Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Bibliotecznym okiem’ Category

Narodowe Czytanie w naszym mieście organizuje Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie. Robi to od zawsze profesjonalnie, a w ostatniej edycji, kiedy czytano „Moralność pani Dulskiej”, było też niezwykle barwnie!

Kolorowe i fantazyjne nakrycia głowy oraz obszerne suknie, w które ubrane były bibliotekarki, nawiązywały do stylu i epoki Gabrieli Zapolskiej, bohaterki tegorocznego spotkania.

Zaproszeni goście czytali fragmenty dramatu opublikowanego w 1907 roku. W mistrzowski sposób zrobiła to jedna z pań z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, zbierając zasłużone brawa.

Uczestnicy spotkania dostali darmowe egzemplarze „Moralności” wraz z okolicznościowym stemplem. Podczas imprezy można było też wziąć udział w quizie związanym z tematyką tegorocznego NC. Tylko na dwóch kartkach stwierdzono komplet poprawnie skreślonych odpowiedzi – jedna z nich należała do zespołu z naszej szkoły (SP 8 w Będzinie).

Tak więc silna grupa w składzie: Marta Szczerba – wicedyrektor, ja – bibliotekarka, Maria Wilk i Lena Stachera odebrały w nagrodę książkę o Gabrieli Zapolskiej “Szkło i brylanty” Araela Zurli. Trafiła oczywiście do biblioteki szkolnej! 🙂

Read Full Post »

W bibliotekach szkolnych kryją się prawdziwe perełki. Jedna z nich została wyłowiona podczas niedawnego skontrum, czyli inwentaryzacji księgozbioru.

To dzieło Z. Kowalskiej o ujmującym tytule „Stonka ziemniaczana” (Wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej 1951, seria „Biblioteka Żołnierza”). Na jego widok zadrżało mi serce i zrozumiałam, że podobnie musiały reagować poprzednie bibliotekarki, które nie wpisały tytułu na listę ubytków i pozwoliły mu przetrwać między ważniejszymi książkami w dziale „59 Zoologia”.

Według reguł bibliotecznych ta broszura powinna być już dawno temu wycofana (karta książki pokazuje, że nie była wypożyczana – znaczy: nieprzydatna). Ale jak tu pozbyć się małej maszynki do podróży w czasie, głosu historii, który dziś śmieszy, a wówczas traktowany był śmiertelnie serio?

Pamiętam jeszcze z dzieciństwa pola obsypane stonką, której przemocą wydzierało się każdy milimetr zielonego liścia ziemniaczanego i wtrącało do czeluści wiadra. Osobniki dorosłe o twardych pancerzykach upadały na dno ze stukiem, gramoloąc się nieporadnie z odnóżami w powietrzu, a czerwone, miękkie i obrzydliwe stonkowe dzieci wpadały tam z ledwie słyszalnym pogłosem.

Mówiono wtedy we wsi „znowu zrzucili stonkę”, więc zadzierałam głowę i wypatrywałam tych, co się ośmielili, ale wysoko było tylko wypłowiałe od upałów niebo i ogromne słońce, które wypalało świat.

Teraz już wszystko wiadomo – autorka kreśli ekspansję żuka Kolorado z zachodu na wschód Stanów Zjednoczonych, do Kanady i dalej. Stonce nic nie było w stanie się oprzeć, stawały przed nią nawet koleje, owady mogły pokonywać też obszary wodne. Nic dziwnego, że i nasze polskie pola uległy jej naporowi! Oczywiście nie obyło się bez pomocy…

Z. Kowalska (pseudonim?) wyjaśnia, że w maju 1950 roku amerykańskie samoloty zrzuciły na teren byłej NRD, Czechosłowacji i na polskie wybrzeże Bałtyku dziesiątki tysięcy stonki, a część z nich była nawet w… kopertach! My God!

I konstatuje: „Stonka jest bronią gangsterów z Wall Street.”

Trudno było nie uwierzyć, nabrał się na to nawet nasz pisarz, Stanisław Lem, którego rok właśnie obchodzimy.

W książeczce wspomniano, że walkę ze stonką opisała ”Trybuna Ludu” w 1950 roku. Właśnie na tą informację trafił wtedy Lem. Tak pisze o tym jego syn Tomasz Lem w książce „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie 2009, s. 161):

W latach pięćdziesiątych mój przyszły ojciec potrafił pokłócić się z żoną o stonkę, rzekomo zrzucaną przez Amerykanów nad Polską. Barbarę ta absurdalna informacja podana przez „Trybunę Ludu” mogła tylko rozśmieszyć; jej mąż natomiast we wszystko uwierzył – przecież „Trybuna” zamieściła nawet zdjęcie imperialistycznego pojemnika, którego zawartość miała pokrzyżować plany uświadomionym klasowo chłopom (najlepiej skoszarowanym w kołchozach).

Pojemnik? Przecież to były koperty! Ups… to tylko mała nieścisłość.

Przez sympatię dla Lema i z melancholii do wspomnień z dzieciństwa – dopóki pracuję w tej bibliotece książka o stonce ma dożywotnio miejsce w dziale 59!

😉

Read Full Post »

Droga Rutko…

12 czerwca 1929 urodziła się Rutka Laskier.

Tego samego dnia i roku na świat przyszła także Anna Frank!…

W odległości ponad tysiąca kilometrów dziewczyny prowadziły w czasie wojny dzienniki. Można w nich znaleźć zapisy poczynione tego samego dnia.

Rutka mieszkała w moim mieście. Kiedy utworzono getto i przeniesiono tam całą jej rodzinę, zajęli mieszkanie w budynku przy ul. 1 Maja 13 – dosłownie dwa kroki od miejsca, gdzie spędziłam dzieciństwo.

Pisałam tutaj już wiele razy o niej i jej „Pamiętniku” (będącym w rzeczywistości dziennikiem).

Kiedy dwa dni temu rzuciłam mimochodem, że mogłybyśmy nagrać jakieś scenki i złączyć je w całość z okazji 92. rocznicy urodzin Rutki, moje dziewczyny z aktywu bibliotecznego stanęły na baczność, meldując gotowość do akcji… 😉

Lena od razu sięgnęła po telefon i zadzwoniła do mamy z prośbą o przywiezienie sukienki do roli. Za 15 minut mogłyśmy już nagrywać, jak otwiera zielonkawy zeszyt, żeby zanotować w nim to, co świat przeczytał dopiero za 63 lata.

Marysia, Lena i dwie Natalie – bardzo dziękuję Wam za chęci do współpracy! 🙂

Read Full Post »

Nieoczekiwanie nadeszła przesyłka zza ocenau.

Wręczono mi ją rano w pracy i najpierw zamierzałam poddć ją kwarantannie… no ale nie wytrzymałam.

W środku – dwa numery „Kurier Plus Polish Weekly Magazine” (jak piszą na stronie: „Dociera do największego skupiska Polaków na Wschodnim Wybrzeżu USA w pięciu stanach: New York, New Jersey, Connecticut, Pennsylvania i Masaachusetts”).

Na pierwszej stronie i w środku wywiad z pewną bibliotekarką z Będzina… Jest o tym, jak zaczynałam moją fascynującą przygodę z bibliotekarstwem, i jak ją kontynuuję.

Fajnie popłynąć za ocean, będąc jednocześnie w domu.

Kolega, który wszedł do sklepu w Nowym Jorku i w gazecie dla Polonii zobaczył na 1. stronie moją twarz zdębiał, bo powód, dla którego mogłabym tam się znaleźć należał do tych mało prawdopodobnych…. Jak widać nawet przygody zwykłej pani lubiącej od dzieciństwa książki mogą stać się impulsem do rozmowy.

Tytuł to zwykły chwyt marketingowy. O tańcu jest tam całe jedno zdanie (i to na końcu) oraz – również sztuk jeden – zdjęcie z dawnego turnieju tańca (które zresztą zamieściłam kiedyś na tej stronie).

Wywiad przeprowadziła Katarzyna T. Nowak (w styczniu, więc w ogóle zapomniałam, że to w ogóle miało się ukazać).

W tekście przy składzie popełniono błąd. Zeszyt Rutki Laskier przetrwał wojnę, a po 60 latach został ujawniony, potem przetłumaczony na wiele języków, nie zaś wydrukowany w latach 60.!

Całość wywiadu można przeczytać tutaj: https://issuu.com/kurierplus/docs/kurier1391

*Ciekawostka – Numer ukazał się 8 maja, a więc w Dzień Bibliotekarza!

Read Full Post »

Książki o książkach są dla bibliofilów podwójnie atrakcyjne, wyjątkowość tej podbijał fakt, że była po włosku. Przywiozłam ją kilka lat temu z wyjazdu do Italii.

Romano Montroni, włoski księgarz i wykładowca na Uniwersytecie w Bolonii zapytał stu włoskich pisarzy (bardziej lub mniej sławnych), jaka książka odmieniła ich życie. Odpowiedzi złożyły się na wydawnictwo “I libri ti cambiano la vita. Cento scrittori raccontano cento capolavori” (“Książki zmieniają twoje życie. Stu pisarzy opisuje sto arcydzieł”) (Wyd. Longanesi, 2012).

To oczywiste, że odpowiedzi były różnorodne, tak jak różni byli przepytywani na tę okoliczność. Niektórzy zaczynali z wysokiego C, przywołując w odpowiedzi kanon literatury światowej. Bohaterami ich opowieści były więc takie dzieła jak „Wojna i pokój” Tołstoja, „Odyseja” Homera, „Proces” Kafki, „Sklepy cynamonowe” Schulza czy „Bracia Karamazow” Dostojewskiego.

Byli tacy, co wymienili „Biblię” i jej wpływ na swoje życie, inni stawiali na książki z literatury popularnej albo wręcz użytkowej. Stefano Bartezzaghi opisał swoje zauroczenie „Słownikiem języka włoskiego” Zingarellego mającym we Włoszech taki status jak nasz rodzimy słownik języka polskiego Witolda Doroszewskiego. Wśród omawianych znalazła się też np. „Nowoczesna sztuka kulinarna” Henri-Paula Pellaprata – biblia dla francuskich (i nie tylko) kucharzy.

Najbardziej wzruszająca była jednak opowieść Ivano Marescotti, dramaturga, reżysera i aktora włoskiego. Podzielił się historią spotkania z książką „Czy to jest człowiek” Primo Levi. To znane na całym świecie świadectwo czasów wojny i jedno z pierwszych, które zapoczątkowało nurt opowieści o Zagładzie. Levi był więźniem obozu Auschwitz, a swoje przeżycia i przemyślenia opublikował już w 1947 roku właśnie w powieści „Se questo è un uomo ”.

Marescotti zaczyna opowieść od wspomnienia starych notesów, w których zapisywał – tak jak wszyscy w erze sprzed kalendarzy Google i elektronicznych notatek – terminy spotkań, zlecenia w pracy, ważne wydarzenia czy miłosne podboje. Jeden z takich notatników przypomniał mu, że pod koniec 1986 roku zabrał się do czytania książki Primo Levi, która od dawna tkwiła na regale.

Zacząłem czytać z poczucia obowiązku: jeżeli inni przeczytali, powinienem i ja, mówiłem sobie. Po pierwszej stronie nie mogłem już przestać aż do końca. Kiedy zamknąłem książkę byłem kimś innym. Zastygłem, patrząc na mur naprzeciwko, podczas kiedy łzy ciekły mi po nosie. Płakałem w milczeniu. Ból, strach i złość. Ból, który zaczął się tego dnia i nigdy się nie skończy. Tak samo jak strach. Brała mnie złość na samego siebie: idioto, jak mogłeś przeżyć więcej niż połowę swojego życia bez przeczytania tej książki, jak mogłeś do tej pory nie czytać innych książek dotyczących tej historii. (tłum. moje)

Powieść zrobiła na nim tak ogromne wrażenie, że zapragnął wybrać się do Turynu, gdzie mieszkał Levi. Wyobraził sobie, że zabierze mu tylko pięć minut, choćby w drzwiach – chciał tylko podziękować, opowiedzieć o swoich odczuciach po lekturze. Ale po kilku dniach doszedł do wniosku, że to byłaby przesada –  jego wynurzenia mało obejdą autora i ten ma pewnie dość takich, co zawracają mu głowę. Pomyślał, że list będzie lepszym rozwiązaniem. Myślał, jak w zwięzły i jasny sposób opisać to wszystko, co kłębi się w nim po przeczytaniu książki. Tak mijały tygodnie, aż pewnego dnia natknął się w gazecie na informację: 11 kwietnia 1987 roku Primo Levi zmarł*, spadając ze schodów domu, w którym mieszkał.

Marescotti pisze, że po tej wiadomości poczuł się, jakby Levi spadł z tych schodów na niego. Jego żałość była niewyrażalna, bo w obliczu tej śmierci pojął, że tylko zdawało mu się, że zrozumiał, o czym pisał Levi. Nie wykorzystał okazji. Niedługo skończy się czas, kiedy będzie można wysłuchać tych, co przeżyli Shoah. Wszyscy odejdą, zostaną tylko martwe słowa, w książkach.

To trochę opowieść o książce a trochę o tym, żeby nie odkładać rzeczy na później. Ufać intuicji, działać. Przypomina mi też historię mojego przeczucia, którego nie posłuchałam, a potem było już za późno. Opisałam je pod koniec tego tekstu.

*Śmierć Primo Levi uznano za samobójstwo, niektórzy jednak tłumaczyli, że jako chemik miał do dyspozycji lepsze metody odebrania sobie życia niż rzucenie się ze schodów.

Read Full Post »

Cuda na kiju – właśnie to można znaleźć w niektórych inwentarzach bibliotek szkolnych. Chodzi oczywiście o te tradycyjne księgi, które towarzyszą księgozbiorowi od początku, czasami już wiele dziesiątek lat.

Artykuł w „BwS” nr4/2021

Wpisy robiono wtedy jeszcze atramentem, piórem ze stalówką, pismo jest zazwyczaj piękne i zachwyca starannością, za to zdumiewa kwiatkami, które sprawne oko współczesnego bibliotekarza z łatwością wypatrzy.

Podmiana książek na inne egzemplarze, skreślanie  istniejących numerów ubytków i ich ponowne ubytkowanie, pomijanie wielu numerów inwentarzowych na dziwne podsumowania itp.

W najnowszym numerze czasopisma „Biblioteka w Szkole” (nr 4/2021) piszę właśnie o takich przypadkach. Zarówno poprzednia biblioteka, w której pracowałam (gimnazjum), jak i obecna (szkoła podstawowa) nie ustrzegły się przed podobnymi błędami.

Nie powinny się zdarzyć, ale ponieważ zdarzyły  – późniejsi pracownicy mają czasami niezłe zagwozdki z wyprowadzeniem stanu księgozbioru. Lekarstwo jest jedno: skomputeryzować wreszcie bibliotekę i podawać stan faktyczny opierając się na podpowiedzi programu. Zazwyczaj działa. 😊

Read Full Post »

Najmłodsi uczniowie po raz drugi w tym roku szkolnym musieli przejść w tryb nauczania zdalnego. Starsi od listopada walczą ze sprzętem i własną niechęcią do tego typu nauczania. Wiadomo, że wcale im się ono nie podoba, bo woleliby spotykać się w klasie z rówieśnikami i nauczycielem. To wszystko było atrakcyjne tylko przez chwilę. Z badań wiadomo, że na nikogo nie działa dobrze izolacja i wielogodzinne wpatrywanie się w monitor.

Przez przypadek zaplątała mi się w ręce „Fantastyka” ze stycznia 1989 roku. W pożółkłym czasopiśmie trafiłam na znajome słowo „teleszkoła”…

Autorem opowiadania o tym tytule jest urodzony we Wrocławiu Kurd Lasswitz (tłumaczyła Grażyna Werner), prekursor niemieckiej fantastyki naukowej, który zmarł w 1910 roku. Jego wizje sprzed ponad stu lat dotyczące nauczania na odległość były bardzo śmiałe i wizjonerskie, prawie tak samo jak pomysły Lema na czytniki książek.

Lasswitz umieścił akcję tego opowiadania w 1999 roku, więc co do pomysłu na globalne funkcjonowanie „teleszkoły” pomylił się zaledwie 21 lat… Miał czuja, bo oto na ścianie nauczyciela gimnazjum, który usnął znużony w swoim gabinecie, zamiast biblioteczki z książkami pojawiło się 30 prostokątnych ramek z ruchomymi obrazami – a w każdej z nich widniała twarz jego ucznia… Na początku XX wieku lepiej nie można było chyba opisać dzisiejszej codzienności wielu z nas.

„Fantastyka” 1989, nr 1, s. 20-21.

Nie tylko telefon, lecz i telewizor zostały tak udoskonalone, że wraz ze słowami mówiącego można jak najdokładniej dostrzec jego postać, jego ruchy, każdą z jego min. Oczywiście obecnie nie jest już konieczne pokonywanie długich dróg do szkoły, nauczyciele i uczniowie mogą wygodnie pozostać w domu.

Brzmi to, jakby niemiecki pisarz jakimś cudem odbył podróż w czasie i miał okazję przyglądać się szkołom od marca zeszłego roku. 

W jego opowiadaniu są też wynalazki, na które jeszcze trochę trzeba będzie poczekać, np. rower latający, czy stemplowana opaska chroniąca mózg dla nauczyciela, dzięki której może ustrzec się przed niebezpieczeństwem zużycia w szkole większej ilości siły umysłu niż ta, jaka odpowiada umiejętnościom uczniów i zaszeregowaniu nauczyciela…

Teraz potrzeba nam na gwałt albo tego, co Kurd Lasswitz opisał jako gadżet wspomagający nauczanie na odległość, albo końca pandemii (ale raczej końca pandemii):

Zlikwidowano problem przeciążenia. Fotele, w których spoczywają uczniowie, są w optymalny sposób wyposażone w automatyczne mierniki wskazujące wagę ciała, puls, natężenie i zakres wydechu, zużycie energii mózgowej. Gdy tylko energia mózgowa wyczerpie się w określonym stopniu, psychograf wskazuje, że nastąpiło zmęczenie i połączenie między uczniem a nauczycielem zostaje automatycznie przerwane, a dany uczeń zwolniony z dalszych lekcji. Gdy tylko jedna trzecia klasy w ten sposób się „wyłączy”, powinien pan skończyć lekcję.

Read Full Post »

W marcu 1945 roku do Będzina przywieziono grupkę sierot z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Roczną dziewczynkę o imieniu Basia przygarnęła rodzina Wesołowskich. Na nodze maleństwa widniał wytatuowany numer. W miarę upływu lat tatuaż stał się niewyraźny i nie można było jednoznacznie stwierdzić z jakich cyfr się składa. Tym samym niemożliwe stało się rozszyfrowanie tożsamości Basi.

W 1965 roku ukazała się książka Edmunda Polaka „Kim jesteś, Basiu?” (Wydawnictwo Literackie). Opisał w niej, jak dochodził do prawdy o pochodzeniu dorosłej już wtedy i zamężnej kobiety. Jak to się stało, że przeżyła obóz, skoro większość dzieci nie miało na to żadnych szans?

Jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o książce. Kiedyś podczas przeglądania kroniki biblioteki mignęła mi przed oczyma charakterystyczna okładka i notka o spotkaniu z jej bohaterką, ale wtedy nie wczytałam się w szczegóły. Dopiero kiedy Dominika, nauczycielka historii w naszej szkole, powiedziała mi, że jej babcia przyjaźniła się z pewną kobietą z Będzina urodzoną w Oświęcimiu, i że napisano o niej książkę, od razu połączyłam fakty. Rzuciłam się ponownie do kroniki i wyszukałam książkę na półce.

Edmund Polak wykonał tytaniczna pracę, żeby znaleźć rodzinę Basi i dotrzeć do prawdy o jej urodzeniu. Redaktor „Expresu Wieczornego”, w którym ukazywały się artykuły o Basi i o poszukiwaniach jej prawdziwej rodziny, przez dwa lata szperał w nieuporządkowanych jeszcze wtedy archiwach Muzeum Oświęcim-Brzezinka, wypytywał też świadków – a miał do nich bezpośredni dostęp jako członek Klubu Oświęcimiaków. Szukał dokumentów, czytał wspomnienia więźniów, odwiedzał inne obozy na terenie kraju, załatwił też badania antropologiczne, które miały pomóc w ustaleniu ewentualnych powiązań rodzinnych kobiety.

Nie chcę psuć Wam przyjemności z lektury, nie zdradzę więc szczegółów tego dochodzenia. Poniżej znajdziecie zdjęcia z kroniki bibliotecznej oraz szkolnej, w których zamieszczono informacje i fotografie ze spotkania z Barbarą Sidło w murach naszej szkoły. Było to w maju 1975 r. O wydarzeniu napisała nawet gazeta “Wieczór”.

Zapis w kronice biblioteki.

Wpis Barbary Sidło do kroniki szkolnej.

Kronika okazała się też źródłem dodatkowych niespodzianek. Znalazłam w niej list wysłany przez uczniów SP 8 do Edmunda Polaka. Informowali w nim o spotkaniu z bohaterką jego książki. Na szczęście do księgi wklejono również odpowiedź autora, a nawet oryginalną kopertę, w której przyszedł list. Z jego treści wynika, że razem z Barbarą Sidło na spotkanie do szkoły przyszły też jej dzieci – Mirosława i Lidia. Podejrzewam, że na zdjęciu grupowym siedzą po obu stronach mamy, w środku. Ciekawe, czy mieszkają jeszcze w Będzinie albo okolicach?

List uczniów SP nr 8 w Będzinie do Edmunda Polaka, autora książki o Basi.

Odpowiedź Edmunda Polaka na list uczniów.

W środku bohaterka książki Barbara Sidło. Czy po prawej siedzą córki kobiety?

Read Full Post »

Pięknego, spokojnego czasu z bliskimi,

dużo zdrowia i mimo wszystkich przeciwności –

nadziei na lepsze jutro!

Zaczytanych Świąt!

 

 

Read Full Post »

Prowadzę go od 30 lat.

Tom 1 i 2 - zeszyt książek przeczytanych. Na pierwszej stronie - cytat z Makuszyńskiego.

Tom 1 i 2 zeszytów książek przeczytanych. Na pierwszych stronach obu: cytat z Makuszyńskiego.

W maju 1990 roku pomyślałam, że fajne byłoby zapisywać, co wypożyczam (czyli czytam). Wtedy było to dla mnie równoznaczne, dopiero później stałam się czytelnikiem bardziej świadomym i wybrednym – do tego stopnia, że założyłam też zeszyt książek, które czytać co prawda zaczęłam, ale z różnych przyczyn nie skończyłam.

Na początku była tylko tabelka, ale już pół roku później postanowiałam zrobić sobie więcej przestrzeni na notatki. Pisałam skąd książkę zdobyłam, kiedy zaczęłam i skończyłam czytać, notowałam też liczbę stron i informację o treści.

W kolejnych latach ciągnęłam oczywiście numerację, żeby wiedzieć nie tylko, ile przeczytałam w danym roku, ale też ile ogółem od początku spisywania. Żal mi było tylko tego, czego nie zanotowałam wcześniej, a wiem, że było tego trochę…

Przeglądam te zapiski i cieszę się, że starczyło mi samozaparca, żeby je prowadzić. Uśmiecham się też do siebie, kiedy widzę młodzieżowego „Dzikusa” Żółkiewskiej, a zaraz po nim „Wykaz działów katalogu rzeczowego dla bibliotek dziecięcych”. Albo „Pollyanna dorasta” na deser po pozycji obyczajowo-przygodowej 😉 „Klasyfikacja i katalog rzeczowy” Sawoniaka. Zanotowałam, że tę ostatnią pożyczyła mi „p. istruktor”, czyli Janina Mirosławska, późniejsza dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej (obecnie to Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie).

Potem było już tylko lepiej: „Poradnik kierownika punktu bibliotecznego” albo „W bibliotece dla dzieci. Poradnik metodyczny”. Jak wiecie, już od najmłodszych lat mój cel był jasno określony, a to tylko dowód na to, że sukcesywnie go realizowałam. (O tym, jak w dzieciństwie stworzyłam sobie bibliotekę w schowku na pajęczyny pisałam tutaj.)

O tych zeszytach opowiedziałam ostatnio na lekcji w klasie siódmej. Następnego dnia zjawił się u mnie uczeń z tej klasy. Czyta o wiele więcej, niż ja w jego wieku. Poprosił mnie o kilka książek. Zdziwiona spytałam, czemu chce je wypożyczyć ponownie – przecież niedawno je oddawał? Trochę się zmieszał, a potem pokazał mi zeszyt. – Też chcę notować przeczytane książki, tak jak pani…

Wiecie, że się wzruszyłam?

Te zdjęcia są dla niego. ❤

Read Full Post »

Older Posts »