoną szybę auta – wyszło cudnie 🙂

Z miasteczkiem na wzgórzu związane było dzieciństwo pisarza. Początkowo miejscowość nazywała się Castagneto, potem dodano „Marittimo”, a w 1907 roku, żeby uhonorować noblistę, nazwę zmieniono na Castagneto Carducci.

Carducci pisał poezje, ale był również krytykiem, profesorem literatury włoskiej na uniwersytecie w Bolonii. Tak uzasadniono przyznanie mu Nobla w roku 1906 (rok po przyznaniu jej naszemu rodakowi – Henrykowi Sienkiewiczowi):

nie tylko za głęboką wiedzę i krytyczny umysł, ale przede wszystkim za twórczą energię, świeżość stylu i siłę liryczną, tak charakterystyczną dla jego poetyckich arcydzieł.

Wejście do małego Museo Archivio Giosué Carducci jest bezpłatne, a my mieliśmy jeszcze na tyle szczęścia, że pojawiliśmy się na pół godziny przed zamknięciem. Oto kilka zdjęć z muzeum:

 

Kopie dokumentów przyznania Nagrody Nobla.

Artykuł o śmierci pisarza w „Il Giornale d’Italia”.

Il lutto d’Italia per Giosue Carducci: Żałoba Włoch po śmierci Carducciego.

W muzeum można kupić zbiory wierszy poety…

…i zakładki. Carducci przypomina mi tutaj profesora Filutka z ostatniej strony „Przekroju”, rysowanego przez Zbigniewa Lengrena 🙂

A to już widoczki z miasteczka, małego i przyjemnego, bez tłumu turystów:

Przed miejskim ratuszem – musowo popiersie pisarza.

Popiersie w zbliżeniu i do tego z flagą.

Widok z ratusza na główną ulicę miasteczka.

Widok na Castagneto Carducci na lewo od ratusza…

… i na prawo.

Jedno z miejsc, gdzie można w Castagneto zjeść. Widać na nim wyraźnie, czego Włosi nadużywają 😉

Read Full Post »

Wkroczyliśmy już w strefę jesieni, dlatego, jak co roku – zaczynam na blogu wspominać z rozrzewnieniem to, co książkowego przytrafiło mi się w okresie, kiedy na termometrze rtęć podjeżdżała grubo powyżej trzydziestej kreski.

W tych wakacyjnych gawędach zamierzam potęgować napięcie – będzie się to zresztą pokrywało z chronologią opisywanych zjawisk/wydarzeń.

Dosyć dobrze znamy już w Polsce bookcrossing – modę na książkokrążenie zaadaptowaliśmy w 2003 roku, a sam pomysł dwa lata wcześniej wykiełkował w Stanach Zjednoczonych.

Święto wolnych książek obchodzimy w czerwcu, wtedy więcej słychać o tej idei, bo z akcją uwalniania książek wychodzi się do ludzi, organizuje happeningi i marsze. Na co dzień stałe kąciki bookcrossingowe ma większość bibliotek publicznych czy pedagogicznych, co oczywiście chwalebne, ale… No właśnie.

Kto trafia do biblioteki? Ten, kto chce tam trafić. Ten, kto wie, co zastanie w środku (głównie: ciągle jeszcze książki). Na miejscu może te książki pożyczyć (i to za darmo), a oferta biblioteki jest oczywiście lepsza, niż książki przygotowane „do uwolnienia”. Dlatego na przeciętnym czytelniku, i w dodatku w bibliotece, taka akcja nie robi należytego wrażenia.

Co innego, gdy półki z książkami, które zapraszają, by się nimi zaopiekować, znajdują się w takim miejscu, po którym społeczeństwo się tego w ogóle nie spodziewa. Takim, w którym frekwencja jest odwrotnie proporcjonalna do liczby odwiedzin w bibliotekach. Gdzie zaglądamy rano (jeżeli możemy), w południe i wieczorem, a w niedzielę – to już musowo. Gdzie to jest? Oczywiście w centrach handlowych i supermarketach. Tam dopiero idea bookcrossingu może rozwinąć skrzydła i objąć swoim zasięgiem tych, którym do biblioteki nie po drodze. A gdzie tak jest?

Pewnego upalnego, lipcowego dnia wychodziłam objuczona zakupami z popularnego we Włoszech supermarketu Coop. Nie wyszłam stamtąd jednak tak szybko, jak przewidywałam, bo oto przed samymi drzwiami natknęłam się na taki widok (można powiedzieć: balsam na duszę bibliotekarza ;-)):

Akcja prowadzona jest od 2003 roku na terenie całego kraju przez sieć sklepów Coop, gdzie w widocznych miejscach ustawiono czerwone regały, które trudno przeoczyć. We Włoszech tę akcję bookcrossingu nazwano „Libri Randagi” (wałęsające się książki). Dla chcących śledzić drogę książek oznaczonych specjalnymi nalepkami, albo zostawić komentarze, utworzono stronę www.librirandagi.coop.it.

Jeżeli kochasz książkę, porzuć ją – krzyczy napis u góry plakatu.

„Libri randagi” to sposób, aby uczynić wszystkie osoby uczestnikami rozpowszechniania lektury i kultury.

Książki wyłożono do dyspozycji wszystkich, ale po przeczytaniu muszą być odniesione na regały tak, aby inne osoby mogły je ponownie wykorzystać.

Nie stają się własnością tych, którzy je wzięli lub czytają!

 

Daniel Pennac pisze: Jeżeli jakaś książka się wam nie spodobała, porzućcie ją. Jeżeli się spodobała, porzućcie ją, aby inni mogli ją przeczytać. (Na stronie akcji można przeczytać dalszą część tekstu Pennaca: Jeżeli naprawdę wam się spodobała: kupcie ją ponownie! :))

To projekt „Libri Randagi”, światowych wolnych książek, do wzięcia ze sobą na czas emocji i lektury, a potem zostawienia ich znów tam, gdzie myślicie, że ktoś inny po was może znowu znaleźć je, zatroszczyć się o nie, przeczytać i trochę zatrzymać.

Oczywiście, że poczęstowałam się książkami z regału w tym sklepie. Biorąc sobie do serca wskazówki korzystania z „Libri Randagi”, po przeczytaniu będę musiała zostawić je przy następnej wizycie w Coop. Cóż, nie ma wyjścia, trzeba wracać do Italii 😉

Jak pewnie zauważyliście maskotką akcji „Libri Randagi” jest kot (nazywa się Biagio). Dlatego, pozostając niejako w temacie, prezentuję mały przegląd kotów, które przewinęły mi się gdzieś pod nogami w krainie kotów, Toskanii:

Takie ostrzeżenia (uwaga na kota) można w Toskanii spotkać co krok.

Kot, który nie chciał się fotografować.

Kot z dystansem…

…i ten sam w kompozycji z anteną 😉

A to już kot, którego całym życiem jest pozowanie 😉

Read Full Post »