Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2010

Nie dość, że Mikołaj dotarł w tym roku do biblioteki o wiele wcześniej, niż można było się spodziewać, to w dodatku okazał się nadzwyczaj szczodry. Prezentów mamy tyle, że aż głowa boli ze szczęścia… Pierwszy z nich był długo wyczekiwany i dawno wymarzony…

Prezent pierwszy:

Lada biblioteczna z prawdziwego zdarzenia. Piękna, obszerna i wygodna, prawdziwe centrum dowodzenia tysiącami woluminów-  prezent od Pani Dyrektor 😉

A dla przypomnienia (i porównania) taki oto widoczek:

Jeszcze tydzień temu w bibliotece było tak...

Niedługo późnej pojawił się prezent drugi:

Wygodna, czerwona sofa, na której można czytać, rozmyślać i kontemplować piękno naszej biblioteki szkolnej. Jej darczyńcą jest Pan Adam Szydłowski, radny powiatu będzińskiego.

Sofa samotna...

 

... i sofa zagospodarowana 🙂 Najaktywniejsze czytelniczki ostatniego miesiąca: Ania, Gabrysia i Karolina

Trzeci prezent:

Dotarł w tym samym, co sofa, dniu: drewniana podpórka do książek, na której już za chwilę eksponowane będą pozycje szczególnie polecane przez bibliotekarza. Fundatorami podpórki są ci wszyscy, którzy przynoszą do biblioteki makulaturę, bo zakupiono ją właśnie z funduszy za sprzedaż surowca wtórnego. (Podpórka na regaliku przy sofie).

Pomiędzy tymi prezentami pojawił się jeszcze jeden, obecnie niewidoczny, ale bardzo istotny: dysk twardy „500”, bo dotychczasowy ze względu na przepełnienie odmawiał miejscami współpracy. (W tym przypadku Mikołajowi również pomagała Pani Dyrektor).

Serdecznie dziękujemy za wszystkie niespodzianki i nie śmiemy nawet prosić o więcej 🙂

Zapraszam do osobistego podziwiania wszystkich prezentów!

Reklamy

Read Full Post »

W zwracanych przez Was do biblioteki książkach oraz tych, które już długo stały na półce i nagle ktoś zechciał je wypożyczyć – znajdowałam przeróżne rzeczy. Wszystkie składałam przez długi czas do specjalnej teczki, żeby kiedyś wykorzystać. Tak właśnie zgromadziłam materiał do ciekawej ekspozycji. Uczniowie i odwiedzający szkołę mogli oglądać wystawkę w październiku i na początku listopada.

Wśród zostawionych w książkach różności udających zakładkę znalazły się m.in.: przepis prania nr 15 dla firanek poliestrowych, opakowanie po plastrze rozgrzewającym, dawne 50 zł, mapki na papierze pergaminowym, zdjęcia z wycieczki szkolnej sprzed chyba 20 lat, list z kolonii, usprawiedliwienia, kartki z grą w państwa-miasta  i takie skarby jak: fotos aktora, opis labradora, ekierki, ściągi i święte obrazki.

List z 1972 roku i przepis prania firanek

Prośba o wypożyczenie z biblioteki "Konrada" J. Słowackiego. W dawnych, dawnych czasach, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, wiadomości przekazywano sobie na karteczkach...

Pod zdjęciami kartka z karą pisemną: słowo "przepraszam" w dwudziestu odsłonach

A to opakowanie po plastrze. U góry zestaw biletów kasowanych jeszcze metodą dziurkową

Read Full Post »

 

Sklep z misiami w Gdańsku

Dziś Światowy Dzień Pluszowego Misia. Misiem bawił się w dzieciństwie chyba każdy i każdy słyszał o najsłynniejszym misiu, bohaterze znanej na całym świecie książki, Winnie the Pooh, czyli Kubusiu Puchatku.

Moja mała chrześnica zapoznaje się właśnie z tekstem Alana Alexandra Milne w tłumaczeniu Ireny Tuwim, pierwowzorem wszystkich poznanych przez nią dotychczas dziecięcych przeróbek tej opowieści – pięknych, kolorowych i na kredowym papierze.

Jestem akurat bardzo w temacie misiowym, ponieważ wczoraj skończyłam czytać „Zaczarowane miejsca” Christophera Milne. Autorem książki jest ten sam Krzyś, syn Alana Alexandra, którego znamy z opowieści o Puchatku.

Opisuje on swoje dzieciństwo, życie w Londynie a później na wsi, w Cotchford, gdzie przeniosła się cała rodzina, ale czyni to dosyć powściągliwie. Taki też był jego ojciec – raczej skryty, małomówny. Bardzo lubił grać w krykieta, nie rozumiał muzyki, którą z kolei kochała jego żona. Rodzice Christophera bardzo się różnili, ale żyło im się dobrze, bo – jak pisał sam Alan – żona śmiała się z jego żartów. Mama chłopca marzyła, że Christopher będzie dziewczynką, stąd w dzieciństwie jego długie włosy i troszkę dziewczęcy sposób ubierania.

 

Mały Christopher, jego niania, miś i prosiaczek. Zdjęcie z książki Christophera Milne "Zaczarowane miejsca" (wyd. z 1982 r., "Czytelnik")

Christopher pisze, że ilustracje do książki ojca autorstwa Ernesta H. Sheparda powstały z autopsji: rysownik przyjechał do nich na wieś i szkicował rzeczywiste opisywane w opowieści miejsca (Stumilowy Las, mostek od „misiów –patysiów” itd.)

Książka jest też próbą zmierzenia się Christophera z okresem, kiedy po publikacji książki (w 1926 roku) A. A. Milne i jego rodzina stali się bardzo sławni, co dla małego chłopca bywało czasami uciążliwe. Można powiedzieć, że tata nieźle  urządził swojego pierworodnego, bo przez długie lata przychodziły do niego listy od dzieci i innych miłośników Kubusia, którzy uważali, że Krzyś chyba nie rośnie i jest ciągle małym chłopcem, schodzącym z misiem po schodach. Christopher Robin Milne zmarł w 1996 roku w wieku 76 lat.

Warto wspomnieć też o tłumaczce polskiego wydania, Irenie Tuwim (1900-1987), siostrze Juliana Tuwima. Prywatnie nie ułożyło jej się w życiu – od pierwszego męża odeszła, ale chyba nie przestała go nigdy kochać. Wyszła ponownie za mąż, po wybuchu wojny wyjechała do Anglii, potem do Kanady i USA. Kiedy ona była na emigracji podczas wojny, w Polsce została zamordowana jej matka. Irena nie mogła pogodzić się z tym, że nie było jej wtedy w kraju… Boleśnie przeżyła też śmierć brata (w 1953 r.) i męża. Nigdy się z tego nie otrząsnęła, do końca swoich dni była załamana i samotna. W ostatnim numerze „Wysokich obcasów” ukazał się artykuł o jej losach (namiary podaję poniżej).

Przekład  książki o Winnie the Pooh Ireny Tuwim podlega obecnie ochronie prawno-autorskiej, jako odrębny utwór. W tłumaczeniu spolszczyła ona humor angielski, zmieniła niektóre wątki. Dziś powtarzając wyrażenia „małe co nieco” czy „to, co tygrysy lubią najbardziej” mówimy jej słowami.

Warto wspomnieć, że istnieje też inny przekład, autorstwa Moniki Adamczyk„Fredzia Phi-Phi” (wydanie z 1986 roku), ale nie przyjął się tak, jak wersja Ireny Tuwim.

Teraz kilka słów o tłumaczeniach przygód misia na świecie. Nie zmieniono jego nazwy (Winnie) w wielu przekładach, m.in.: holenderskim, rumuńskim, słoweńskim, niemieckim, włoskim. W kilku językach zmieniono mu imię na zupełnie inne: Ole Brumm (norweski), Peter Plys (duński), Joanica (portugalski) no i Kubuś  – po polsku. Druga część imienia – „the Pooh” została przekształcona na przykład tak: de Poeh – w Holandii, Pu – w Czechach, der Puh – w Niemczach, no i Puchatek – u nas.

Kończąc wywody o Kubusiu wypada jeszcze wspomnieć, że mamy w bibliotece książki, których bohaterem również jest Puchatek i jego przyjaciele, ale w zupełnie innym kontekście. Otóż Benjamin Hoff napisał „Tao Kubusia Puchatka” oraz „Te Prosiaczka”, w których wyjaśnia zasady taoizmu poprzez postaci z książek A. A. Milne.

 

 

A u nas w bibliotece, chociaż to przecież poważna biblioteka, bo gimnazjalna, też mieszka sobie jeden miś. Miś uczony, po uniwersytecie (może nawet po doktoracie? ;-)) pełniący obecnie zaszczytną funkcję strażnika waszych ukochanych lektur!

 

Nasz miś gimnazjalny

Z okazji Dnia Pluszowego Misia serdeczne pozdrowienia dla zaprzyjaźnionego Przedszkola Niepublicznego „Chatka Puchatka” w Bydgoszczy!

Warto przeczytać:

Anna Augustyniak „Irena płacząca za szafą”. „Wysokie obcasy”, nr 46/2010, s. 20-26.

Read Full Post »

Zmienia się status biblioteki – może niestety, a może na szczęście. Słyszałam wczoraj rozmowę w radiowej Trójce, a dziś czytałam o tym samym artykuł w „Wyborczej” – biblioteki muszą nadążać za nowymi mediami i je na swoją korzyść przysposobić, inaczej padną.

 

Biblioteka w Dobbiaco w Trydencie - Górnej Adydze. Więcej zdjęć na: http://www.dobbiaco-biblioteca.com/

Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, która prowadzi Program Rozwoju Bibliotek Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności ma na ten cel 28 mln dolarów (!!!) i zmienia małe, niedofinansowane, stare biblioteki wiejskie, gminne, miejskie – w prawdziwe centra kulturalne, nie tylko książnice. I taki jest też kierunek zmian: pojawiają się już coraz częściej nowoczesne biblioteki-mediateki: we Wrocławiu (Mediateka), w Olsztynie (Planeta 11), w Warszawie (Przystanek Książka, Nautilius i Start-Meta).

Szkoda, że projekt o takiej skali nie dotyczy bibliotek szkolnych, o których ostatnio dyskutuje się raczej w kontekście niepewnego bytu  i likwidacji (co miało np. miejsce właśnie we Wrocławiu)!

Prowadzący wczorajszą Trójkową audycję zapytał Jacka Wojnarowskiego, prezesa Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, czy w takim razie w bibliotece będzie można teraz pograć też w grę? Na co padła odpowiedź: ależ oczywiście, gracz przyjdzie pięć razy do biblioteki sobie pograć, a za szóstym razem może weźmie też przy okazji jakąś książkę.

Ja też jestem takiego zdania. U mnie w bibliotece, na komputerach (nazywanego szumnie) Centrum Informacji Multimedialnej, młodzież nie tylko szuka tego, co akurat potrzebne do zajęć, ale też – jeżeli komputer jest akurat wolny – gra w gry. I nie ma się co obruszać. Taki stan rzeczy należy w XXI wieku  akceptować i godzić się na dodatkowe uprawianie roli  na polu rozwijających się nowych mediów. My, bibliotekarze, pójdziemy do przodu z tymi mediami i ich użytkownikami, albo zostaniemy w tyle – sami i z wymierającymi powoli zwolennikami tylko książek tradycyjnych.

Na ten temat:

„Biblioteki będą cool” z Jackiem Wojnarowskim rozmawiała Donata Subbotko – „Gazeta Wyborcza” z 23 listopada 2010 r.,  s. 14.

Read Full Post »

Katowickie Prezentacje Biblioteczne odbyły się  już po raz siódmy w Bibliotece Śląskiej. Podczas wczorajszej imprezy w holu biblioteki prezentowały się książnice z województwa śląskiego, swoją ofertę wystawiły wydawnictwa literatury dziecięcej i młodzieżowej, wszystkiemu towarzyszył zaś panel dyskusyjny dotyczący książki dla chłopców („WANTED – poszukiwana książka dla chłopców”).

 

Tak prezentowała się Biblioteka Miejska w Dąbrowie Górniczej

W programie zaplanowano też rozmowy o popularnych ostatnimi laty Dyskusyjnych Klubach Książki (DKK), działających na terenie całego kraju przy bibliotekach publicznych. Wręczono również nagrody „Guliwera” – czasopisma o książce dla dziecka.

  • „Guliwera w krainie Olbrzymów” otrzymało Wydawnictwo Bajka,
  • „Guliwer w krainie Liliputów” powędrował do Stasysa Eidrigeviciusa, grafika pochodzenia litewskiego, który od 30 lat mieszka i tworzy w Polsce. Jest bardzo wszechstronnym artystą, m.in. autorem ilustracji w książkach dla najmłodszych (w tym roku w Wydawnictwie Mila ukazała się „Opowieść” Joanny Papuzińskiej, którą zilustrował).

Jako pierwsza głos zabrała znana wszystkim (a przynajmniej tym zgromadzonym na sali) profesor Joanna Papuzińska. Mówiła, że współczesna kultura, zmierzając do likwidacji ról wynikających z różnic płci,  winna jest chyba brakowi pożywki – czyli tematów do książek chłopięcych. Cechy macho są dziś zgubne przez stawianie sobie nierealnych celów. Nie ma już Robinsonów, Stasiów, Ostatnich Mohikanów. Powieści traperskie, indiańskie, historyczne czy wojenne przeżyły rozkwit i schyłek, nie są już tak modne, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Winna jest temu również powszechna dostępność mediów – TV, Internetu, gier komputerowych. Książka nie jest w stanie konkurować z telewizją w zakresie podejmowanej tematyki, np. egzotyki. Wiadomo, że długie opisy przyrody przegrają z efektywniejszymi obrazami w szklanym okienku. Podobnie z emocjami młodych ludzi – gra komputerowa oddziałuje na nie mocniej i jest bodźcem rozwijającym je w sposób łatwiejszy niż lektura.

„Harry Potter” miał być lokomotywą, która pociągnie wagony innych lektur – a nie jest. Na stacjach cokolwiek pustawo, tłumy wiwatujących na cześć wzrostu czytelnictwa rozeszły się – podsumowała profesor Papuzińska chwilowy zachwyt nad wzmożoną chęcią czytania dzieci i młodzieży, który dokonał się dzięki książkom o młodym czarodzieju.

Profesor Grzegorz Leszczyński w swoim wystąpieniu („Nie ma miłości –jest piwo i seks”) mówił, że książka dla chłopców istnieje tylko w sferze wyborów czytelniczych. Bardziej pożądany byłby podział ze względu na to, z jakiej perspektywy pisany jest utwór, np. większość tych dla najmłodszych tworzona jest przez kobiety (bajki, rymowanki, wierszyki). Jedynie w baśniach spotykamy męską perspektywę ukazania świata.

 

Profesor Grzegorz Leszczyński mówił m.in. o tekstach piosenek raperskich

W większości pozycji dla młodszych czytelników mamy do czynienia z satyrycznym ujęciem ojcostwa („Co tam u Ciumków”, „Dynastia Miziołków”, „Kacperiada”) – podobny, satyryczny obraz matki praktycznie nie istnieje, co wynika zapewne z głęboko zakorzenionego w kulturze szacunku dla rodzicielki.

Profesor Leszczyński mówił też o sposobie ukazywania ojca we współczesnej powieści – to głównie ojciec wyklęty: pije, bije bądź molestuje swoje dziecko. Taki ojciec  – degenerat występuje w „Szczurach i wilkach” Grzegorza Gortata, lub „Pannie Nikt” Tomka Tryzny. Literatura nie jest samotną wyspą – ma odbicie kulturze współczesnej – powiedział profesor. Żeby literatura była autentyczna i czytana, musi mówić tym samym, co kultura, językiem – konkludował, podając za przykład kilka piosenek raperskich, w których młodzi opowiadają dosadnie o otaczającej ich rzeczywistości, codzienności. Książka taka właśnie ma być – musi mówić o tym, co jest treścią życia ludzi, nie o pięknych, wyimaginowanych obrazach.

Wykłady profesorskie przedzielone były luźną rozmową o książkach dzieciństwa dorosłych już chłopców: Przemysława Myszora z grupy Myslovitz, Grzegorza Gortata – wspomnianego wyżej pisarza, Henryka Gołębiowskiego – aktora grającego w ekranizacjach słynnych powieści Adama Bahdaja „Podróż za jeden uśmiech” czy „Stawiam na Tolka Banana”, oraz Jarosława Kreta – znanego wszystkim pana od pogody.

 

O książkach dzieciństwa próbowali opowiadać: Henryk Gołębiewski, Przemysław Myszor, Grzegorz Gortat, Jarosław Kret.

Najbardziej rozmowny okazał się Jarosław Kret. Opowiadał, że długo żył w nieświadomości, że książki w ogóle dzielą się na te dla chłopców, i te dla dziewczynek, bo czytał z zapamiętaniem „Anię z Zielonego Wzgórza” czy „Romans naszej mamy”. Poza tym „Baśnie” Andersena  i oczywiście książki z serii „Pan Samochodzik”.  Nie czytał słynnej ówcześnie książki Maya „Winnetou” ponieważ… na czasy jego dzieciństwa przypadł rozwój kolorowej telewizji i zamiast zapoznać się z książką, obejrzał film. To zupełnie tak, jak dzisiejsza młodzież!

Jarosław Kret wypowiedział się też o naszym – od niedawna – patronie szkoły. Bardzo podobała mu się „Trylogia”, ale już „W pustyni i w puszczy” nie – ze względu na mnogość opisów krwawych łowów, zabijania. Co musiało siedzieć w Sienkiewiczu, że lubował się w takich opisach? – pytał. Drastycznych scen uniknięto w filmie o Stasiu i Nel, dlatego film jest wg Kreta o wiele lepszy od książki. (Prowadzący spotkanie Grzegorz Kasdepke – autor książek dla dzieci, dorzucił od siebie: Zacznijcie mi czytać Sienkiewicza, a usnę od razu!)

Przemysław Myszor wspominał jedną książkę, która wywarła na nim wrażenie w dzieciństwie: „Ziemię słonych skał” autorstwa Sat-Okh, czyli Stanisława Supłatowicza, który był synem Polki i Indianina.

Grzegorz Gortat – odwrotnie niż Jarosław Kret, chętnie czytał w młodości właśnie „Winnetou”. Wymienił też „Króla Maciusia Pierwszego” i „Chłopców z Placu Broni” jako najważniejsze książki okresu chłopięcego, bo śmierć w nich była prawdziwa, a nie teatralna. Okazuje się, że dla wielu ta ostatnia książka jest bardzo ważna, bo uświadamia czytelnikom, że ból i trudne decyzje są nieodzownym elementem życia i nie da się przed nimi uciec. Tak więc rację miał profesor Leszczyński mówiąc, że tylko takie książki będą miały powodzenie, które są prawdziwe, tzn. mówią o problemach ważnych i aktualnych dla czytającego, a kwestia wyborów życiowych pozostanie przecież zawsze istotna.

 

Stanisław Mikulski podpisuje książkę siedzącego po lewej Dariusza Rekosza

Do krótkiej dyskusji zaproszono też Ewę Szykulską i Stanisława Mikulskiego – aktorów grających m.in. w ekranizacji zaczytywanej kiedyś przez chłopców książki „Pan Samochodzik i Templariusze”. Rozmowę z aktorami prowadził Dariusz Rokosz, autor „Zamachu na Muzeum Hansa Klossa”. Książkę można było kupić podczas spotkania w Bibliotece Śląskiej, a nawet zdobyć autograf odtwórcy roli głównej (czyli pana Mikulskiego właśnie).

 

Stanisław Mikulski, Ewa Szykulska i Dariusz Rekosz

Chwile dzieciństwa przypomniały się niejednej siedzącej na sali osobie, kiedy wyświetlono kawałek czarnobiałego filmu o Panu Samochodziku, który z trójką chłopców szukał skarbu Templariuszy.

 

Kadr z filmu "Pan Samochodzik i Templariusze" z 1971 roku. Stanisław Mikulski z Ewą Szykulską.

Ach, ten młody Stanisław Mikulski, na którym podobno grupa turystek węgierskich rozerwała kiedyś koszulę, oraz piękna Ewa Szykulska o charakterystycznej urodzie i takimż głosie… Zobaczcie sami:

 

 

Relacja z ubiegłorocznych Katowickich Spotkań Bibliotecznych tutaj.

 

Read Full Post »

Kawa w bibliotece

Odkryłam wspaniałe miejsce, szkoda tylko, że nie osobiście …

Wymarzone dla tych, którzy zapasy miłości dzielą między książki (bądź bibliotekę) oraz dobrą kawę.  Ja właśnie tak mam.

Proszę zobaczyć, w jakich pięknych okolicznościach bibliotecznych spożywają kawę bywalcy baru D’espresso na Madison Avenue w Nowym Jorku. Wystarczy przechylić główkę trochę w prawo, żeby z baru przenieść się do biblioteki.

W jednym z pomieszczeń mojej biblioteki są nawet takie same lampy - oczywiście zwisające.

Miejsce zaprojektowało nemaworkshop.

Więcej zdjęć baru znajduje się tutaj.

Read Full Post »

Siedzę sobie tutaj niczym Kopciuszek. Nie oddzielam wprawdzie ziarenek maku od popiołu, ale robię coś równie pracochłonnego – wpisuję z autopsji, po kolei, półeczka po półeczce, wszystkie książki z biblioteki do programu komputerowego MOL. Tak, to jedyny chyba MOL, który jest mile widziany w bibliotece. Ułatwia znacznie pracę, ale dopiero wtedy, kiedy wszystkie pozycje są już w bazie danych. A na razie jest ich tam 3500.  Jeszcze tylko dwa razy tyle. Czasami marzę, żeby zjawiła się jakaś dobra wróżka i jednym czarodziejskim machnięciem załatwiła za mnie całą tą żmudną pracę. A tu nic – wróżki nie ma! Dobrze chociaż, że od czasu do czasu bywają jakieś bale (czyli turnieje tańca 😉

Biorąc do ręki każdą książkę trafiam czasami na ciekawe wpisy i dedykacje – szczególnie te z dawnych lat. Biblioteka naszego gimnazjum była wcześniej biblioteką działającej tu od wielu lat Szkoły Podstawowej nr 5. Pierwsze książki  zapisano w inwentarzu pomiędzy 1939 a 1945 rokiem.

Oto kilka przykładów dedykacji w książkach z naszej biblioteki, czyli spadku po podstawówce:

Podarowana szkole w 1938 roku!

 

Wdzięczne imię właścicielki książki: Dziunia 😉 Musiała owa Dziunia być bardzo lubianą, skoro dostała od klasy prezent na Nowy Rok!

 

 

Zwróćcie uwagę, jakie dobre serce mieli ówcześni czytelnicy!

 

Dzieci podarowały kochanej nauczycielce książkę, a ta oddała ją do biblioteki! Chyba naprawdę była kochana!

Read Full Post »

Older Posts »