Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2012

Jakub Żulczyk to młody pisarz (ur. 1983), autor m.in. książek „Zrób mi jakąś krzywdę” i „Instytutu”. Publikuje też felietony na łamach czasopisma „Wprost”. W 2011 roku ukazała się jego powieść fantastyczno-przygodowa dla młodzieży „Zmorojewo” – pierwsza część serii o przygodach Tytusa Grójeckiego (niedawno również kolejna –  „Świątynia”).

Powieść „Zrób mi jakąś krzywdę” zrobiła na mnie duże wrażenie – mamy ją w bibliotece, ale tych ostatnich jeszcze nie czytałam. Teraz będę miała okazję, a co najważniejsze – WSZYSCY chętni również.

Podobno uczniowie piszą do autora, że jego książki są trudno dostępne, albo na nie kogoś nie stać, proszą nawet o przesłanie egzemplarza powieści. Od dziś w takiej prośbie nie będzie nic dziwnego, bo Wydawca książki, „Nasza Księgarnia” i autor do 27 marca 2012 r. udostępniają „Zmorojewo” w internecie za darmo! Można do woli ściągać, do woli czytać (na komputerze, czytniku, tablecie).

W filmiku na stronie pisarz mówi, że dzięki temu dowiedzą się z wydawcą, ile osób byłoby w ogóle zainteresowanych czytaniem ebooków, a nie ma np. takiej możliwości, choćby z powodu wysokich cen.

Świetna inicjatywa – gratulacje dla „Naszej Księgarni” i autora!

Zatem do dzieła! Bez strachu o ACTA, bierzcie sobie Żulczyka! 😉

Strona z książką za darmo.

Read Full Post »

Byłam wczoraj na ciekawych warsztatach „Wizerunek i stereotypy bibliotekarza”, które w Bibliotece Pedagogicznej w Będzinie prowadziła Anna Garlacz.

Dowiedziałam się tam zaskakujących rzeczy, na przykład, że nawet przyszli bibliotekarze na początku studiów nie mają o swoim zawodzie najlepszego mniemania (pod koniec nauki samoocena trochę się poprawia). Ich osąd bazuje pewnie na wiecznie żywym, utrwalanym jeszcze przez media i literaturę, stereotypowym postrzeganiu bibliotekarza i jego pracy.

Bibliotekarka Pince - wg MionaBookworm

Zaskakujące było zestawienie dwóch danych liczbowych, których nie przytoczę tu dokładnie, ale proporcje będą mniej więcej zachowane: do biblioteki chodzi 30-40% społeczeństwa, a o tym, jaki jest bibliotekarz, wie 70 %. Ujmujące.

Zaznaczam, że nie chodzi tylko o wygląd pracownika biblioteki – jak to już słyszeliśmy tysiące razy: szarej myszki, w burym swetrze, siwym koku i niemodnych okularach. Najgorsze jest to, że wystawia nam się także laurkę nieprzystępnych, nieprzyjemnych i gburowatych stworzeń, które marzą tylko o tym, żeby im nie przeszkadzać w spokojnym popijaniu kawusi. A przecież pierwsze sekundy kontaktu z czytelnikiem (i z człowiekiem w ogóle) są najważniejsze, a w przypadku takiego, który w bibliotece jest nowy, decydują o tym, jak zostaniemy w jego umyśle zakodowani – co przekłada się bardzo szybko na generalizację: bibliotekarze wszystkich bibliotek.

Rzadko spotykałam na swojej drodze nieprzyjemnych bibliotekarzy, i całe szczęście, bo nie robiłabym pewnie tego, co teraz, nie chcąc dołączać do tak nieciekawego grona, ale zdarzyło się…

…za górami, za lasami, trafiłam kiedyś do biblioteki, gdzie całkiem młody bibliotekarz z zaciśniętymi w niechęci ustami rzucał czytelnikowi beznamiętne komendy, jak robot, zachowując kamienny wyraz twarzy. Z odrazą patrzył nawet na wyciągane z kartoteki karty, a podczas całej konwersacji nie podnosił wzroku na stojącą przed nim osobę. Zwróciłam mu uwagę, że takim zachowaniem psuje nam, bibliotekarzom, wizerunek. – Chory jestem – burknął pod nosem i smarknął, patrząc ciągle w blat biurka. Tylko że to nie była moja pierwsza wizyta w tamtej bibliotece i znajdowałam go tak odpychającego nawet wtedy, kiedy cieszył się doskonałym zdrowiem.

Zapadły mi w pamięć słowa aktora Teatru Rozrywki w Chorzowie, Jacentego Jędrusika, który powiedział kiedyś, że nawet, kiedy sztuka wystawiana jest po raz tysięczny, trzeba starać się tak, jakby grało się ją po raz pierwszy. Bo a nuż na sali siedzi właśnie ktoś, kogo to pierwsza wizyta w teatrze i na jej podstawie wyrabia sobie pogląd o aktorze i teatrze w ogóle?

Od razu przełożyłam sobie te słowa na realia bibliotekarskie. Jesteśmy pod tym względem podobni do aktorów, bo zaczynamy naszą biblioteczną sztukę co rano, od nowa. I nawet, kiedy jesteśmy akurat nie w sosie, obrażeni na cały świat albo przytłoczeni chorobą, trzeba wesprzeć się o ladę, wyprostować, pod żebro wbić sobie palec i połaskotać, żeby przywołać na twarz choćby namiastkę uśmiechu i jak najmilej obsługiwać czytelników. A wśród nich może i tego, który z biblioteką właśnie się poznaje.

————

Piszę o tym pod wpływem wczorajszych warsztatów – ale już kiedyś opublikowałam w „Poradniku bibliotekarza” tekst o traktowaniu czytelnika (akurat w bibliotece szkolnej). Gdyby komuś chciało się zajrzeć: artykuł „Szanuj czytelnika swego” dostępny jest w zakładce Moje publikacje – mniej więcej w połowie strony.

Read Full Post »

[Tekst rekomendowany przez samego prowadzącego spotkanie, Dariusza Bugalskiego, o czym w komentarzu poniżej ;-)]

W Bibliotece Śląskiej zainaugurowano wczoraj bardzo smakowity cykl spotkań autorskich „Dobre książki i kawa z…”, które z inicjatywy działających w całym kraju Dyskusyjnych Klubów Książki obędą się w 17 miastach wojewódzkich.

Na pierwszym spotkaniu miłośnicy literatury dostali do schrupania niezły kąsek: niezwykle popularnego na całym świecie pisarza Erica-Emmanuela Schmitta, autora sztuk teatralnych i wielu powieści, w tym tej najbardziej znanej – „Oskar i pani Róża”.

Sceny, które rozgrywały się przy wejściu do sali Parnassos, gdzie miał  pojawić się Schmitt, przywróciły mi wiarę w stan czytelnictwa w Polsce (a już na pewno na Śląsku). Dwadzieścia minut przed spotkaniem drzwi do pękającej w szwach sali zagrodził ochroniarz, próbując powstrzymać stale napływający tłum. Wszystkie miejsca były już dawno zajęte – tak jak każdy centymetr schodów po obu stronach krzeseł. Mimo tego niektórzy próbowali dostać się do środka, używając przeróżnych forteli, a ich determinacja przypominała raczej tę, która cechuje miłośników słynnego rockmana, a nie pisarza. Piękny widok.

Tłum przed wejściem gęstniał. W kilka chwil zajęto nawet wszystkie miejsca siedzące przed ekranem umieszczonym na zewnątrz sali, w holu. Dyrektor Biblioteki, Jan Malicki, przy powitaniu nazwał zgromadzonych w Parnassos szczęściarzami, bo rzeczywiście – impreza w Bibliotece Śląskiej była jedynym w Polsce tego typu spotkaniem Schmitta z publicznością.

A poprowadził je znany słuchaczom radiowej „Trójki” redaktor Dariusz Bugalski, który doskonale podsumował całą sytuację: Witam tych, którzy przyszli tu o 3 rano zająć sobie miejsce. 😉

Od lewej: E.E.Schmitt, jego tłumacz i Dariusz Bugalski.

Schmitt opowiadał, że może napisać książkę dopiero wtedy, kiedy jej postaci są w nim od dawna. Porównał ten stan do ciąży, która bardzo długo trwa. Samo pisanie jest momentem narodzin, odbywającym się co prawda w sposób bezbolesny, ale dziwny: słyszy i widzi swoich bohaterów, czuje ich obecność, ale właśnie wtedy zasypia nad klawiaturą. Taka drzemka trwa 5, 10 minut, po czym budzi się i – nie czując się wtedy najlepiej – zaczyna pisać. Sen jest dla niego drogą, która pozwala dotrzeć do wyobraźni, korytarzem prowadzącym od jego życia, do życia bohaterów książki. Żeby powrócić znów do swojego, musi ponownie zasnąć. Wszystko to brzmi trochę jak bajka wymyślona pod publiczkę, ale w wyemitowanym wczoraj po godz. 21 wywiadzie dla III Programu Polskiego Radia pisarz zapewniał, że to najszczersza prawda.

Dariusz Bugalski pytał go o wykreowanych w powieści bohaterów – w większości to dobrzy ludzie. Schmitt odpowiedział, że wierzy w ludzi i chce w nich zobaczyć to, co jest najlepsze. Sam pisarz dał się poznać jako niepoprawny optymista, chociaż, jak twierdzi, we Francji modny jest obecnie model pesymisty, który jest tam traktowany jako człowiek bardziej inteligentny. I chociaż ludzie żyją optymistycznie, to wypowiadają się tak, jakby byli pesymistami. (W takim razie większość Polaków to intelektualiści – zauważył Dariusz Bugalski, co rozbawiło publiczność 😉 )

Schmitt ma obsesję na punkcie szczęścia, które – według niego – można sobie bardzo łatwo zaaplikować. Bo czym jest smutek? Widzeniem tego, czego nam brakuje (a przecież zawsze czegoś brakuje). Ale można patrzeć na życie poprzez filtr radości – przyglądać się temu, co mamy, a nie poświęcać czas na rozpamiętywanie tego, czego brak. Radować się egzystencją. Od nas samych zależy, czy w naszym życiu włączymy smutkowi ON czy OFF. I w jego książkach bohaterowie przeżywają przecież ciężkie chwile – ale warunkiem ich szczęśliwości jest akceptacja nieszczęścia.

Przytoczył przykład ze swojego życia: wszyscy myślą, że był w przeszłości bokserem, bo ma krzywy nos, tymczasem z boksem nie miał nic wspólnego (za to jego ojciec, posiadacz nosa prostego –  i owszem). Ten krzywy nos mógł być jego przekleństwem, strasznym kompleksem, ale po prostu go zaakceptował, zmienił spojrzenie na tę sprawę i teraz nawet go to śmieszy.

Rzeczywiście – obserwując Schmitta można odnieść wrażenie, że to bardzo szczęśliwy człowiek – to szczęście wyziera z niego zewsząd, emanuje ze środka, widać je w jego oczach, postawie i w sposobie mówienia. Przynajmniej ja tak go odebrałam.

Słowa nigdy nie są wystarczające. Ale nie ma nic lepszego – odpowiedział na pytanie Bugalskiego o słowa właśnie, które pojawiają się w jego książkach jako motyw bariery, obrazów pokazujących ich zbyteczność. Bo po to buduje w książkach konstrukcję ze słów, aby pokazać coś ważnego. Przybliża się do tego, pisząc, ale nie jest w stanie ostatecznie tam dotrzeć. Nikt nie jest w stanie.

Mało było mowy o najnowszej powieści Schmitta „Kobieta w lustrze”, chociaż to spotkanie miało być tak naprawdę jej promocją. Kiedy Dariusz Bugalski próbował w kilku słowach powiedzieć, o czym to rzecz, Schmitt ze śmiechem zaoponował i poprosił, żeby nie opowiadać treści. „I tak warto tę książkę przeczytać” – podsumował prowadzący.

W drugiej części spotkania zadano pisarzowi kilka pytań:

  • O inspiracje literackie.

Schmitt wymienił Moliera, Stefana Zweiga i Denisa Diderota (napisał o nim doktorat), którego ceni, bo według niego wyraża ważne myśli za pomocą prostych, humorystycznych historii.

  • Skąd w jego książkach tak głęboki motyw Zagłady, Auschwitz?

Jako mały chłopiec obejrzał film o II wojnie światowej, z którego dowiedział się o eksterminacji Żydów. Przeżył szok tym większy, że język niemiecki był dla niego do tej pory językiem miłości – posługiwali się nim jego dziadkowie i dotychczas słyszał w nim tylko wypowiadane z czułością słowa. Nagle niemiecki zaczął jawić mu się jako język nienawiści –  chciał to zrozumieć i jakoś sobie tę kwestię uporządkować.

Przy okazji tego pytania sformułował jedną z wielu definicji pisania: to zniesienie dystansu pomiędzy jednym a drugim. Pozwala stać się tym, kim się chce: starym, młodym, kobietą, Żydem czy Muzułmaninem. Pisanie pozwala nam uświadomić sobie, jak jesteśmy do siebie podobni, ale też: jak bardzo się różnimy.

  • Jak to jest być odpowiedzialnym za słowo i wiedzieć, że to, co pisze, czyta tyle ludzi na świecie?

Ważne, żeby nie zaprzeczać samemu sobie – powiedział pisarz. Jest też świadomy tego, co może wnieść, powiedzieć przez swoją twórczość. Czasami, kiedy myśli o własnym sukcesie ma wrażenie, że przydarza się to komuś innemu, czuje, jakby patrzył z boku na całe to zamieszanie wokół jego osoby. I ma ochotę uciec. Zachowuje się jednak tak, jakby tego sukcesu nie odniósł – tylko to mu pozwala pisać. Ostatecznie stwierdził, że sukces nie podcina mu skrzydeł, ale dodaje mocy – to dzięki czytelnikom ma energię do dalszego tworzenia.

  • Czy jakiś szczególny moment natchnął go do pisania?

Zawsze pisał, ale nie chciał być pisarzem. Pisanie jest dla niego tak naturalne, jak oddychanie. Kiedy miał 11 lat napisał pierwszą powieść, w wieku  lat 16 – pierwszą sztukę teatralną. Pomimo tego chciał zostać kompozytorem, ale niestety – on kocha muzykę bardziej, niż muzyka jego 😉 Po prostu w którymś momencie to inni zdecydowali za niego, że będzie pisarzem, dostrzegając w nim taki potencjał. Kiedy skończył więc 20 lat powiedział po prostu: OK, będę pisarzem.

  • Jak to się dzieje, że zna lepiej duszę kobiet, niż one same?

50 lat uważnej obserwacji – zażartował 😉 Po czym dodał, że pomogła mu w tym  także akceptacja kobiecych części jego osobowości. Wyjaśnił, że działa to podobne jak w podczas czytania,  kiedy kobiety – czytelniczki wchodzą w pokłady męskości bohatera – mężczyzny. Pisanie i czytanie nazwał bezbolesnym sposobem zmiany płci.

  •  Kim/czym jest dla niego Bóg?

W odpowiedzi Schmitt opowiedział historię, która zdarzyła mu się 4 lutego 1989 roku (tak powiedział w „Trójce”) – był wtedy z wycieczką na Saharze. Pojechał tam jako ateista, a wrócił jako wierzący. Znalazł Boga przez to, że sam się zgubił. Przez 30 godzin był na pustyni ubrany tylko w szorty i koszulkę. W nocy, kiedy gwałtownie spadła temperatura, był pewien, że to będzie najgorsza noc w jego życiu, albo w ogóle jej nie przeżyje. Okazała się jednak najlepszą. W pewnym momencie poczuł, że nagle spłynęła na niego siła, która go zaskoczyła i wypełniła, a była tak ogromna, że on sam nie mógł być jej źródłem. Rano pomyślał, że może umrzeć wierzący, albo żyć jako wierzący. Odnaleziono go, więc żyje. Już nie jako wojujący ateista.

W ostatniej części spotkania pisarz podpisywał książki. Absolutnie wszyscy rzucili się do kolejki, która nie zmniejszała się przez godzinę.

Tak wyglądała kolejka na początku i po godzinie...

Po półgodzinie przesunęłam się z innymi czekającymi trzy schodki w dół… Ostatecznie po 70 długich minutach pisarz złożył autograf na powieści z naszej biblioteki „Kiedy byłem dziełem sztuki”. Niestety, stojący za mną nie mieli już tyle szczęścia. Ponad 50 osób musiało odejść z kwitkiem, bo pracownicy Biblioteki stanowczo zakończyli spotkanie.

Za moment okaże się, że skończył się czas przeznaczony na podpisywanie książek.

Najwięksi miłośnicy twórczości pisarza zabierali też plakaty informujące o spotkaniu.

Niewiarygodne, ale przez te kilkadziesiąt minut pisarz niestrudzenie uśmiechał się do wszystkich, którzy podchodzili po autograf. Albo jest człowiekiem wytrwałym, albo rzeczywiście – naprawdę szczęśliwym 🙂

Polska strona pisarza.

Read Full Post »

Postanowiłyśmy dziś z dziewczynami z aktywu bibliotecznego poprzeszkadzać uczniom na lekcjach. Jak wiadomo, ci niczego nie pragną wtedy bardziej, jak tylko, żeby drzwi klasy nagle się otworzyły i ktoś (lub coś)  zakłócił przebieg zajęć. Wówczas –  dotychczas zastygła i pogłębiająca swoje życie wewnętrzne młodzież w cudowny sposób wraca nagle do świata żywych.  😉

Tylko że my przeszkadzałyśmy im, żeby dalej ich „nudzić”: informowałyśmy o dzisiejszym Międzynarodowym Dniu Języka Ojczystego i  przypominałyśmy o kilku błędach popełnianych najchętniej w polszczyźnie (bo łatwiej, albo  krócej).  Wyglądało to mniej więcej tak:

Z tej samej okazji chętni uczniowie klas trzecich brali udział w zorganizowanym przez bibliotekę konkursie „Mistrz Frazeo”. Nie mogę powiedzieć – używając frazeologizmów z testu –  że trafili z deszczu pod rynnę. Poradzili sobie całkiem dobrze z „robieniem wody z mózgu”, „udawaniem Greka” czy „zostawieniem kogoś na lodzie”. Z tym ostatnim chyba najlepiej – ale to pewnie tylko dzięki temu, że zima króluje nam w najlepsze. 😉

Pisali, poświęcając na test ze znajomości związków frazeologicznych swoją przerwę. I nie było nikogo, kto w gorącej wodzie kąpany:

Jutro w tym miejscu pojawią się wyniki konkursu i zdjęcie  „Mistrza Frazeo” klas trzecich AD 2012.

PS W radiu, gdzie z okazji dzisiejszego święta mówią ciągle o poprawności językowej, powiedziano przed chwilą, że studenci pewnego profesora przetłumaczyli używane dawniej słowo „drzewiej” na „stawać się drzewem”!  🙂

I oto zapowiadana aktualizacja, czyli wyniki konkursu:

I miejsce: Kamil Marek

II miejsce: Jacek Bańczyk

III miejsce (ex aequo):  Weronika Klorek, Klaudia Lis

Z Panią Dyrektor stoją nagrodzeni w konkursie. Po prawej "Mistrz Frazeo" 2012. Klaudia nieobecna - ale gratulujemy z daleka 🙂

Pierwszą nagrodę (pendrive 4 GB)  ufundowała Dyrekcja, pozostałe – m.in. kosmiczny przyrząd do czyszczenia monitora  czy ekskluzywny zestaw przyborów do pisania – Pani Agata Durbacz.

Bardzo dziękujemy naszym sponsorom! 😉

Read Full Post »

Już od dawna nosiłam się z zamiarem zamieszczenia tutaj zdjęć pieczątek z najstarszych książek naszej biblioteki – wpisywanych do inwentarza od roku 1939. Tak, mamy tak wiekowe zbiory, bo chociaż gimnazjum młode, powstało –  jak wszystkie inne w Polsce – dopiero w 1999 r. w wyniku reformy oświatowej, to rozgościło się w murach Szkoły Podstawowej nr 5 im. H. Sienkiewicza, która funkcjonowała od pierwszych lat powojennych, kontynuując swoją przedwojenną działalność. (Historia szkoły.)

Kiedy w sierpniu 2004 r. szkoła podstawowa zakończyła żywot, gimnazjum przejęło całą spuściznę po niej – a więc również bibliotekę. Stąd wcześniejszy paradoks: chociaż zatrudniono mnie w gimnazjum, przez pierwsze lata pracowałam w bibliotece szkoły podstawowej, bo do niej formalnie biblioteka należała. Nigdy jednak nie miałam poczucia odrębności dóbr – zawsze wszystko, co znajdowało się w murach tego budynku traktowałam po prostu całościowo, jako szkolne. Jedyną zmianą w mojej pracy, która była konieczna od września 2004 r. było wyrobienie nowej pieczątki dla biblioteki gimnazjum, skoro trzeba było odłożyć do lamusa tę z napisem „szkoła podstawowa”. Stąd nie dziwcie się, że poniżej znajdziecie głównie pieczątki z podstawówki – to ciągle nasz księgozbiór, biblioteka ta sama od dziesiątków lat, pomimo zmiany typu szkoły.

To nie są żadne cuda techniki pieczątkarskiej, po prostu ówczesne zwykłe stempelki w starych książkach, które informują nas o zmianie właścicieli – przynależności i wędrówkach między instytucjami, o których nawet nie miało się dotychczas pojęcia.

Rozczulają mnie kaligrafowane przy tych pieczątkach atramentem – pewnie piórem z obsadką, numery inwentarzowe z finezyjnie zakręconą literą „N” w skrócie „Nr”, przekreślane, kiedy książka dostała się w posiadanie innej biblioteki.

Już dawno nie ma rąk, co to pisały i skreślały, pieczątek też nie. Został po nich tylko ślad w tych książkach.

Na płóciennych grzbietach pisano atramentem numer inwentarzowy książki.

Najstarsze książki są oprawione u introligatora w podobne oprawy o ciemnych kolorach...

...albo ciągle jeszcze pięknie kolorowe.

Pierwsze numery zapisane w inwentarzu mają pieczątkę "Bibljoteka Szkoły Powszechnej Nr 5 w Będzinie im. St. Konarskiego", która rozwiewa wątpliwości, czy nasza szkoła zawsze nosiła imię Henryka Sienkiewicza. Otóż nie zawsze.

Dopiero później pojawia się pieczątka z imieniem H. Sienkiewicza.

Poniżej pieczątki ze strony tytułowej książki „Związek siedmiu” (Oprac. M.B.A.,  z rysunkami A. Gawińskiego. Wydane w serii „Zajmujące czytanki dla młodzieży” w 1915 r. przez Michała Arcta w Warszawie.)

U  góry strony  tytułowej znajduje się bardzo ciekawa pieczątka ‚Męska Szkoła Realna „Jabne” w Będzinie’. To prawdopodobnie książka ze szkoły, o której wspomina się w źródłach jako o żydowskiej szkole „Javne”, otwartej w Będzinie w 1917 r. Została ona później przekształcona w Koedukacyjne Gimnazjum im. Szymonostwa Fürstenbergów – obecnie II LO im. S. Wyspiańskiego w Będzinie.

Pośrodku pieczątka biblioteki naszej szkoły a na dole inna, z napisem „Nachnahme”, co po niemiecku oznacza „za pobraniem”.

Pieczątki księgarni działających dawniej w Będzinie:

Bardzo miła (i mała) pieczątka przedwojennej Księgarni M. Bartnik z Będzina

„Na Oceanie Atlantyckim. Listy z podróży” Henryka Sienkiewicza (wydanie nowe, nakładem Gebethnera i Wolffa w Warszawie, 1937) przywędrowało do nas aż ze Lwowa – jak widnieje na pieczątce: z Uniwersytetu Żołnierskiego 6-ej armji, która mieściła się na ul. Sysktuskiej za główną pocztą!

W książce Stefana Dembego „Łany ojczyste: wyjątki z pism autorów polskich. Książka dla młodzieży i dorosłych” wydanej w 1916 roku przez M. Arcta w Warszawie znalazłam pieczątkę „Szkoła na Koszelewie. Towarzystwo Francusko-Włoskie Dąbrowskich Kopalni Węgla”. Koszelew to dzielnica, która znajduje się rzut kamieniem od naszej szkoły, mieszka tam wielu naszych uczniów.

Okazuje się, że dawniej było w szkole coś takiego, jak "Opieka szkolna"...

A to już ostatnia pieczątka używana w bibliotece za czasów szkoły podstawowej i obecna, gimnazjalna (mojego projektu).

Read Full Post »

Przy śniadaniu, żeby nie tracić czasu, przeglądam zawsze prasę. Dziś tym śniadaniem prawie się udusiłam, bo w katowickim dodatku do „Gazety Wyborczej” – „Roztomajtach” znalazłam taki tekst Przemysława Jedleckiego, który publikuje efekty zarzucania sieci w sieci 😉 :

Dziękuję za uznanie! 🙂

Read Full Post »

Mam dziś dla Was jednego tylko pączka. I choć trochę zapomnianego, to bynajmniej nie czerstwego:  Krzysztofa Pączka, ucznia klasy czwartej, bohatera książki Anny Onichimowskiej „Krzysztofa Pączka droga do sławy”.

Wydanie z 1981 roku.

Młody Pączek to osoba z dużym poczuciem humoru; pisze pamiętnik, a marzy o tym, żeby być kiedyś sławnym. Drogi do tej sławy upatruje w karierze pisarskiej.

Wysoko mierzy, ale z dzisiejszej perspektywy ocenilibyśmy go pewnie: naiwniak! Sławny dzięki pisaniu? Teraz recepta na sławę leży na zupełnie innej drodze, oznaczonej tabliczką z napisem „X Factor”, „You Can Dance” czy „Mam talent”.

No tak, ale w 1981 roku, kiedy książka została opublikowana, młodzież oglądała raczej „Teleranek” i program „5-10-15”, a ich idolami rzeczywiście mogli być (i byli) pisarze.

Wydanie z 1997.

Dziś sławę łatwo zdobyć, ale równie łatwo stracić. A kiedy myślę o sławie w kontekście obecnych czasów przed oczyma staje mi takie wydarzenie:  w restauracji, gdzie kolację jadła Wisława Szymborska, laureatka literackiej Nagrody Nobla, tłum zainteresowanych gęstniał, ale wokół Andrzeja Gołoty, który przez przypadek też był w tym lokalu. A wokół stolika Szymborskiej – pustki…

To doskonale obrazuje, kto dziś bywa sławny.

Wracając zaś do przywołanego na początku bohatera: dzielę się z Wami tym Pączkiem.

W wydaniu z 1997 roku znalazłam ilustrację o temacie, który jest mi szczególnie bliski:

Rys. Bohdan Butenko.

A oto jedna z ilustracji z książki wydanej w 1981 roku – bardzo adekwatna dziś, kiedy za oknami nareszcie przywaliło wszystko białym puchem i żeby zrobić sobie bałwana, wystarczy tylko trochę zagarnąć butem śnieg, który na wyciągnięcie nogi.

Krzysztof Pączek i bałwan. Rys. Tomasz Borowski.

Smacznych pączków i pięknych bałwanów!

Strona pisarki Anny Onichimowskiej.

Read Full Post »

Older Posts »