Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2011

Wydaje się, że to było wczoraj: na jednej z uliczek odchodzących od krakowskiego Rynku Głównego (czy Szewskiej?) obchodzono hucznie 90. urodziny Czesława Miłosza. Zjawił się tam osobiście z żoną Carol, były kwiaty, życzenia i różne atrakcje. Rozdawano wtedy taką pocztówkę okolicznościową (mam ją nadal, przetrwała w moim biurku):

 

A tu dziś mija już 100 lat od urodzin poety. Dlatego też rok 2011 ustanowiono Rokiem Miłosza. Większość zaplanowanych w ramach tego Roku wydarzeń, choćby poetycki Festiwal Miłosza, odbywała się w Krakowie, ale akurat dziś obchody przeniosły się do Krasnogrudy,  gdzie w dworku należącym do rodziny pisarza ze strony matki otworzono Międzynarodowe Centrum Dialogu.

Z Miłoszem kojarzyć będą mi się już zawsze moje osobiste sukcesiki literackie, bo dosyć dawno temu w konkursie „Twórczość ze szkolnej ławy” dostałam jako nagrodę jego „Zniewolony umysł”. Miałam wtedy 13 lub 14 lat, więc po lekturze nie zrozumiałam jeszcze wielu rzeczy, dopiero kilka lat później nadrobiłam zaległości w odbiorze. „Zniewolony umysł” polubiłam jednak bardzo, bo mam w nim wpisy gratulacyjne i życzenia sukcesów literackich w przyszłości.

Kiedyś zaczytywałam się w pewnej małej książeczce wydanej przez „Znak” – „Przeciw poetom” Witolda Gombrowicza  – czyli dialogu o poezji z Czesławem Miłoszem (wyd. 1995 r.) To urocza kłótnia o poezję. Podobała mi się odwaga Gombrowicza w publicznym przyznaniu, że poezji nie lubi. Tak na jego list odpowiedział wtedy Czesław Miłosz:

Panie Gombrowicz!

Pan ośmieliłeś się napaść w brutalny sposób na poezję i poetów. Pan obrażasz uczucia tysięcy ludzi, którzy piszą wiersze i z drżeniem serca czekają na odpowiedź z redakcji. Pan podgryzasz fundamenty bytu działaczy na niwie kultury, którzy czerpią dochód z kultu wieszczów. Pan niszczysz i mnie, który wypowiadam się niekiedy mową wiązaną. To wszystko można byłoby Panu wybaczyć, gdyby Pan nie miał racji. Ale Pan, mówiąc, „iż nikt prawie nie lubi wierszy i że świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym”, ma całkowitą słuszność. (str. 43)

Pod jakimi warunkami Miłosz przyznaje Gombrowiczowi w tej kwestii rację – musicie doczytać już sami.

W tej samej książce zamieszczono też tekst „Pięćdziesiąt lat później”, w którym Miłosz napisał m.in.:

Porwane (…) nurtem zbiorowej potrzeby utwierdzania się w wielbieniu poszczególne drobiny ludzkie też chcą zostawić swój ślad i oto co drugi on albo co druga ona zaczyna pisać wiersze, podczas gdy wśród pasażerów każdego tramwaju czy autobusu dałoby się wyłowić zastęp marzycieli, przymierzających się do powieści.  (str. 69)

Teraz inaczej odczytuję te słowa, bo wiem, że i Miłosz potrzebował akceptacji dla swojej twórczości, domagał się od przyjaciół oceny (tylko pozytywnej) i bardzo chciał właśnie „zostawić swój ślad”. Kiedy czytałam je po raz pierwszy zupełnie niepotrzebnie bardzo się nimi przejęłam i wzięłam je do siebie.

 Z okazji obchodów Roku Miłosza wróciłam do lektury „Roku myśliwego” (wyd. 1991 r.) Czytam więc i uśmiecham się do jego myśli:

Przegroda dzieląca życie od śmierci tak cienka. Niewiarygodna kruchość naszego organizmu, tak że nasuwa się wizja: rodzaj mgły zgęszcza się w kształt ludzki, trwa chwilę i zaraz rozwiewa się. (str. 56)

Zawsze zdawało mi się, że świadomość leczy. To znaczy, że zapobiega powtarzaniu tego, co raz uświadomione, aż tak bardzo, że potrafi zażegnywać śmierć, skoro powtarzalności śmierci jesteśmy świadomi. Dowodzi to, że moja myśl była mitologizująco- dziecinna. Ileż to stronic druku poświęcono np. ludzkiej próżności, przeanalizowano ją wzdłuż i wszerz i nic nie pomaga, najbardziej świadomi jej wybiegów ulegają jej i narażają się na drwiny bliźnich przenikliwych w śledzeniu cudzych wad, nie swoich. (str. 133)

A na koniec, żeby postać Miłosza, dostojnego poety i noblisty trochę odbrązowić, przytoczę fragment wywiadu z jego synem, Anthonym, który ukazał się dziś w „Dużym Formacie” (nr 24/2011):

„Na przyjęciach uniwersyteckich Amerykanie siedzą, rozmawiają, nie przychodzą tam, żeby rozrabiać, więc ja [ojcu] zarzucałem, że czasami w tym pierwszym okresie potrafił trochę za bardzo się wyróżniać. Tak samo mama miała mu za złe, że potrafił wypić więcej niż inni i być w towarzystwie tym jedynym, który się wygłupia.”

A o jakie wygłupy chodziło synowi poety? Wyjaśnia to fragment listu Miłosza do Jerzego Andrzejewskiego:

Tony mnie łaje, że nie umiem zachować godności profesora (…) i na moje chodzenie na czworakach patrzy niechętnie.

Serdeczne życzenia składam wszystkim urodzonym tego dnia, szczególnie Pawłowi, który tak jak Miłosz, urodził się 30 czerwca, tylko kilkadziesiąt lat później.

Reklamy

Read Full Post »

Na wakacje?

I znów nie wiedzieć kiedy upłynął rok szkolny i nagle okazuje się, że to już wakacje!

Niektórzy nauczyciele pojawią się w szkole jeszcze na chwilkę w przyszłym tygodniu, żeby rozliczyć się z ostatnich papierków. Ja posiedzę sobie w bibliotece  do końca czerwca i powpisuję książki do MOLa. Po roku wprawy  działam jak automat, wystarczy przestawić mnie na tryb wakacyjny 😉

Uczniów nie będzie, za to będzie cicho i skupienia nad okienkami programu nie przerwie mi np. nagły okrzyk „Proszę pani, proszę pani, ja tu sobie robię gimnastykę korekcyjną!”  Podnoszę wtedy wzrok i widzę taki mniej więcej obrazek:

Uczniowska wersja gimnastyki korekcyjnej. Z czystej sympatii dla bibliotekarki wykonana na stole w czytelni biblioteki.

Nauczycielom i uczniom życzę zasłużonego wypoczynku i ciągnących się w nieskończoność wakacji. Tak dłuuugich, żeby Wam się w końcu znudziły i ułatwiły bezbolesny powrót do szkoły!

A sobie życzę, żebym po 1 lipca nie zetknęła się z żadnym MOLem – ewentualnie z książkowym 🙂

Jakiś czas temu nawet kapsel znanego soku apelował, że pora wreszcie odpocząć 🙂

Read Full Post »

15 czerwca do sosnowieckiej biblioteki miejskiej przyjechał Andrzej Franaszek, autor wydanej ostatnio przez „Znak” bardzo obszernej pozycji „Miłosz. Biografia” (z przypisami – 903 strony!).

Chociaż bohaterem spotkania był właśnie Franaszek –  literaturoznawca i krytyk literacki pracujący od lat w „Tygodniku Powszechnym”, niewiele dowiedzieliśmy się o nim samym i jego warsztacie pisarskim – autor opowiadał prawie wyłącznie o Czesławie Miłoszu. („Rozmawiajmy o Miłoszu, a nie o mnie – trzeba mieć poczucie hierarchii” – powiedział). Wspomniał, że nie do końca jest prawdą, jakoby przez 10 lat pisał biografię noblisty (co twierdzi wydawca książki) – w tym czasie popełnił bowiem inne teksty: wydał m.in. „Przepustkę z piekła : 44 szkice o literaturze i przygodach duszy” czy „Ciemne źródło : esej o cierpieniu w twórczości Zbigniewa Herberta”.

Spotkanie z Franaszkiem prowadziła Barbara Gruszka-Zych

Materiał do książki zbierał i opracowywał rzeczywiście długo, co nie dziwi wcale, biorąc pod uwagę, że zachowało się niezwykle dużo pamiątek i notatek po poecie, bo Miłosz podobno niczego nie niszczył. Zachował się np. jego notatnik z 1935 r. z Paryża. W samej tylko bibliotece uniwersytetu w Yale Franaszek dostał do przeglądania materiały o pisarzu, które mieściły się w około stu pudłach! Autor biografii zapewnił, że nie stworzył hagiografii, nie lustrował i nie demaskował – stworzył książkę uczciwą, bez ekscytacji szczegółem biograficznym.

Franaszek wspominał czasy, kiedy jako goniec „Tygodnika Powszechnego” zanosił Miłoszowi nowe numery czasopisma. Był wtedy szczegółowo egzaminowany przez poetę, który był już po lekturze „Tygodnika”, bo nie mogąc doczekać się na Andrzeja, wysyłał rano swoją sekretarkę po czasopismo do kiosku.

Z prawie dwugodzinnej, barwnej opowieści biografa wyłonił się Miłosz bardziej ludzki, pełnokrwisty, zastępując nasze wyobrażenia o niemalże czczonym nobliście, świętym starcu, jak sam nazwał go Franaszek. W życiu poety było dużo romansów, bardzo dużo przeciwności losu i długie depresje (np. podczas pobytu na emigracji, czy po śmierci żon). Był maksymalistą we wszystkim, co robił: czy to w kochaniu, czy porzucaniu, czy też w udręczaniu się. Obce mu były stany pośrednie, letnie.

Miłosz miał niezwykle wrażliwe sumienie (mówił, że boi się sądu ostatecznego). Był człowiekiem głęboko wierzącym – wiara była najważniejszym wymiarem w jego życiu. Na pytanie Aleksandra Fiuta, literaturoznawcy – co jest w życiu najważniejsze? – odpowiedział: zbawienie. Kiedy Jan Błoński zapytał go z kolei, czy jest katolikiem, Miłosz odpowiedział, że tak. Niewiarygodne, że jeden z najbardziej religijnych polskich poetów oskarżany był przez niektórych o antyreligijność…

Miłosz był przekonany o niezwykłości swojego żywota – mówił, że w którymś momencie musiał podpisać jakiś diabelski pakt (co umknęło jego uwadze), bo przecież niemożliwością jest, by wyszedł cało z tylu opresji, niezwykłych przeżyć, niebezpiecznych zawirowań losu (np. udało mu się trafić na pustą komorę rewolweru podczas młodzieńczego wybryku z rosyjską ruletką). Poza tym zawsze wyglądał na młodszego, niż był w rzeczywistości.

Poeta był przeświadczony, że za wszystkie jego grzechy cenę płacą zawsze inni, jego bliscy:  pierwsza żona – Janka, chory syn, druga żona –  Carol, która zmarła nagle w 2002 r. W wieku 60 lat Miłosz nauczył się greki a później hebrajskiego, bo chciał przełożyć „Księgę Hioba”, aby odkupić swe winy.  W rezultacie przełożył 10 ksiąg biblijnych.

Stefan Chwin zapytał kiedyś Miłosza, czy miał szczęśliwe życie, na co ten odpowiedział: nie…

Już pod koniec spotkania Fraszek dodał: „Jeżeli chodzi o śmierć,  Miłosz był przeciw.” To było bardzo rozczulające: jakby można było w tej kwestii w ogóle pertraktować… Nie można przecież, ale ja też nie zgadzam się na śmierć.

Spotkanie z Andrzejem Franaszkiem prowadziła Barbara Gruszka-Zych – ta sama, której książkę o spotkaniach z Czesławem Miłoszem udało mi się kupić kilka dni temu w Matrasie (o czym piszę poniżej). Niezwykły zbieg okoliczności 🙂

Autor podpisuje liczącą ponad 900 stron (co widać) biografię Miłosza.

Zobacz też:

Wywiad z Agnieszką Kosińską, osobistą sekretarką Czesława Miłosza w latach 1996-2004.

Read Full Post »

Doprawdy trudno oprzeć się niezwykłemu przyciąganiu afiszy informujących o 70% upuście cenowym, którymi wyklejono witrynę księgarni „Matras”. Choćbym wyczerpała już limit pieniężny przeznaczony w danym miesiącu na książki, moja natura bibliotekarska podszeptuje mi: „To prawdziwa okazja, wejdź tylko na chwilkę, szybki rzut oka na ofertę i już cię nie ma”.

Wynikiem ekspresowego rekonesansu (który w rezultacie przerodził się w rekonesans trochę mniej ekspresowy) do naszej biblioteki szkolnej, drogą losowania z pudła przecenowego (za 4,90 zł), trafiają następujące pozycje:

„Mój Poeta” Barbary Gruszki-Zych (Wyd. Videograf II) – to notatki z osobistych spotkań dziennikarki z Czesławem Miłoszem.

2011 jest Rokiem Miłosza, za kilkanaście dni będziemy obchodzili 100. rocznicę urodzin poety, książeczka ta dołączy więc do eksponowanych z tej okazji w bibliotece pozycji poświęconych nobliście (co oczywiście nie znaczy, że jest jedynie do oglądania, a nie do czytania!).

Druga zakupiona  książka to „Numer 10” Sue Townsend (Wyd. WAB). Nie ukrywam, że kupiłam ją, sugerując się tylko nazwiskiem autorki, znanej chyba wszystkim za sprawą powieści o Adrianie Molu, który dawno temu miał lat 13 i ¾ oraz palące problemy dojrzewania. Mamy w bibliotece kilka części przygód Adriana (kiedyś „Adrian Mole. Męki dorastania” była nawet na spisie lektur do konkursu przedmiotowego z języka polskiego).

Powieść Townsend to raczej pozycja dla nauczycieli, którzy odwiedzają bibliotekę równie chętnie jak uczniowie i staram się, aby i oni mieli duży wybór literatury beletrystycznej.

„Numer 10” to opowieść o pewnym angielskim premierze, który w damskim przebraniu wybiera się wraz ze swoim ochroniarzem w podróż po Wielkiej Brytanii. Chce nawiązać kontakt z przeciętnymi obywatelami i poznać problemy ich życia codziennego, które stracił trochę z oczu, wykonując gorliwie obowiązki urzędnicze.

Obydwie książki kupiłam akonto składowanej jeszcze ciągle makulatury, która dzięki młodzieży rośnie w tempie przyspieszonym. Aby je zakupić wystarczy oddać do skupu jedyne 28 kg.

A nam znowu udało się zebrać ponad 100 kg! To znaczy, że będą jeszcze jakieś nowości! 🙂

Read Full Post »

Tylko dance ma sens ;-)

To był mój ostatni w tym sezonie turniej – tym razem w Świdnicy.

Wynik niezmienny (i jak twierdzą niektórzy – już nudny): I miejsce.

Read Full Post »

W Krakowie zadebiutowały Targi Książki dla Dzieci, które trwały od 3 do 5 czerwca.

W hali, gdzie podczas listopadowych Targów Książki stłoczone są setki stoisk, a w ciągle za ciasnych alejkach mijają się tłumy zwiedzających i kupujących, teraz było bardzo dużo przestrzeni. I miło było obserwować, jak przestrzeń tą dominują dzieci większe i mniejsze, a nawet takie, które dopiero zaczęły stawiać pierwsze kroki.

Wystawców było 90, a większość z nich przyciągała do siebie nie tyle kuszącymi rabatami (co sprawdza się w przypadku targów tradycyjnych), ale kolorową i ciekawą propozycją zajęć, zabaw, konkursów. Książki były niejako obok, w tle, ale to nic nie szkodzi. Ważne, żeby od najmłodszych lat oswajać dzieci z ich obecnością, żeby później ta forma przekazu treści nie była dla nich niczym obcym, dziwnym. Żeby nie bali się wziąć książki do ręki i przede wszystkim – żeby od niej nie stronili.

Zaobserwowałam jedną bardzo krzepiącą scenkę rodzajową: młodzież biorąca udział w układaniu wielkiego scrabble dostała (prawdopodobnie za wkład pracy) naręcze książek od Wydawnictwa „Gazety Wyborczej”. Rzucili się na te książki tak zachłannie i wykłócali później o to, którą kto chce wziąć, jakby nie dostali do podziału kilku książek, ale co najmniej najnowsze modele wypasionych telefonów komórkowych. Szkoda, że nie zdążyłam nagrać krótkiego filmiku z tej „akcji”, która bardzo podniosła mnie na duchu i pozwoliła z optymizmem patrzeć na zaangażowanie książkowe najmłodszych.

A oto fotograficzna relacja z niedzielnego wypadu na 1. Targi Książki dla Dzieci:

Warsztaty z ceramiki

Na stoisku "GW" można było wyczarować coś z gazety...

...albo dostać autograf Adama Wajraka i Nurii Selva Fernandez, autorów książki "Kuna za kaloryferem"

Książkę o sobie promowała kuna gazetowa (na wysokości) 🙂

Joanna Krzyżanek, pisarka dla najmłodszych, autorka m.in. „Dobrych manier Cecylki Knedelek, czyli o tym, że wypada wiedzieć, co wypada”. Bohaterką jej książek jest m.in. gąska Walerka. Autorka tłumaczy, jak zrobić własną gąskę z przygotowanych wcześniej elementów.

Obok gąsek w wersji light siedzi gąska, którą autorka dostała przed spotkaniem.

Praca nad najdłuższą książką.

A to już fragment najdłuższej książki. 3 czerwca miała 25 metrów, 4 czerwca: 36 metrów.

Scrabble, przy których rozegrała się bitwa o książki...

Anna Czerwińska-Rydel, której książkę "W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej-Curie" kupiłam do naszej biblioteki.

Read Full Post »

Pojawiły się w bibliotece dwie nowe książki, które pod koniec roku szkolnego raczej nie będą miały powodzenia, ale kupiłam je teraz, bo cena była okazyjna, a i sponsor się znalazł.

Wydawnictwa zgodził się kupić dla nas szkolny sklepik (czyli zawiadująca nim Ela Krawczyk, nieoceniona w przypadku braku gotówki na drobne zakupy książkowe). Bardzo dziękujemy!

Pierwsza nowość to lektura szkolna (tak, właśnie dlatego poleży odłogiem do następnego roku szkolnego) w nietypowej formie: „Mały Książę – komiks według powieści Antoine’a De Saint-Exupery’ego” z ilustracjami Juranda Pawłowskiego, wydana przez „Ibis”.

 

To będzie alternatywa dla tych, którzy kręcą nosem przy wypożyczaniu tradycyjnej wersji tej książki (że niby za dużo literek – bo nie czytali jeszcze „Potopu”…).

I tylko zastanawiam się, czy nie powinnam raczej kupić więcej egzemplarzy tej alternatywy…  😉

Jedna ze stron komiksu "Mały Książę" wydanego przez IBIS. Ilustracje Jurand Pawłowski

Druga pozycja, też z „Ibisu” – „Słownik ojczyzny polszczyzny” Jana Miodka. Rzecz, którą kupiłam również dla siebie, bo dobrze wiedzieć, jak pewne słowa (które zresztą wydawałoby się – dobrze znamy) poprawnie powiedzieć, napisać, odmienić.

Poniżej ilustrujący to przykład. Niby taka prosta „biblioteka”, a zdarza się, że niektórzy wymawiają ją w sposób budzący moją grozę i przerażenie (groza zaznaczona na czerwono):

Fragment ze "Słownika ojczyzny polszczyzny" Jana Miodka

Read Full Post »