Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2011

…Kiedy wychodziłam już z Targów Książki w Katowicach, bo spieszyłam się na umówioną wizytę do znajomych, spostrzegłam na lewo od wyjścia stoisko antykwariatu, które wcześniej dziwnym trafem przeoczyłam. Zdziwił mnie trochę widok wystawcy-antykwariusza, bo na Targach w Krakowie nigdy żadnego nie widziałam. A potem wcisnęłam się między osoby, które przeglądały tam upchane na półkach książki maści wszelakiej. I całe szczęście…  Mój biblioteczny instynkt  zawsze zaprowadzi mnie tam, gdzie ostatecznie powinnam się znaleźć…

 

Czy znacie nagradzany kilkakrotnie film „Antykwariat” Macieja Cuske z 2005 roku? Jeżeli nie, nawet się do tego nie przyznawajcie i jak najszybciej nadróbcie zaległość. Możecie obejrzeć go na You Tube, a jeżeli filmik zniknie kiedyś z sieci, zawsze będziecie mogli posłuchać jeszcze reportażu radiowego „Bukinista” Eweliny Karpacz-Oboładze. Bo osoba, o której tutaj opowiadam, jest tak barwną i znaną już postacią, że robi się o niej filmy i reportaże, pisze artykuły.

To człowiek – osobowość, człowiek- historia, człowiek – instytucja. Krzysztof Jastrzębski, najsłynniejszy antykwariusz żoliborski. Co tam żoliborski – warszawski! O ile nie najsłynniejszy antykwariusz polski.

Pochodzi z Opola Lubelskiego (o którym napisał trzy grubaśne tomy). Pracował m.in. w Dąbrowie Tarnowskiej – jako nauczyciel historii, oraz w Chorzowie – na stanowisku kierownika Hotelu Robotniczego nr 2 Huty Batory (o czym również napisał we wspomnieniach „SOC wudejot.prl”).

Brak pracy i dotkliwy niedobór gotówki w pewnym momencie jego życia spowodował, że zaczął wyprzedawać swój księgozbiór (a było to w dawnych czasach, których gimnazjaliści nie pamiętają, kiedy to inicjatywa prywatna nie miała prawa bytu). I tak to się zaczęło. Najpierw handlował pokątnie, jako spekulant, na targowisku: z toreb, potem ze stołu, a kiedy nastała normalność, czyli w 1991 roku – został antykwariuszem z własnym kioskiem (i o tym wszystkim napisał również w kultowej już książce „Wspomnienia żoliborskiego antykwariusza”, której spore fragmenty przedrukowało czasopismo „Lampa”).

Kiedy zobaczyłam go siedzącego obok swojego stoiska targowego w Spodku, a na linii mojego wzroku znalazła się ta właśnie książka – właściwie już tylko pro forma zagadnęłam: to pan jest bohaterem filmu „Antykwariat”? Po twierdzącej odpowiedzi od razu spytałam, czy mogę zrobić mu zdjęcie, na co chętnie przystał. Zrobiłam więc, takie oto:

Oczywiście od razu też poinformowałam, że zdjęcie zostanie zamieszczone na blogu. Wtedy otworzył teczkę z jakimiś papierami i poprosił o podyktowanie adresu.

http://www.bibliotekarka.bedzin…. – dyktuję.

– Będzin? Pani jest z Będzina? – spytał, wyraźnie ożywiony.

– Tak – powiedziałam, a było to „tak” wypowiadane z taką dumą, jakbym zapewniała właśnie, ze jestem rodowitą paryżanką 😉

– Ależ ja dobrze znam Będzin! – uradował się Jastrzębski. –  Nawet ostatnio tam byłem, rozmawiałem dużo z pewnymi osobami i piłem w centrum piwo z menelami!

(Nie jesteście chyba oburzeni, że o tym piszę? Gimnazjaliści znają przecież doskonale zarówno słowo „piwo” jak i „menel”, oraz wiele innych słów, których – wolelibyśmy – aby jednak nie znali.)

Po czym zaczął kartkować swoją książkę „SOC”, żeby pokazać mi, że i w niej wspomniał o Będzinie:

 

Kiedy mieszkał w Chorzowie, jako człowiek ciekawy świata i ludzi, robił sobie wycieczki do pobliskich miasteczek. Tak w końcu lat 70. trafił do Będzina. Jak wspominał – po tej wycieczce jego koledzy – Ślązacy – załamywali ręce i pytali: Chopie, na pierona’s na tyn altreich jechol? My by tam nigdy niy jechali! (Po coś tam pojechał? My byśmy tam nigdy nie pojechali!)

Wiem, co jest na rzeczy, bo nawet teraz, kiedy na Śląsku spotykam kolegę, który pochodzi z Chorzowa i uważa się za Ślązaka, ale nie Polaka, niby żartem pyta zawsze: a pokazywałaś paszport przy przekraczaniu granicy? (Gimnazjalistom wyjaśniam, że przed I wojną m.in. na znanej Wam rzece Czarna Przemsza w Będzinie przebiegała granica między Polską a Śląskiem.) Ślązacy najlepiej czują się jednak u siebie,  Zagłębie to dla nich inny, obcy świat.

– Mam w Będzinie kolegę, mieszka na Syberce. Zna pani Syberkę? – pyta Jastrzębski, mówiąc o jednym z naszych osiedli mieszkaniowych. – A dlaczego tak się nazywa? Wie pani? – przepytuje mnie dawny nauczyciel historii –   Bo wieje jak na Syberii – śmieję się, a Jastrzębski dokłada do tego jeszcze jedną wersję, którą oczywiście też znam – że na tych terenach gromadzono ludzi przed wywózką na Sybir.

Rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, a pan Krzysztof zachowuje się zupełnie tak samo, jak w filmie: mówiąc do mnie, wycenia książki, przyjmuje należność, odpowiada na pytania klientów. Antykwariusz wieloczynnościowy.

Opowiadam mu o pamiętniku naszej Rutki Laskier, bo myślę, że jako historyka i księgarza zainteresują go jej dzieje. Rzeczywiście. Niektóre z moich wypowiedzi nagrywa nawet na dyktafon. Mówi, że ciągle jeszcze zbiera materiały do kolejnej książki  – „Antykwariat”, którą planuje wydać na 20-lecie swojej firmy. Robimy sobie też wspólne zdjęcie. Takie właśnie:

Dostaję od pana Krzysztofa kserokopię wspomnień z „Lampy” i „Kuriera Dąbrowskiego” oraz płytę z filmem nie do zdobycia, czyli „Człowieka z antykwariatu” Tadeusza Arciucha, który jednak nie powtórzył sukcesu wcześniejszego obrazu Cusaka.

I tak sobie miło gawędzimy, a że jestem coraz bardziej spóźniona do znajomych, kończę rozmowę, robiąc przedtem jeszcze jeden zakup – za ostatnie pozostałe mi pieniądze. Między książkami antykwariusz wystawił bowiem do sprzedaży rzecz niesamowitą: oryginalnie zapakowaną w Polsce kawę, której rok przydatności do spożycia minął w 1981 roku… Prawdziwy rarytas! Moi przyjaciele są smakoszami tego napoju i wyobrażam już sobie, jakie wrażenie zrobi na nich ta mała paczuszka rodem z PRL-u, w której ziarenka reglamentowanego wtedy towaru tkwią zamknięte już od 30 lat. I rzeczywiście – „Extra – Selekt” robi tego wieczoru furorę! 🙂

Oprócz kawy można tu było kupić mydło i ... kropidło 🙂

Były też breloczki i herbata "Madras"...

... oraz kufle i czarownica. Przednie zestawienie!

Następnego dnia wracam na Targi z nową porcją gotówki tylko po to, żeby kupić „Wspomnienia żoliborskiego antykwariusza”. Dostaję taką oto dedykację i zapewnienia kontaktu i współpracy – cokolwiek by to miało oznaczać.

Dla Kultowej Bibliotekarki Będzińskiej od szalonego warszawskiego antykwariusza... 🙂

Stronę antykwariusza znajdziecie tutaj.

Read Full Post »

Przyzwyczajona do kilkugodzinnego zazwyczaj snucia się po krakowskich Targach Książki, moją wizytę na Targach w Katowicach nazwałabym pośpieszną i raczej krótką. Mogłam pojechać tam dopiero w sobotę po pracy, bo odrabialiśmy przyszły poniedziałek, zyskując w ten sposób przedłużony weekend.

 

Nie zdążyłam więc na kilka spotkań z pisarzami, w których chciałam uczestniczyć – podchodząc do błyszczącego nowymi łuskami Spodka, na telebimie zewnętrznym zobaczyłam, że trwa spotkanie z Kazimierzem Kutzem. Za chwilę okazało się, że ma się już raczej ku końcowi.

Spotkanie z Kazimierzem Kutzem.

Taki prezent Kazimierz Kutz dostał od wdzięcznej za autograf czytelniczki...

Póki co, Targi Książki w Katowicach nie mogą równać się z tymi odbywającymi się w Krakowie czy Warszawie – w stolicy Śląska było zaledwie 70 wystawców, stosunkowo niedużo zwiedzających, co może być winą niezbyt intensywnej reklamy tej imprezy i – jak to bywa na początku – braku popularności, ale pewnie kiedyś się to zmieni.

Pomysł umieszczenia stoisk targowych na płycie hali sportowej, zamiast w otaczających ją holach, był rewelacyjny. Dzięki temu mogliśmy oglądać takie oto widoki targowe:

Widok z tyłu.

Widok po wejściu na halę. Ma się wrażenie, że za chwilę coś tu jeszcze wyląduje 🙂

W holu ulokowały się za to  oblegane non stop stoiska z książkami mocno przecenionymi i w promocyjnych cenach. Takich tłumów nie widziałam przy żadnym wydawnictwie prezentującym się na płycie.

Tutaj ciągle był tłok.

Z czytelnikami spotkała się Marta Fox, autorka miejscowa, czyli ze Śląska, pisząca i dla młodzieży, i dla dorosłych. Pytana, dla jakiego czytelnika pisze jej się lepiej, odpowiedziała, że obecnie – dla dorosłych. Zaczynała tworzyć dla młodzieży, ale wynikło to niejako spontanicznie, bo pisała dla swoich dzieci. Była wtedy blisko ich problemów i blisko ich języka. Młodzież jest wybredna, a autor musi czytelnika uwieść. Może się to udać tylko wtedy, kiedy młodzi odnajdą w książce swoje problemy, opisywane dodatkowo ich językiem. I tu pojawia się pewien zgrzyt, bo gdyby nagrać dziś na dyktafon współczesny język uczniów, żeby użyć go potem w powieści, znajdowałyby się w niej same miejsca wykropkowane…

Po prawej Marta Fox, czyli jazzy babcia.

Przy okazji tematu słownictwa uczniów: wnuczek Marty Fox zapytał ją podobno, dlaczego chodzi z kijkami do lasu. – Bo chcę być taką „cool” babcią – odpowiedziała. – Babciu, teraz już nie mówi się „cool”, tylko „fresh” albo „jazzy”. To wiadomość dla tych, którzy chcą nadążyć za młodzieżowym slangiem. Prawdopodobny czas obowiązywania: może rok? Potem znowu „fresh” odejdzie do lamusa, a pojawią się inne, nowe określenia.

Marta Fox powiedziała też, że czytelnictwo młodzieży jest tak niskie, że jeżeli w całej klasie czytają trzy osoby – to jest to rewelacyjny wynik. Też tak myślę 😉

Pisarka mówiła, że najbliższa jej sercu jest bohaterka książki „Karolina XL”. Może dlatego, że jako osoba puszysta miała trudniejsze życie i musiała dokonywać trudniejszych wyborów? (Po tym zdaniu na widowni rozległy się oklaski). Przeciwwagą dla Karoliny jest  bohaterka innej jej książki – Iza Anoreczka, której matka wymarzyła sobie, że jej córka zostanie modelką. „Anoreczka” jak „sikoreczka” – Fox wymyśliła takie zdrobnienie, żeby złagodzić wyraz pejoratywnego określenia „anorektyczka”.

Marta Fox prowadzi również bloga – mówiła, że w tym wypadku najważniejsza  jest systematyczność. Jeżeli w tygodniu pojawiają się na nim 2 wpisy, to jest to rytm akuratny. Wspomniała przy okazji, że kiedyś opublikowała na nim historię sprzed 18 lat, kiedy to będąc przejazdem u koleżanki w Gdańsku, wyprała (jeszcze w pralce marki „Frania”) swoje rzeczy po podróży. Mąż koleżanki kategorycznie zaprotestował, żeby pranie wywiesić, mówiąc, że w niedzielę się u nich nie pierze. I Fox prania nie powiesiła. Blogowy wpis o praniu niewywieszonym przesłał swoim znajomym opisywany tam mąż i niedługo potem okazało się, że przeczytano go 16 ooo razy… A kiedy pisarka stara się i w pocie czoła pisze np. o książkach, ma dziennie około 150 wejść… Taaa…  skądś to znam 😉

Potem było jeszcze spotkanie z Małgorzatą Szejnert, byłą reportażystką „Gazety Wyborczej”, obecnie autorką trzech książek: „Czarny ogród”, „Wyspa klucz”, „Dom żółwia. Zanzibar”. Jak powiedziała sama: to tryptyk, bo w każdej z nich opisuje… wyspę. W przypadku „Czarnego ogrodu” taką „wyspą” była dzielnica Katowic – Giszowiec. Bo poza pojęciem geograficznym, wyspa to również teren, który ma ograniczoną i poznawalną przestrzeń, sprzyjającą wewnętrznym napięciom. To, co dookoła wyspy, ma wpływ na nią, a sama wyspa pozwala drążyć informacje o ludziach i historii – w głąb. Wszystko to rzuca z kolei światło na to, co znajduje się poza terenem wysp.

Szejnert wyznała, że kocha reportaż, ale w jej książkach nie mamy do czynienia z jego czystą postacią. Sąsiaduje on tutaj z wywodami historycznymi, aczkolwiek pisarka stara się, żeby pozostać w kontakcie z rzeczywistością bieżącą. Szuka też w opowiadanej historii bohatera, poprzez którego chce tą historię przedstawić. I tak w najnowszej książce o Zanzibarze opisuje na przykład pochód niewolników, którzy nieśli ciało zmarłego Davida Livingstone’a  1500 km przez pustynię, aż do najbliższego portu, żeby odesłać ciało swojego obrońcy (L. walczył z niewolnictwem) statkiem do domu i umożliwić pochowanie go w miejscu, gdzie żył.

Są też polskie wątki: pani, która zajmowała się w Zanzibarze edukacją czarnych kobiet, a której ojciec miał przed wojną aptekę w Mysłowicach, czy polski poeta romantyczny, Henryk Jabłoński, który w XIX wieku był tam konsulem Francji.

Małgorzata Szejnert podpisuje swoją książkę.

Pisarka zdradziła też plany na przyszłość – chciałaby w końcu odpocząć, bo w ciągu ostatnich 6 lat napisała 3 grube książki, co według niej jest lekką przesadą. Nie wiem, jak długi to będzie odpoczynek, bo podobno w pociągu podczas podróży na Targi Kazimierz Kutz podsunął jej pomysł na kolejną książkę. Zdradziła tylko, że ma on związek ze Śląskiem Opolskim.

Zaciekawiła mnie odpowiedź Małgorzaty Szejnert na pytanie pewnego czytelnika: jakie znaczenie miała dla niej nagroda „Hanysy”, którą otrzymała przed laty po publikacji „Czarnego Ogrodu”? Okazało się, że to wyróżnienie było dla niej bardzo istotne, bo to ważna nagroda Ślązaków, a kiedy przyznają jej coś w Warszawie – nie ma poczucia, że dostaje nagrodę za uczciwość w podejściu do tematu…

Podczas  Targów miałam też miłe spotkania z dwoma Agnieszkami. Pierwsza to koleżanka ze studiów, która pracuje teraz w bibliotece pedagogicznej w Rudzie Śląskiej, i którą serdecznie stąd pozdrawiam! 🙂

Druga Agnieszka to znajoma z czasów liceum, która razem z mężem napisała właśnie książkę o ich wspólnych podróżach,  m.in. do Norwegii, Szwecji, Szkocji, Hiszpanii, Holandii, Danii, Nowej Zelandii. Ci zapaleni podróżnicy wydali ją własnym sumptem – jak piszą na swoim blogu – jako prezent na drugą rocznicę ślubu.

Agnieszka i Grzegorz ze swoim dziełem.

„Podróże małe i duże” Agnieszki i Grzegorza Prucia kupiłam do biblioteki – możecie poczytać więc o ich szalonych wyprawach. Autorzy mieszkają w Będzinie i twierdzą, że kochają to miasto. Ich książka zaczyna się tak:

Jest takie małe miejsce na Ziemi. Nazywa się Będzin. Jak każde miasteczko, wywołuje sprzeczne uczucia. Jest w nim wiele ciekawych miejsc, ale część niestety bardzo zaniedbanych. Momentami bywa urokliwie, a chwilami nie do zniesienia. Nie wiadomo dlaczego, akurat ono przyciągnęło do siebie dużo nietuzinkowych, utalentowanych ludzi, by… następnie ich od siebie odepchnąć (…). Nam też czasem bywa ciasno i szaro w Będzinie, ale nieodmiennie wracamy, bo dla nas to miejsce ma w sobie wiele ukrytego uroku. Poza tym tu są nasze korzenie i tu jesteśmy u siebie!

Może Wy, gimnazjaliści i absolwenci – dołączycie kiedyś do grona tych utalentowanych, którzy stąd nie wyjadą, tylko zrobią coś fajnego dla miasta? A potem sami napiszecie własną książkę?

Dedykację dla naszej biblioteki wpisuje Grzegorz. Nawet wtedy Agnieszka podróżuje... palcem po globusie 🙂

W Spodku trafiłam jeszcze na:

...harcerzy, którzy przyglądali się czerpaniu papieru na stoisku Art Papier.

...Koziołka Matołka - czyli statuetkę Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego, którą prezentowało dumnie Wydawnictwo Literatura. W tym roku przyznano mu ją za książkę Pawła Beręsewicza "Tajemnica człowieka z blizną".

...przeurocze kartki, które na stoisku Miejskiej Biblioteki Publicznej w Piekarach Śląskich można było dostać i wysłać za darmo!

...tajemniczych ludzi w kapeluszach promujących tajemniczą książkę na tajemniczym stoisku. Victor Orwellsky to podobno pseudonim czynnego polityka. Jakiego - to tajemnica.

...gotowych do ruchu w krainę gry RPG rycerzy na koniu i tych w niepełnym rynsztunku.

Stoisko Biblioteki Śląskiej - w gablocie bliskie memu sercu czasopismo"Guliwer". Chwalebne, że i sami wystawcy czynnie promują czytelnictwo 🙂

Na Targach spotkać można też było kobiety w dworskich strojach.

Kiedy wychodziłam już z Targów, bo właśnie spóźniałam się na umówioną wizytę do znajomych, spostrzegłam na lewo od wyjścia stoisko antykwariatu, które wcześniej dziwnym trafem przeoczyłam. Zdziwił mnie trochę widok wystawcy-antykwariusza, bo na Targach w Krakowie nigdy żadnego nie widziałam. A potem wcisnęłam się między osoby, które przeglądały tam upchane na półkach książki maści wszelakiej. I całe szczęście…  Mój biblioteczny instynkt  zawsze zaprowadzi mnie tam, gdzie ostatecznie powinnam się znaleźć.

Bo to stoisko należało do kogoś, komu warto poświęcić cały następny wpis na tym blogu. Albo i niejeden nawet…

Przywleczone z Targów.

Read Full Post »

W dniach 11-12 października w Częstochowie odbywała się III Ogólnopolska konferencja „E-learning wyzwaniem dla bibliotek”, której organizatorami byli Ośrodek Edukacji Informatycznej i Zastosowań Komputerów w Warszawie, Publiczna Biblioteka Pedagogiczna w Częstochowie oraz Agencja Sukurs, wydawca miesięcznika „Biblioteka w Szkole”.

Zawiodę jednak tych, którzy trafili tu w nadziei na podsumowanie dwudniowych spotkań i wykładów. Niestety, w tym miejscu nie znajdziecie takowego, ponieważ nie brałam udziału w konferencji. Co prawda wystąpiłam, ale póki co nie jako prelegent, tylko jako niespodzianka. Ładnie to brzmi 🙂

Organizatorka konferencji, Pani Bożena Boryczka, zapowiedziała jej uczestnikom taneczny akcent pokonferencyjny. Dlatego nikogo nie zdziwił widok naszej pary na parkiecie. Taniec to dziś nic nadzwyczajnego, tańczą wszyscy i wszędzie. Otwiera człowiek lodówkę – a tam tańczą…

Niespodzianką był fakt, że dla bibliotekarzy zatańczy również bibliotekarka.

Występ rozpoczęliśmy jive’em, nawiązując w nim do nieśmiertelnych stereotypów bibliotekarskich: na zdjęciach widać, że mam na sobie piękny, bury sweterek rodem z biblioteki (mojej babci!), oczywiście okulary i książkę obłożoną w znienawidzony przeze mnie szary papier.

Czytam więc sobie ulubioną pozycję każdego pracownika książnicy, czyli „Dziady”, i wcale nie przeszkadza mi głośna, energiczna muzyka. Chłopakowi, który podbiega do mnie, nie przeszkadza z kolei, że jestem szarą myszką, którą potrafi zachwycić jedynie twórczość wieszcza narodowego, pozostawiając ją zupełnie nieczułą na skoczne rytmy przeboju „Wake me up” grupy „Wham!”. Chłopak ucieka się do radykalnych sposobów zachęcenia mnie do tańca: zostaję gwałtownie pozbawiona książki, która szybuje gdzieś w dal (przeciągłe „uuuuu” na widowni ;-)). Mój partner taneczny pokazuje mi kroki, które powinnam wykonać, ale atrybuty biblioteczne skutecznie uniemożliwiają mi taniec. Pozbawiona ostatecznie sweterka i okularów tańczę już tak, jak powinnam.

Można obejrzeć filmik z tego występu tutaj (aczkolwiek kręcony był z daleka i niewiele widać).

Po jive’ie  zatańczyliśmy jeszcze rumbę i cha chę.

Nastrój był świetny, a parkiet cudowny.

Bardzo dziękuję organizatorom za zaproszenie do Częstochowy, a Paniom: Katarzynie Tomczak i Barbarze Zielińskiej za zgodę na publikację zdjęć ich autorstwa!

Zakamuflowana opcja taneczna. Póki co, jeszcze stereotypowa bibliotekarka, ale za chwilę… Fot. Katarzyna Tomczak.

Zafascynowana energią tancerza – naśladuję go z marnym skutkiem. Fot. Katarzyna Tomczak.

Jeszcze jakby z pewną nieśmiałością. Ale za chwilę… Fot. Katarzyna Tomczak.

Jive. Fot. Katarzyna Tomczak.

Wariacja na temat jive’a. Fot. Barbara Zielińska.

Zaczynamy rumbę. Fot. Katarzyna Tomczak.

Rumba. Fot. Katarzyna Tomczak.

Ciągle rumba. Fot. Katarzyna Tomczak.

I szybka cha cha. Fot. Katarzyna Tomczak.

I już koniec. Fot. Barbara Zielińska.

Read Full Post »

Międzynarodowy Miesiąc Bibliotek Szkolnych trwa,  będzie więc (jakże nietypowo!) o bibliotece. I to w dodatku o naszej.

Wystawa zdjęć, którą możecie u mnie obecnie oglądać wzbudza dużo radości i zdziwienia. Można zobaczyć, jak biblioteka wyglądała wcale znowu nie tak dawno temu. Niektórzy absolwenci, którzy zaglądają jeszcze do szkoły, po wejściu do biblio mówią: o rany, ależ tu się zmieniło! I wtedy dopiero przypominam sobie, że nie zawsze było tak miło, jak teraz.

W pierwszych latach mojej pracy biblioteka mieściła się tylko w jednym pomieszczeniu (teraz jest tam sala informatyczna), a 60% mebli pamiętało zamierzchłe czasy. I  żeby to były chociaż czasy i meble antyczne! Gdzie tam! To były sztuki z czasów sklejki i posuchy, prawdziwa zbieranina gracików, których nikt już nigdzie nie chciał,  nadawały się więc znakomicie do biblioteki szkolnej. Dobrze, że stały tam też prawdziwe cudeńka z drewna, które przystawione pilśnią i zbierające kurz przez lata, dały się jednak pięknie doczyścić i obecnie wyeksponowane  – robią wrażenie.

To, co teraz stoi w dwóch pomieszczeniach, gnieździło się w jednym i nie wiem jakimż to cudem było tam jeszcze miejsce dla mnie i czytelników.  Przeprowadzka do nowego, podwójnego lokum dokonywała się podczas ferii zimowych w 2004 roku, a to wszystko dlatego, że biblioteka dostała komputery do Internetowego Centrum Informacji Multimedialnej i należało wygospodarować na nie dodatkową przestrzeń. Połączono więc klasę biologiczną i języka polskiego, o czym zawsze przypominają mi  starsi absolwenci.  Stojąc przy obecnym dziale 61- Medycyna, mówią „tu stało biurko naszej pani”, a przechodząc do działu 94 – Historia informują „o, a tutaj była moja ławka!”

Zanim jednak zobaczycie fotki sprzed kilku lat, mam dla Was coś specjalnego: w pierwszej kronice szkolnej, założonej w 1945 roku, znalazłam zdjęcia z ówczesnej biblioteki. Wtedy w naszym obecnym gimnazjum mieściła się  Szkoła Podstawowa nr 5 im. H. Sienkiewicza, która dokończyła żywota w 2003 roku, i po której wszystko odziedziczyliśmy – również bibliotekę.

To zdjęcie zrobiono ok. 1945 roku, a wieszak, który widać po lewej stronie stoi teraz w pokoju nauczycielskim i bardzo mi się podoba... 🙂

Napis na gazetce po prawej głosi "Nowe książki to nasza radość". Patrzcie, tyle lat minęło, a nic się w tej kwestii nie zmieniło 🙂

A teraz już historia nie tak zamierzchła. W pierwszym dniu pracy po wejściu między regały oczom moim ukazał się taki oto widok. Nie uciekłam jednak, ale z odwagą, męstwem i w gumowych rękawiczkach walczyłam z szarzyzną 🙂

Ach, te napisy z literek i te obrusiki z lnu... Też zwalczyłam.

Zwróćcie uwagę na blat stolika po prawej. To obrusiki właśnie kryły te niedoskonałości.

Przeszklone regały w głębi pamiętały chyba jeszcze czasy, kiedy w budynku mieścił się Arbeitsamt, czyli urząd werbujący do pracy w Niemczech.

A tutaj już opuszczamy stare lokum. Po odstawieniu paździerzowych regałów oczom naszym ukazały się bardzo solidne regały drewniane. Po doszorowaniu okazały się również śliczne.

Cyklinowanie wykonywano dawniej pomiędzy meblami, co widać doskonale na tym zdjęciu. W miejscu, gdzie stały biurka, nie odnowiono podłogi.

Za to współcześnie cyklinowanie odbywa się przed wstawieniem mebli. Drugie życie podarowano regałom, które stłoczone przez lata w starej bibliotece, nie liczyły już pewnie na wiele...

Inne ładne meble, które mamy w bibliotece od niedawna można popodziwiać tutaj.

A ja czekam na Wasze opisy biblioteki idealnej – to na konkurs, o którym pisałam poniżej.

Dziękuję wszystkim, którzy w tym miesiącu intensywnie zbierają i aktywnie dostarczają do mnie makulaturę. Ta podkręcona w październiku zbiórka pozwoli mi w pierwszych dniach listopada kupić Wam coś ciekawego do czytania na Targach Książki w Krakowie.

Read Full Post »

Zaczynam żałować, że nie zaglądam na stronę „Demotywatorów”. Można tam znaleźć niezłe kwiatki z dziedziny bibliotecznej. Taki na przykład,  jak ten poniżej, opublikowany wczoraj:

Read Full Post »

Z okazji Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych

biblioteka szkolna ogłasza konkurs:

IDEALNA BIBLIOTEKA SZKOLNA

Narysuj plan lub opisz, jak powinna wyglądać Twoja wymarzona biblioteka szkolna.

Dostarcz tekst/rysunek do 28 października do biblioteki

lub prześlij na adres: biblio_g3@tlen.pl

 

Rozstrzygnięcie konkursu 31 października. Dla zwycięzców przewidziano oczywiście nagrody 🙂

Read Full Post »

Był sobie pewien pan, który najpierw nie ukończył college’u, a potem założył w garażu firmę, która jakiś czas później zamieniła się w spółkę o ogromnej wartości.

Panem tym był Steve Jobs, spółką Apple.

Dziś pan od Jabłka udał się na wieczny niepowrót.

Pod koniec wakacji w „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, który Jobs wygłosił kilka lat temu na Uniwersytecie Stanforda. Trzy historie z jego życia. Gazety  już nie mam, ale strony z jego opowieściami wyrwałam i wsadziłam między książki. Dziś wydobyłam je stamtąd i przeczytałam ponownie stare dobre prawdy, o których Steve Jobs wiedział, że są dobre, dlatego codziennie je sobie powtarzał.

„Kiedy miałem 17 lat, przeczytałem: Gdybyś przeżywał każdy dzień, jakby to był twój ostatni, pewnego dnia okaże się, że miałeś rację. Zrobiło to na mnie wrażenie i przez następne 33 lata patrzyłem co rano w lustro, pytając siebie: Jeżeli to jest mój ostatni dzień, czy chcę zrobić dziś to, co zamierzam? Ilekroć odpowiedź brzmiała za długo „nie”, wiedziałem, że muszę coś zmienić.”

„Wiem na pewno, że przy życiu utrzymała mnie miłość do tego, co robię. Musimy pojąć, co kochamy, tak samo w pracy, jak w miłości. Praca wypełnia większość naszego życia i nie osiągniemy prawdziwej satysfakcji jeśli nie zrobimy czegoś, co uznajemy za wielkie. A zrobić coś wielkiego możemy tylko wtedy, kiedy to kochamy. Jeżeli nie wiemy jeszcze, co to jest, szukajmy tego. Nie ustawajmy. Kiedy znajdziemy to coś, będziemy wiedzieli jak w każdej miłości. I jak w każdym prawdziwym związku, będzie coraz lepiej w miarę upływu lat. A więc szukajcie. Nie ustawajcie w poszukiwaniach.”

„Pamięć, że wkrótce umrę, była najważniejszym instrumentem ułatwiającym mi podejmowanie kluczowych życiowych wyborów. Bo niemal wszystko, czego chce od nas świat – nasza duma, nasze obawy przed zbłaźnieniem się i porażką – nikną w obliczu śmierci, a zostaje tylko to, co naprawdę ważne. Pamięć o tym, że zaraz umrzesz, to najlepszy sposób na uniknięcie pułapki, która ci mówi, że masz coś do stracenia. Przed światem stoisz nagi. Nie ma powodu, byś nie podążał za głosem serca.”

„Dano ci czas i nie zmarnuj go, żyjąc cudzym życiem. Nie daj się zwieść dogmatom, co polega na życiu wedle tego, co wymyślili inni. Niech w hałasie cudzych głosów nie zatonie twój własny głos. I co najważniejsze, miej odwagę, by iść za głosem serca i duszy. One jakoś wiedzą, kim naprawdę chcesz się stać. Reszta jest nieważna.”

Cały tekst można przeczytać tutaj.

Read Full Post »

Older Posts »