Feeds:
Wpisy
Komentarze

Dziś mija 115. rocznica urodzin Stanisława Wygodzkiego.

W tym roku szkolnym podjęłam próbę przybliżenia pisarza uczniom mojej szkoły, składając z najważniejszych fragmentów jego biografii i twórczości innowację pedagogiczną.

Portret Stanisława Wygodzkiego z 1948 r. Fot. Benedykt Jerzy Dorys. Żródło: Polona.

Współpraca jest owocna. Przygotowaliśmy się do wejścia w temat, odbywając krótką podróż do Będzina z czasów dziecięctwa i młodości pisarza: oglądamy zdjęcia archiwalne miasta. To pozwala choć trochę wczuć się uczniom w tamte realia, spróbować spojrzeć na Będzin, którego nie znali, i zobaczyć go oczyma Wygodzkiego. A potem obraz wzmocnić tekstem, poznając fragmenty tych opowiadań autora, które mówią o dobrze nam znanych miejscach.

Po wyprawie będzińskimi tropami Stanisława Wygodzkiego przysiadamy się do jego poezji, która – jak widomo – sprawia uczniom trochę problemu.

Piszę „poeta, wiersz, poezja” i pytam, co uczniom kojarzy się z tymi słowami. Wśród odpowiedzi jest „Mickiewicz”, „rymy”, „uczucia”, ale pojawia się oczywiście: „nuda”, „o nie!” i „beznadzieja”.

A potem czytamy poezję Wygodzkiego: „Lokomotywa”, „Nad fotografią córki”, „O matce”. To wiersze o stracie, pełne bólu i niezgody na nieodwołalną nieobecność najbliższych. Uczniowie zamykają oczy, notują słowa, skojarzenia, uczucia lub szkicują obrazy, które podczas słuchania przyszły im do głowy.

Takie wejście w poezję trochę nas do niej przybliża, nie pozwala pozostać obojętnym, widzę, że po każdym wierszu uczniowie kreślą na leżących przed nimi kartkach kilka słów, szybki szkic.

Po lekturze wierszy wymazuję dotychczasowe skojarzenia, i wokół triady „poeta, wiersz, poezja” wyrastają nowe słowa – dyktowane oczywiście tym, co przed chwilą przeczytaliśmy/przeżyliśmy. Teraz pojawia się tam: smutek, żal, emocje, groza, strata.

Już po zajęciach dziewczyny przepisują na starej bibliotecznej maszynie jeden z wierszy Wygodzkiego.

Wiersz z tomu „Pamiętnik miłości” (1948).

Szukam informacji o pisarzu, zbieram okruchy, żeby jak najlepiej przygotować się do każdej lekcji z młodzieżą. Notatka w Wikipedii oczywiście nie wyczerpuje tematu.

Na dodatkowy, bardzo cenny ślad naprowadza mnie profesor Krystyna Heska-Kwaśniewicz z Uniwersytetu Śląskiego, była promotor mojej pracy magisterskiej, która zajmuje się m.in. literaturą śląską. Ponieważ opracowywała także literacką spuściznę Gustawa Morcinka od razu wskazuje mi książki, w których mowa jest o naszym pisarzu z Będzina.

W jej „Pisarskim zakonie. Biografii literackiej Gustawa Morcinka” odnajduję informację, że w lutym 1948 roku Morcinek był w Krakowie na zjeździe pisarzy-więźniów politycznych. Tam spotkał się m.in. ze Stanisławem Wygodzkim, którego zwierzenia bardzo nim wstrząsnęły. Po latach stały się one treścią rozdziału „O szyby deszcz dzwoni” z powieści „Judasz z Monte Sicuro” (1).

W książce jest odsyłacz do kolejnej książki: „Gustawa Morcinka ‚Listów spod morwy’ ciąg dalszy”, gdzie znajduję list Morcinka do Władysławy Ostrowskiej i wspomnienie o Wygodzkim:

(…) pytał się mnie kilka razy, czy jest zbrodniarzem, czy nim nie jest. Bo otruł dziecko – przypominam z tamtego poprzedniego listu, by ułatwić przypomnienie u Ciebie – bo otruł żonę i dziecko i siebie, gdy jechali z transportem z getta do Oświęcimia. Dziecko i żona skonały w pociągu, on wyszedł i teraz „krzyczy sumienie” u niego. Czy jest mordercą, czy nie jest? Nie jest! Lecz sumienie mówi co innego. (2)

List datowany jest na 16 lutego 1948 roku. To trzy lata po zakończeniu wojny, cztery i pół roku od momentu, w którym Wygodzki został z żoną i córeczką wysłany z Będzina do Auschwitz. W pociągu podał Annie, czteroletniej Ince i sobie truciznę. One zasnęły, on się obudził. Całe życie dręczyły go wyrzuty sumienia, że zamiast uratować rodzinę przed koszmarem śmierci w komorze gazowej zabił najdroższe osoby, a sobie zostawił zbyt małą dawkę trucizny.

Wielokrotnie przerabia ten temat w wierszach i opowiadaniach – do końca życia będzie zmagał się z konsekwencjami tego czynu. Ból po stracie wszystkich bliskich wyraża w przejmującym tomiku poetyckim „Pamiętnik miłości”, za który otrzymał nagrodę Związku Literatów Polskich w 1948 r. To z niego pochodzą wiersze, które czytaliśmy na zajęciach.

Wrócmy jednak do Morcinka i wspomnianego wyżej „Judasza z Monte Sicuro”. Zasłyszana od Stanisława Wygodzkiego traumatyczna historia znajduje odzwierciedlenie w opowiadaniu powieściowego Szymona Rozencwajga, który jedzie do obozu z Warszawy, a nie z Będzina, ale reszta jest już prawie taka jak u Wygodzkiego. Znajomi nazywają w książce Rozencwajga „Luminalem” i my wiemy, skąd to przezwisko. Tę truciznę zarówno pierwowzór bohatera książki, jak i on sam kupił od życzliwego aptekarza, co to wiedział, gdzie kończy się podróż żydowskich rodzin. Najpierw więc bohater opowieści daje ją córeczce, która usypia na kolanach matki, a następnie żonie.

Tylko że w powieści Morcinka jest straszniej niż było w rzeczywistości, bo Wygodzki dojechał do Auschwitz, gdzie ciała żony i córki zostały zapewne spalone. Opowiadanie Morcinka sprawia nam dodatkowy ból, fundując nagły zwrot akcji, bo oto kiedy swoją dawkę trucizny chce zażyć Rozencwajg, nagle słychać strzały, pociąg się zatrzymuje:

A gdy tak strasznie strzelali, ktoś rozbijał kłódkę przy drzwiach wagonu. Rozbił, drzwi odsunął. Ktoś świecił elektryczną latarką. A strzały wciąż były, i ktoś spoza światła krzyczał: – Żydy, uciekajcie w las! Partyzanci odbili pociąg!… To wszyscy porwali się i uciekli w las… – A ty, Luminal? – zapytał znowu starosta. – Ja też uciekał. Ostatni. Bo ja… Bo ja budziłem Joannę i Klarę. Uciekajcie, krzyczałem, jesteśmy wolni! Panowie partyzanci odbili pociąg! Klara, wstawaj, dzieciątko ty moje miłe! Joanna, zbudź się… (3)

Rysunek Zosi do wiersza „Lokomotywa” S. Wygodzkiego.

Wygodzki należy dziś do najbardziej popularnych autorów współczesnych, jego książki — szczególnie „Koncert życzeń” — szybko znikają z półek księgarskich – pisał w 1961 roku Zbigniew Żabicki. (4)

Współcześnie badająca twórczość Wygodzkiego dr Monika Szabłowska-Zaremba z KUL nazywa pisarza za Krystyną Bernard „tragarzem pamięci”, ale pisze też, że „należy on do autorów zapomnianych, z rzadka przywoływanych” (5).

To prawda, stąd mój pomysł na innowację pedagogiczną, która ma wydobyć Wygodzkiego z mroków niepamięci – przynajmniej w Będzinie, choćby tylko w naszej szkole.

Odkąd zajmuję się twórczością pisarza co i rusz trafiam na jakiś ślad, wątek. 24 grudnia 2021 dostaję (zapewne pod choinkę) kolejną wzmiankę o nim w artykule opublikowanym w „Magazynie od Święta” Gazety Wyborczej. Tekst nosi tytuł „Świat to jeden wielki obóz” i jest adaptacją przedmowy Timothy Snyder’a do książki „Here in Our Auschwitz and Other Stories”, zbioru opowiadań Tadeusza Borowskiego wydanego przez Yale University Press w 2021 r.

Skoro mowa w nim o Tadeuszu Borowskim od razu przeczuwam, że będzie też o Wygodzkim, z którym autor „Pożegnania z Marią” oczywiście się znał, i nie mylę się: pisarza wspomina się tam dwukrotnie. [W pierwszym fragmencie błędnie napisano, że opuścił Będzin w 1944 roku, w rzeczywistości było to w sierpniu 1943 roku podczas likwidacji getta.]

Timothy Snyder: Świat to jeden wielki obóz. „Magazyn od Święta” Gazety Wyborczej z 24.12.2021 r., s. 34.
Timothy Snyder: Świat to jeden wielki obóz. „Magazyn od Święta” Gazety Wyborczej z 24.12.2021 r., s. 35.

Czy te wzmianki znaczą, że jednak nie całkiem zapomniano o pisarzu z Będzina? Nie wiem, ale spróbujemy coś zrobić. Jest już w Będzinie ulica Stanisława Wygodzkiego, teraz będzie też pamięć.

***

(1) Krystyna Heska-Kwaśniewicz: Pisarski zakon. Biografia literacka Gustawa Morcinka. Opole, 1988, s. 142.

(2) Gustawa Morcinka „Listów spod morwy” ciąg dalszy. Listy Gustawa Morcinka do Władysławy Ostrowskiej. Katowice, 1985, s. 128-129.

(3) Gustaw Morcinek: Judasz z Monte Sicuro. Katowice 1982, s. 72-73.

(4) Zbigniew Żabicki: O Stanisławie Wygodzkim. „Poradnik bibliotekarza” 1961, nr 11, s. 334.

(5) Monika Szabłowska-Zaremba: „Tragarz pamięci” – rzecz o Stanisławie Wygodzkim. W: Ślady pamięci. Kraków 2010, s. 213.

***

O pisarzu pisałam też tutaj:

Już dawno żadna książka nie porwała mnie tak jak ta. Może sprawił to bezpretensjonalny język tej wartkiej opowieści o ludziach na ziemiach, które tuż za miedzą, i którą tylko wyrywkowo znam. 

Reportaż o pobliskim Śląsku, pełen zapętleń historii i wątków polityczno-gospodarczych przecież nie powinien, a jednak wciągnął mnie jak w nastoletnich czasach indiańskie powieści Karola Maya. Nie wiem, czy to czasem z różnych powodów nie jest całkiem trafne porównanie. 

„Kajś” Zbigniewa Rokity na zdjęciach Nikiszowca z książki „Polskie regiony w Europie. Śląskie”, 2003. Fot. G. Celejewski, P. Komander.

Moje zaznajamianie się ze śląskością było powolne, zaczęło się w wieku kilku lat, kiedy pewnego letniego dnia wpisaliśmy do swojego słownika nowe “obce” słowa: hasiok i kreple (śmietnik i pączki). Bardzo cieszyła nas ich egzotyka, więc często je powtarzaliśmy.

Potem była długa przerwa, aż na studiach w Katowicach trafiłam do grona koleżanek pochodzących z Górnego Śląska. Przysłuchiwałam się kiedyś ich rozmowie, a słysząc zdanie “Ciepie sie jak wsza na kecie” odruchowo poprawiłam: “Chyba na kocie!” (“ciepie” zrozumiałam!). Wzbudziłam wtedy powszechną wesołość, a historyjka ta krąży jako anegdotka na corocznych spotkaniach u przyjaciół w Mysłowicach. Większość towarzystwa stanowią tam Ślązacy, więc prędzej czy później zawsze musi zostać przywołana ta nieporadność goroli w rozumieniu hanysowej godki. Do tego jeszcze musowo historia o “papendeklu” i mojej zagłębiowskiej rozkminie, co też to może znaczyć. 

Mało kto wie, że nadrabiam wpadki, bo mam doskonałego nauczyciela historii Śląska. Leo pochodzi z Chorzowa, znamy się co prawda ponad 20 lat, ale widujemy bardzo rzadko. Kiedy jednak już na siebie wpadniemy trzy czwarte rozmowy to jego opowieści o prawdziwej historii Śląska, i nie jest to z pewnością ta wersja historii, którą przyswoiliśmy w szkole. 

Gdybym nie znała opowieści Leona prawdopodobnie zaliczyłabym czytanie “Kajś” z otwartą ze zdziwienia buzią, a tak każde słowo usłyszane kiedyś od znajomego potwierdziło się w słowach spisanych teraz przez Zbigniewa Rokitę.  

Odpowiednio wcześniej “przerobiłam” więc już takie kwestie jak dziadkowie i wujkowie w Wehrmachcie (i zrozumiałam, że dla Ślązaka taki dziadek to jak polski dziadek w AK), że w domu mówiło się po niemiecku, że między rodzinami zdarzały się niesnaski, bo np. matka pochodziła ze Ślązaków propolskich, a ojciec proniemieckich.  

Albo że już później, podczas komunizmu, zabraniano uczniom w szkole używania języka śląskiego, a wcześniej polonizowano imiona i nazwiska niemieckie, które nie miały miejsca bytu w PRL. Że zniszczono, a potem wysadzono w powietrze resztki wspaniałego zabytku – małego Wersalu (jak mówiono o pałacu w Świerklańcu) – a to tylko dlatego, że jego właścicielem był górnośląski ród magnatów ziemskich i przemysłowych Henckel von Donnersmarck. O tym, że milczy się o śląskich laureatach nagród Nobla, że zbijano niemieckie inskrypcje na nagrobkach, pomnikach i tablicach. Leo czasami przysyłał zdjęcia takich, które – ocalałe – udało mu się sfotografować gdzieś w zapomnianych chaszczach.

Moje poznawanie historii Śląska polegało też na wyprawianiu się na dawne tereny graniczne i obserwacji, którą zalecał Leo: jak zmienia się pejzaż zabudowań, kiedy w Ordnung nagle wkracza chaos. I powrót – jak na cofniętej taśmie – znowu to samo, wszystko się zgadza: tu musiała wcześniej przebiegać granica, o której Leo mówił: Wjeżdżasz na kole, wyjeżdżasz na rowerze („koło” to po śląsku rower). Dobrze, że są tacy, którzy o tej granicy pamiętają i uświadamiają później na przykład pochodzącą zza tej granicy Zagłębiankę. 

Zresztą o Leo jest w “Kajś” pośrednio mowa, kiedy Zbigniew Rokita wspomina, że członkowie stowarzyszenia Ślonsko Ferajna sami zrzucili się na nową pamiątkową tablicę w Trójkącie Trzech Cesarzy, poprawiając słowo “zabory” na “państwa” (bo przecież Śląsk nigdy nie był pod zaborem). 

Fot. z Facebooka ŚLŌNSKŎ FERAJNA: https://www.facebook.com/SLONSKO.FERAJNA/photos/a.540246726028187.1073741826.249858495067013/540246986028161

Słuchałam też o powstaniach śląskich, których historia jest o wiele bardziej skomplikowana niż potrafiłaby to wyjaśnić najgrubsza publikacja na ten temat, czy o polskim obozie Zgoda na terenie Świętochłowic, gdzie w 1945 roku dogorywali w męczarniach uznani za Niemców mieszkańcy Śląska – również dzieci, młodzież i kobiety. W ramach odwetu za wojnę.

Historia tych ziem przedstawiana Polakom miała zupełnie inny wymiar, a jej wydźwięk miał jeden cel: przekonać resztę kraju, że Śląsk wrócił po II wojnie w granice Polski z ulgą i chęcią. Dawno temu Leo, a teraz Zbigniew Rokita potwierdzili, że wcale tak nie było. 

Wierzyć się nie chce, że zrobiliśmy Śląskowi to wszystko, co zrobiliśmy – ta historia przywodzi mi na myśl historię z innego kontynentu: białych Amerykanów pędzących za Indianami, że wrócę jeszcze do Karola Maya.

„Śląsk to kolonia Polski” – kiedy usłyszałam to po raz pierwszy odebrałam jak bajanie szaleńca. Autor potwierdza, że to my byliśmy szaleni, myśląc przez tyle lat inaczej. Śląską kulturę postanowiliśmy zgasić i spolszczyć.

Profesor Maria Szmeja, socjolożka z Akademii Górniczo-Hutniczej mówi w książce tak:

„Po pierwsze, Ślązacy są największa grupą, która wskazuje inną tożsamość niż polska, a wciąż nie została nawet oficjalnie uznana za mniejszość. Czy to z prawa czy z lewa, wszystkie rządy postępowały tak samo. Druga sprawa to to, jak narzuca się Ślązakom polską pamięć. To były odwieczne ziemie piastowskie i tak dalej, i tak dalej, jakby Piastowie mieli narodowość. Po trzecie, Ślązakom narzuca się język i kulturę, nie uznaje się ich własnego języka. Wokół Karaimów czy Tatarów, których jest garstka, skaczą wszyscy, a ignoruje się blisko osiemset pięćdziesiąt tysięcy Ślązaków. Na Śląsku zachodzi wymuszona asymilacja. (s. 272)

Opisana w “Kajś” historia jest nieoczywista i niejednorodna, będąc jednocześnie jak najbardziej oczywistą i jednoznaczną. Bo jak kilkakrotnie wspomina Zbigniew Rokita: To wszystko jest bardziej skomplikowane.  

Tak jak te drobiny o moim mieście, które wyłowiłam z tekstu. O Będzinie wspomina się w “Kajś” dwukrotnie. Pierwszy raz podczas rozmowy autora z mieszkańcem Góry św. Anny Reinhardem Wentzkim (w Polsce musowo: Franciszkiem Wenckim), który po wojnie musiał uciekać z rodzinnego Gleiwitz, i tak wspomina:  

“(…) dla większości gliwiczan Polska była krajem szmuglerskim. (…) Polacy to byli Ci, którzy ludzi wypędzili z mieszkań, okradli, zadzierali nosy i myśleli, że ich uczą kultury. Kulturträgerzy.  Pytam, czy nie chcieli jakoś walczyć o swoje. – Nie było siły, żeby wrócić do mieszkania i powiedzieć, że to jest moje. Panie. Po pierwsze, kompleks zwyciężonych był. Po drugie, ci ludzie to byli zdobywcy, nowi panowie. Tałatajstwo, nie ze Śląska, ale głównie z Będzina, z Dąbrowy, z Zagłębia. Przeciętny tamtejszy górnik czy hutnik chciał tu szabrować. (…) Od tych ludzi doświadczyliśmy najprzykrzejszych rzeczy. ” (s. 122)

A drugi raz o Będzinie jest tak:  

“W śląskich drwinach z Zagłębia, jak to z drwinami bywa, brakowało zawsze drugiej perspektywy. Jakby nikt nie chciał wczuć się w Zagłębiaków. A jak mieli się poczuć w takim Będzinie, gdy kilkadziesiąt lat temu Ślązacy wjeżdżali im do miasta w mundurach Wehrmachtu?” (s. 203-204)

Sami widzicie, że historie przygranicze nie są łatwe… 

Tę – wspaniale napisaną – musicie przeczytać! 

Zbigniew Rokita ze statuetką Nagrody Literackiej Nike 2021 za „Kajś”. Pisarz dostał również Nike czytelików. Fot. z relacji TVN 24.

Spokoju i zdrowia,

dużo czasu na robienie tego, co sprawia Wam przyjemność!

[Kartka z zasobów Polony z 1941 r.]

To nie były zwykłe Targi Książki w Krakowie, lecz nie znaczy to wcale, że były niezwykłe. Ponieważ wróciły po rocznej przerwie spowodowanej pandemią i odbywały się w reżimie sanitarnym ich klimat również był pandemiczny.

Już na etapie onlajnowego planowania wejścia na TK można było poczuć się nieswojo, bo przy wyborze biletów należało podać, czy jest się zaszczepionym, czy nie – i zgodnie z tym wybrać odpowiedni bilet. Ci, którzy nie kupili go przez internet byli chwilowo uziemiani przy bramce, gdzie musieli wypełniać deklaracje dotyczące stanu zdrowia.

Niektórzy przestraszyli się wirusa, było bardziej przestronnie, bo mniej wystawców (za to jakby więcej wydawnictw katolickich), ale najbardziej rzucała się w oczy nieobecność dwóch największych w Polsce wydawców: Literackiego i Znaku. Z niedowierzaniem przeglądałam listę wystawców, aż założyłam nawet okulary, żeby się upewnić, że dobrze widzę. Długo pozostawałam zdziwiona absurdalnością tego faktu: na Targach w Krakowie nie ma dwóch czołowych wydawniczych graczy z tego miasta. Szok i niedowierzanie.

Na osłodę pozostało mi spotkanie zaplanowane przez „Dowody na Istnienie”. O godzinie 15.00 miał tam podpisywać książki Mariusz Szczygieł, więc kolejka zaczęła ustawiać się już po 14.00. Byłyśmy wtedy z przyjaciółką w bistro na antresoli i akurat pojawił się tam również pisarz. Przechodził obok naszego stolika, więc powiedziałyśmy grzecznie „dzień dobry”, dodając „my się zobaczymy za chwilę”, co zabrzmiało niemal jak groźba. 😀

Przed 15.00 byłyśmy już na dole. Autor udzielał właśnie wywiadu dla TVN i bardzo się dziwił, że długaśny ogonek z tyłu to kolejka oczekujących do niego. Nagrałam akurat ten fragment, kiedy się odwraca i pyta “do mnie?”, a stojąca z tyłu Agata odpowiada mu poza kadrem “tak, tak”, co z kolei zarejestrowała kamera stacji, i co poleciało w materiale o Targach prezentowanym w programie “Co za tydzień” (odc. 1018 – fragment o M. Szczygle rozpoczyna się w czasie 10:18 – taki zbieg okoliczności).

https://player.pl/playerplus/programy-online/co-za-tydzien-odcinki,1199/odcinek-1018,S05E1018,219220

Tak więc Agata miała rolę mówioną, ja załapałam się jako statysta, występując przez dwie sekundy w jasnoróżowym podkoszulku. 

Tymczasem liczba adoratorów Mariusz Szczygła rosła, zresztą tak tłumnie było również trzy i dwa lata wcześniej (kiedy autor wydał “Nie ma” i zaraz po tym jak dostał za książkę Nike). Teraz pewnie też przez to, że podczas rocznicowej, 25. gali rozdania Nagrody Literackiej Nike zbiór reportaży „Nie ma” czytelnicy uznali za najważniejszą książkę w historii tej Nagrody. Szacun i gratulacje!

Autor przypuszcza w materiale „Co za tydzień”, że ludzie nie przychodzą dla jego książek, ale dla energii, którą wydziela („Jakaś taka jasność za mną idzie mimo przeciwności losu”), i pewnie ma trochę racji. W każdym razie dla książek też przychodzą.

Zdobyłyśmy więc z przyjaciółką autograf, zamieniłyśmy słowo, zrobiłyśmy zdjęcie i ruszyłyśmy w ostatni obchód po hali, a kiedy po godzinie wracałyśmy obok „Dowodów” kolejka do pisarza nie zmniejszyła się ani na jotę. Po Targach na FB wydawnictwa napisano, że prezes Mariusz Szczygieł podpisywał książki, „a teraz udaje się na rehabilitację nadgarstka”. ☺

Mariusz Szczygieł ciągle uśmiechnięty – nawet po godzinie podpisywania książek. 🙂

Z okazji 100. rocznicy urodzin Stanisława Lema na Targach można było podziwiać 120 wydań “Solaris” z całego świata (udostępnionych dzięki współpracy z sekretarzem pisarza Wojciechem Zemkiem oraz dzięki uprzejmości jego syna Tomasza Lema) czy słynne grafiki Daniela Mroza do wydania “Cyberiady” z 1972 roku.

Oprócz Mariusza Szczygła w Krakowie byli też oczywiście inni autorzy…

Jak zwykle można też było na rzecz bibliotek małopolskich oddać książki w ramach akcji „Książka za książkę”, którą od lat przeprowadza Gazeta Wyborcza. Uzyskane w zamian kupony były honorowane na stoiskach dodatkowymi zniżkami. Książki oddałam, a z ulotki skorzystałam m.in. na stoisku Dowodów na Istnienie. Wśród oddanych pozycji wypatrzyłam „Rutkę” Zbigniewa Białasa, a to znaczy, że historię będzinianki poznają jacyś krakowscy czytelnicy.

To były pierwsze Targi, na które weszłam z identyfikatorem „bloger” (akredytacji udzielono mi po udowodnieniu, że we wcześniejszych latach pisałam relacje o TK – zresztą pierwszy post umieszczony tutaj w listopadzie 2009 r. był właśnie notką o Targach w Krakowie). Fajnie, że dzięki temu było widać jak dużo nas – blogerów – jest, a i przy stoiskach traktowano mnie jakby milej. Na jednym z nich usłyszałam, że trzeba dać mi dobry upust, bo jeszcze źle napiszę o wydawnictwie. Nic podobnego… ale zniżki miłe! 🙂

12 lat temu!

No i proszę – loguję się na wordpress, a tu przypomnienie: moja przygoda z blogiem trwa już 12 lat! Fajnie, że nosi to miano „osiągnięcia”! 😀

Dobrze to pamiętam – ten klimat, podniecenie, tworzenie stron i planowanie zawartości. Chyba nawet mam gdzieś ten notatnik, w którym wszystko sobie rozpisywałam.

Pierwszy post opublikowałam tutaj 9 listopada 2009 roku (był o Targach Książki w Krakowie, a jakże!), a kilka dni później byłam na kursie dla bibliotekarzy „Biblioteka szkolna jako środowisko edukacyjne i terapeutyczne” w Instytucie Doskonalenia Nauczycieli WIEDZA w Katowicach. Prowadziła go pani Aleksandra Kobielska: mówiła dłuuuuugo (jej prezentacja miała grubo ponad 100 stron!), ale zajmująco, konkretnie i bardzo przekonująco.

Niektórzy uczestnicy kursu zaczynali się niecierpliwić, za oknami już dawno było ciemno, większość myślała pewnie o powrocie do domu, a ja notowałam jak natchniona – bo to szkolenie jeszcze dodatkowo nakręciło mnie do pisania o bibliotece i jej sprawach.

Tak więc dziękuję tutaj, i to dopiero po 12 latach! 🙂

Kiedyś obchodziłam też fajne urodziny bloga, muszę chyba do tego powrócić na moją ulubioną 13. rocznicę: https://bibliog3.wordpress.com/2011/11/09/drugie-urodziny-bloga/

Chociaż zeszły rok szkolny miał ze szkołą wspólnych tylko kilka miesięcy (wrzesień-listopad i maj-czerwiec), bo przez resztę czasu uczniowie działali na domowym nauczaniu zdalnym, to pełen był jednak ciekawych inicjatyw i przedsięwzięć.

To niektóre z tych, w których udało mi się maczać palce:

  • W ramach Narodowego Czytania 2020 zrealizowałam z uczniami klasy siódmej nagranie z fragmentami „Balladyny”.
  • Z okazji rocznicy urodzin Rutki Laskier stworzyłam z uczennicami należącymi do aktywu bibliotecznego miniprojekt multimedialny “Urodziny Rutki Laskier”. Ujęcia do filmu nagrywane były w szkole, a także na terenie miasta.
  • Z okazji obchodów Roku Stanisława Lema przygotowałam z uczniami w programie Canva prezentację słowno-plastyczną „Malowanie Lema”. To efekt zajęć zdalnych o pisarzu i jego twórczości przeprowadzonych za pośrednictwem Teams.
  • W ramach Kampanii „Smart, to znaczy mądrze!” zorganizowałam dla klas 7-8 konkurs „Czy dzielić się wszystkim w internecie?” na komiks lub pracę plastyczną inspirowaną zdaniem „Prywatność zachowaj dla siebie!”
  • Zorganizowałam dla klas 1 Międzynarodowy Dzień Kropki – zachęcając dzieci do aktywności plastycznej po wysłuchaniu książki „Kropka” Petera H. Reynoldsa.
  • Z okazji Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich stworzyłam z uczniami multimedialną prezentację w programie Canva – „W SP 8 czytaliśmy ostatnio”.
  • W zbiórce pieniędzy dla chorej Oliwki Hyli zebraliśmy aż 2307 zł – najwięcej ze wszystkich szkół będzińskich.
  • Uruchomiłam i wdrożyłam w szkole platformę Microsoft Teams do nauczania zdalnego. Jestem administratorem Microsoft Office 365.
  • Z firmy Johnson Electric z Będzina pozyskałam dla szkoły 11 laptopów dla potrzebujących uczniów, a od darczyńców także środki pozabudżetowe: 160 zł na nagrody w konkursach organizowanych przez bibliotekę, 393 zł na nowości dla czytelników.
  • Prowadze stronę Facebook biblioteki szkolnej (Biblioteka Szkoły Podstawowej nr 8 w Będzinie), gdzie na bieżąco publikuję informacje o przedsięwzięciach bibliotecznych, nowościach, dostępnych  online  lekturach szkolnych, obchodach dni związanych z książką i biblioteką.
  • Opiekuję się aktywem bibliotecznym, który działa prężnie na rzecz biblioteki i chętnie uczestniczy w akcjach organizowanych na terenie szkoły (Narodowe Czytanie, zajęcia plastyczno-literackie okazji Dnia Kropki, Dzień Edukacji Narodowej). W czasie nauczania zdalnego spotkania z członkami aktywu odbywały się poprzez platformę Microsoft Teams. Uczniowie brali chętnie udział w proponowanych aktywnościach (m.in.: nagrywanie filmików na święta Bożego Narodzenia, Tydzień Bibliotek, Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich, w ramach projektu „Malowanie Lema”).
  • Koordynowałam udział szkoły w I międzynarodowej edycji V Ogólnopolskiej akcji „Przerwa na czytanie”. Wydarzenie odbyło się w ramach Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych oraz kampanii społecznej Cała Polska Czyta Dzieciom.
  • Zorganizowałam w szkole Dzień Głośnego Czytania – wszystkim klasom 1-3 czytałam tego dnia podczas lekcji wierszyki z książki „Krakowski rynek dla chłopców i dziewczynek” Michała Rusinka, które wzbudziły wiele emocji i stały się przyczynkiem do ciekawych dyskusji, zaś uczniom klas 7-8 fragmenty książki „Nic zwyczajnego” Michała Rusinka.
  • W ramach obchodów Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych ogłosiłam dla uczniów konkurs „Książka przyszłości” – dla klasy 1-3 był to konkurs plastyczny, dla klas 4-8 – literacki. Oba cieszyły się ogromnym powodzeniem.
  • Z okazji Dnia Języka Ojczystego zorganizowałam w klasach  pierwszych  akcję „Pisz i mów poprawnie!” – zajęcia  o błędach popełnianych najczęściej w mowie potocznej oraz historii Dnia Języka Ojczystego.  W tym dniu  wręczyłam też  uczniom  Wyprawkę  Czytelniczą  „Pierwsze abecadło”.
  • Z okazji Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich ogłosiłam dla uczniów klas 4 – 8  konkurs  szkolny  na reklamę książki/czytania. 
  • W ramach obchodów Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek:

  1. W klasach 1 i 2 przeprowadziłam cykl zajęć „Tydzień Bibliotek –  Znajdziesz mnie w bibliotece”. Uczniowie przywoływali skojarzenia z biblioteką, które zapisywaliśmy na kolorowej planszy, rozmawialiśmy o książkach, które mają w tytule słowo „biblioteka” lub „książka”. Uczniowie wymyślali też własne tytuły powieści związanych z biblioteką, a także zaprojektowali okładki swoich książek. Na zakończenie lekcji wszyscy dostali zakładki do książek.  
  2. Z uczniami klas 1-3 nagrałam spot reklamowy o bibliotece “Czytamy w SP 8”, który opublikowałam na Facebooku biblioteki. 
  3. Stworzyłam w programie Canva prezentację dla uczniów „Nowe porady ze starego przewodnika”,
  4. Uczniów klas 4-8 poprosiłam o nagranie krótkich filmików o tym, dlaczego lubią bibliotekę. Z nadesłanych fragmentów w programie Canva powstała prezentacja multimedialna “O bibliotece”
  • Z okazji Dnia Dziecka stworzyłam w bibliotece budkę fotograficzną “Homo lectus – ludzik czytający”. Uczniowie odwiedzający bibliotekę tego dnia  mogli zrobić sobie w niej zdjęcie.
  • Opublikowałam artykuł „Niezwykły przypadek Dory Reym” w Miesięczniku Społeczno-Kulturalnym „Śląsk” – stanowi on dopełnienie książki „Babiniec. Herstoria będzińska”, której jestem współautorką.
  • W magazynie dla Polonii w USA „Kurier Plus – Polish  Weekly  Magazine” z 8 maja 2021 r.  ukazał się wywiad „Tańcząca bibliotekarka”, w którym opowiadam o swojej pasji bibliotecznej, o pracy w szkole oraz przedsięwzięciach realizowanych razem z uczniami.
  • W  miesięczniku  „Biblioteka w Szkole” (4/2021) opublikowałam artykuł  „Inwentarz nieprawdę ci powie”.  Artykuł traktuje o błędach popełnianych najczęściej w inwentarzach księgozbiorów szkolnych. 
  • Promuję sukcesy szkoły, publikując w prasie lokalnej informacje o działaniach biblioteki.
  • Prowadzę ten blog.
  • Ach, zapomniałabym o spędzającym sen z powiek skontrum, które ciagnęło się w nieskończoność, ale które udało mi się zrobić za pomocą arkuszy excel (w mojej obecnej szkole, gdzie pracuję dopiero czwarty rok, jeszcze nie wszystkie książki wpisane są do programu bibliotecznego).

W Dniu Edukacji Narodowej miałam ogromną przyjemność odebrać Nagrodę Prezydenta Miasta za szczególne osiągnięcia w pracy zawodowej, czyli m.in. za to, co powyżej. Nie byłoby to oczywiście możliwe bez Dyrekcji szkoły, która zgłosiła moją kandydaturę, więc to przede wszystkim tam kieruję podziękowania! 🙂

Z Nagrodą.

Macewy spod ziemi

Jeszcze w kwietniu tego roku na nieużywanej i zarośniętej rampie kolejowej w Będzinie, która znajduje się na wysokości zbiegu dwóch ulic: Sieleckiej i Zagórskiej, wszystko było po staremu. To znaczy w ziemi spokojnie leżało to, czego dawno temu użyto do jej budowy – macewy z kirkutu (cmentarza żydowskiego) znajdującego się kiedyś przy ulicy Sieleckiej. Tak wyglądał on w czasie wojny:

(Źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/photo?fbid=3911273552254113&set=pcb.3911331618914973)

To był jeden z trzech kirkutów w naszym mieście (po tym na Podzamczu i przy starych murach miasta w dzielnicy Zawale). Powstał pod koniec wieku XIX i służył do początków XX. W sieci krąży zdjęcie, na którym robotnicy firmy „Eltes” podbierają kamień wapienny ze skarpy, przyczyniając się do niszczenia znajdującego się na górze cmentarza – widocznego z dala dzięki charakterystycznemu kształtowi macew. Zdjęcie to, a także skany przedwojennych map i zdjęcia lotnicze tego terenu oraz jego stan obecny można obejrzeć w wątku poświęconym dawnemu będzińskiemu cmentarzowi na forum „Strażnicy czasu”.

Co ciekawe, na fragmencie „Planu miasta Będzina” wydanego przed 1939 rokiem „Nakładem Księgarni i składów materjałów piśmiennych Adolfa Zmigroda” widnieje już zaznaczona jakaś rampa kolejowa – krótka, prowadząca z terenów przy ul. Zagórskiej na Sielecką – możliwe, że służyła właśnie firmie „Eltes”.

Mapa dostępna w domenie publicznej na stronie: https://polona.pl/item/plan-m-bedzina,NDU5Mzc0OTc/7/#info:metadata

O tym cmentarzu i rampie pisał w „Basach” (PIW, 1965, s. 35) Stanisław Wygodzki, pisarz pochodzący z Będzina, snując opowieść o przedwojennym mieście:

Rudzielcy przychodzili na Podzamcze z przeciwległego krańca miasta, z ulicy Sieleckiej, graniczącej z drugim cmentarzem żydowskim, „nowym”, przyjmującym jeszcze nieboszczyków i zapełniającym się powoli grobami i kamieniami nagrobkowymi, które widać było z pobliskiej rampy kolejowej.

O tym, że obecna rampa powstała z elementów nagrobków wiadomo było już od dawna – wg artykułu w „Fakcie” już w 2008 roku ktoś natknął się tam na fragmenty kamieni z dziwnymi napisami. Na forum „Strażnicy czasu” w styczniu 2016 roku Karolina Kot pisze:

„W 2010 roku odkryliśmy fragmenty macew, leżące na chodniku i – najwyraźniej nieświadomie – używane do podtrzymywania reklamy cementu oraz innych materiałów budowlanych. Dzięki Conanowi relikty te zostały starannie zebrane i przewiezione Archimedesem na cmentarz żydowski przy ulicy Podzamcze.”

Foto ze strony: http://www.straznicyczasu.pl/viewtopic.php?t=4487

Do tej pory nikt nie podjął się jednak wyciągnięcia macew. Dopiero pod koniec kwietnia 2021 r. pod kierunkiem Adama Szydłowskiego – prezesa działającej w Będzinie Fundacji Centrum Kultury Żydowskiej im. Rutki Laskier oraz Marcina Majchrowicza, który udostępnił ciężki sprzęt – wydobyto na światło dzienne kamienie nagrobne skrywane dziesiątki lat pod ziemią.

Stan rampy przed operacją wyciągania macew można obejrzeć na znalezionym w sieci filmiku:

Kiedy zaczęto wydobywać macewy rampa prezentowała się tak:

25 września 2021 r. na terenie zlikwidowanej już Huty Będzin (niegdyś: Zakłady Przemysłu Cynkowego, których głównym akcjonariuszem był znany w mieście Szymon Fürstenberg) można było zobaczyć wydobyte z konstrukcji rampy fragmenty macew. Widok robił przygnębiające wrażenie. Dzięki pomocy uczniów z I LO im. M. Kopernika w Będzinie z niemal tysiąca fragmentów udało się zrekonstruować kilka macew, odczytano też wyryte na nich dane:

Wszystkiemu przyglądali się z okien biura huty Szymon Fürstenberg z żoną…

Adam Szydłowski chciałby, aby macewy (a przynajmniej ich część) wróciła na swoje dawne miejsce przy ul. Sieleckiej. Czas pokaże, czy uda się zrealizować ten pomysł.

Więcej informacji o akcji wyciągania macew można przeczytać w licznych artykułach lub obejrzeć materiał przygotowany przez telewizję lokalną:

https://sosnowiec.wyborcza.pl/sosnowiec/7,93867,27600934,kamien-do-kamienia-zlozyc-trudno.html?fbclid=IwAR1zMg_nvAoR4cOYIJh-vqkq_EyMwxzhdkqHyA2ybXIo1tuGcn7yeOXW8U0

https://bedzin.naszemiasto.pl/w-bedzinie-wydobywaja-zydowskie-nagrobki-z-rampy-kolejowej/ar/c1-8255048

https://tvs.pl/informacje/historia-jak-z-poklosia-w-bedzinie-z-zydowskich-macew-zbudowano-rampe-kolejowa-prywatna-firma-pomaga-w-ich-odzyskaniu-wideo/

Najlepsze pomysły przychodzą do głowy na granicy jawy i snu.

I tak właśnie przyszły do mnie twarze Lema – a dokładnie dziesięć dziesiątek, bo właśnie zbliżała się setna rocznica Jego urodzin. Pracy wcale nie było tak dużo – wystarczyło ściągnąć z sieci podobizny pisarza, przerobić je na czarno-biały szkic, odbić 100 razy i rozdać uczniom. A później już oglądać jak każda z odbitek nabiera innych rumieńców, jedynych i niepowtarzalnych. Fantazja dzieci nie zna granic – i o to chodziło. Przyznam szczerze, że końcowy efekt przeszedł moje wyobrażenia! Wyszło – jak to w przypadku Lema – fantastycznie!

13 września każdy uczeń mógł zrobić sobie na tle tej nietypowej ścianki zdjęcie z pisarzem. W jego rolę wcielało się na zmianę dwóch uczniów (jeden Lem był uśmiechnięty, drugi poważny – maski pisarza wykonałam, wykorzystując fragmenty fotografii autorstwa Jacka Barcza/EAST NEWS i Cz. Czaplińskiego).

O akcji napisała strona miasta i jeden z portali miejskich:

https://www.bedzin.pl/aktualnosc-3968-obchody_roku_stanislawa_lema_w_szkole.html

https://bedzin.naszemiasto.pl/100-twarzy-stanislawa-lema-na-100-urodziny-pisarza-w-sp-8-w/ar/c5-8452093

Na koniec było jeszcze pamiątkowe zdjęcie – pisarz przy pracy. 😉

„Sto twarzy Lema” spodobało się nie tylko naszym uczniom, którzy chętnie robili sobie zdjęcia na tle wielobarwnej ścianki. Dostaliśmy też dużo pochwał z zewnątrz. Wojciech Grabowski – artysta, pisarz, rysownik i filmowiec napisał pod postem na naszym bibliotecznym Facebooku tak:

Karol Baranowski – Bibliotekarz Roku 2019 pracujący w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej im. Hugona Kołłątaja i Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie (autor znanego bloga http://charliethelibrarian.com/) wspomniał o naszej wystawie na wykładzie inaugurującym 13 Forum Młodych Bibliotekarzy! (Dodał też, że Stanisław Lem przysłał mi w 2006 r. do biblioteki pudełko ze swoimi książkami. Opisałam to tutaj.)

EDIT z 18.09.21 r.:

„Sto twarzy Lema” zajęło II miejsce w ogólnopolskim konkursie „Lustra Biblioteki” i trafiło do „eLEMentarza inspiracji na Rok Lema”! Brały w nim udział książnice różnych typów, a my jesteśmy jedyną biblioteką szkolną w finałowej piątce! (Pokonał nas tylko piękny mural z Bulkowa na drugim końcu kraju! – wyniki konursu tutaj.)

„Sto twarzy Lema” to nie jedyne wydarzenie, które zorganizowałam w ramach obchodów roku pisarza.

W maju i czerwcu przeprowadziłam z uczniami lekcje o autorze „Cyberiady” i jego twórczości. Czytaliśmy też fragmenty książki „Dyktanda czyli w jaki sposób wujek Staszek wówczas Michasia – dziś Michała – uczył pisać bez błędów”. Zarejestrowaliśmy głos ucznia, który czyta fragment jednego z dyktand, uczniowie wykonali do niego rysunki, a potem zestawiliśmy to wszystko w Canvie, tworząc prezentację słowno-plastyczną „Malowanie Lema” (dostępna tutaj: (https://www.facebook.com/Biblioteka-Szko%C5%82y-Podstawowej-nr-8-w-B%C4%99dzinie-358576084906083/videos/347095557124396)

Dzień po urodzinach pisarza rozstrzygnęłam też szkolny konkurs „Za 50 lat…” z fantastycznymi (a jakże!) nagrodami. Inspiracją do niego był fragment „Powrotu z gwiazd” z 1961 r., w którym Lem opisał czytnik książek. Uczniowie mieli za zadanie zabawić się w futurologa i wymyślić, jakie urządzenie/urządzenia pojawią się na świecie za pięć dekad, i jak będą działały.

Pomysły były naprawdę niezłe, np. muchomor pamięci, który pokazuje na ekranie sen i zamienia nas w śniące się właśnie postaci, okulary przywracające niewidomym wzrok, nosowy oczyszczacz powietrza i soczewki tłumaczące tekst w obcym języku, czy wreszcie – nagrodzona pierwszym miejscem – umiejętność przenoszenia się do czasów, w których powstawała czytana właśnie książka, tak żeby móc spotkać hologram jej autora i wreszcie dowiedzieć się, co naprawdę miał na myśli? 😀

Narodowe Czytanie w naszym mieście organizuje Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie. Robi to od zawsze profesjonalnie, a w ostatniej edycji, kiedy czytano „Moralność pani Dulskiej”, było też niezwykle barwnie!

Kolorowe i fantazyjne nakrycia głowy oraz obszerne suknie, w które ubrane były bibliotekarki, nawiązywały do stylu i epoki Gabrieli Zapolskiej, bohaterki tegorocznego spotkania.

Zaproszeni goście czytali fragmenty dramatu opublikowanego w 1907 roku. W mistrzowski sposób zrobiła to jedna z pań z Uniwersytetu Trzeciego Wieku, zbierając zasłużone brawa.

Uczestnicy spotkania dostali darmowe egzemplarze „Moralności” wraz z okolicznościowym stemplem. Podczas imprezy można było też wziąć udział w quizie związanym z tematyką tegorocznego NC. Tylko na dwóch kartkach stwierdzono komplet poprawnie skreślonych odpowiedzi – jedna z nich należała do zespołu z naszej szkoły (SP 8 w Będzinie).

Tak więc silna grupa w składzie: Marta Szczerba – wicedyrektor, ja – bibliotekarka, Maria Wilk i Lena Stachera odebrały w nagrodę książkę o Gabrieli Zapolskiej “Szkło i brylanty” Araela Zurli. Trafiła oczywiście do biblioteki szkolnej! 🙂

W bibliotekach szkolnych kryją się prawdziwe perełki. Jedna z nich została wyłowiona podczas niedawnego skontrum, czyli inwentaryzacji księgozbioru.

To dzieło Z. Kowalskiej o ujmującym tytule „Stonka ziemniaczana” (Wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej 1951, seria „Biblioteka Żołnierza”). Na jego widok zadrżało mi serce i zrozumiałam, że podobnie musiały reagować poprzednie bibliotekarki, które nie wpisały tytułu na listę ubytków i pozwoliły mu przetrwać między ważniejszymi książkami w dziale „59 Zoologia”.

Według reguł bibliotecznych ta broszura powinna być już dawno temu wycofana (karta książki pokazuje, że nie była wypożyczana – znaczy: nieprzydatna). Ale jak tu pozbyć się małej maszynki do podróży w czasie, głosu historii, który dziś śmieszy, a wówczas traktowany był śmiertelnie serio?

Pamiętam jeszcze z dzieciństwa pola obsypane stonką, której przemocą wydzierało się każdy milimetr zielonego liścia ziemniaczanego i wtrącało do czeluści wiadra. Osobniki dorosłe o twardych pancerzykach upadały na dno ze stukiem, gramoloąc się nieporadnie z odnóżami w powietrzu, a czerwone, miękkie i obrzydliwe stonkowe dzieci wpadały tam z ledwie słyszalnym pogłosem.

Mówiono wtedy we wsi „znowu zrzucili stonkę”, więc zadzierałam głowę i wypatrywałam tych, co się ośmielili, ale wysoko było tylko wypłowiałe od upałów niebo i ogromne słońce, które wypalało świat.

Teraz już wszystko wiadomo – autorka kreśli ekspansję żuka Kolorado z zachodu na wschód Stanów Zjednoczonych, do Kanady i dalej. Stonce nic nie było w stanie się oprzeć, stawały przed nią nawet koleje, owady mogły pokonywać też obszary wodne. Nic dziwnego, że i nasze polskie pola uległy jej naporowi! Oczywiście nie obyło się bez pomocy…

Z. Kowalska (pseudonim?) wyjaśnia, że w maju 1950 roku amerykańskie samoloty zrzuciły na teren byłej NRD, Czechosłowacji i na polskie wybrzeże Bałtyku dziesiątki tysięcy stonki, a część z nich była nawet w… kopertach! My God!

I konstatuje: „Stonka jest bronią gangsterów z Wall Street.”

Trudno było nie uwierzyć, nabrał się na to nawet nasz pisarz, Stanisław Lem, którego rok właśnie obchodzimy.

W książeczce wspomniano, że walkę ze stonką opisała ”Trybuna Ludu” w 1950 roku. Właśnie na tą informację trafił wtedy Lem. Tak pisze o tym jego syn Tomasz Lem w książce „Awantury na tle powszechnego ciążenia” (Wydawnictwo Literackie 2009, s. 161):

W latach pięćdziesiątych mój przyszły ojciec potrafił pokłócić się z żoną o stonkę, rzekomo zrzucaną przez Amerykanów nad Polską. Barbarę ta absurdalna informacja podana przez „Trybunę Ludu” mogła tylko rozśmieszyć; jej mąż natomiast we wszystko uwierzył – przecież „Trybuna” zamieściła nawet zdjęcie imperialistycznego pojemnika, którego zawartość miała pokrzyżować plany uświadomionym klasowo chłopom (najlepiej skoszarowanym w kołchozach).

Pojemnik? Przecież to były koperty! Ups… to tylko mała nieścisłość.

Przez sympatię dla Lema i z melancholii do wspomnień z dzieciństwa – dopóki pracuję w tej bibliotece książka o stonce ma dożywotnio miejsce w dziale 59!

😉