Feeds:
Wpisy
Komentarze

Noc z 9 na 10 września 1939 roku była początkiem końca żydowskiego Będzina. Wieczorem hitlerowcy podpalili stojącą przy Zamku Wielką Synagogę. Od tego pożaru zajęły się inne budynki przy ulicy Plebańskiej i Kościelnej.

Nad miastem całą noc stała łuna, ludzie oglądali ten pożar z dachów swoich domów na przedmieściach miasta. Na Warpiu robiła tak między innymi Stanisława Sapińska (ta sama, która przechowa później zielony zeszyt Rutki Laskier).

Pożar wstrząsnął mieszkańcami. Podczas niedzielnej mszy w Kościele Świętej Trójcy trwającym nieopodal zgliszcz synagogi podobno wszyscy leżeli krzyżem. Mszę odprawił ksiądz Mieczysław Zawadzki, który tamtej soboty uratował wiele istnień, otwierając bramę przy zakrystii, żeby Żydzi z Kościelnej i Plebańskiej mieli gdzie uciekać. Po wojnie dostał za to Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Stanisław Wygodzki pisał o tym dniu wielokrotnie, również w mało znanym opowiadaniu Sprzymierzeńcy:

„Bo cóż ów Matysiak mógł wiedzieć o Frensenie, skoro Frensen popełnił swój czyn wówczas, gdy Matysiak miał dziewięć lat? O to samo zresztą pyta sędzia:

– Ile świadek miał lat wówczas, gdy w B. płonęły

domy wraz z mieszkańcami?

– Dziewięć.

Przewodniczący podnosi głos:

– Więc cóż świadek rozumiał z tego, co się wówczas działo w B.? Czy świadek widział oskarżonego na miejscu zbrodni?

– Nie, nie widziałem.

– A co świadek robił wówczas w pobliżu domów, które przecież płonęły, w miejscu, gdzie strzelano do ludzi wyskakujących z tych domów?

– Nic. Przyglądałem się.

– A czy byli tam ludzie bez mundurów?

– Nie, wszyscy byli w mundurach.

– I to świadek – liczący wówczas dziewięć lat – ustalił ponad wszelką wątpliwość, czy tak? Więc tak było, że wokoło płonęły domy, słychać było krzyki i jęki palonych żywcem, strzelano do ludzi, a świadek wówczas nic innego nie miał do roboty, tylko krążyć w pobliżu i ustalać, czy wśród Niemców nie ma takiego, który by nosił cywilne ubranie, czy tak?

Matysiak milczy, ale jest w nim hardość, która nie ustępuje ani na chwilę. Sędzia nie ma żadnych dalszych pytań, nie ma ich również prokurator ani obrońca; ale w chwili gdy Matysiak odwraca się od stołu i zmierza w kierunku czekającego nań milicjanta, przewodniczący pyta:

– A trupy świadek widział?

– Widziałem je w jakieś dwa albo trzy dni później. – W jego głosie zabrzmiała nutka chełpliwości. – A jakże, widziałem. Jeszcze gruzy dymiły, jak przyszło tam dwóch Żydów, jeden siwy, wysoki, a drugi młody, nazywali go „głupi Chaim”, był woźnicą. To oni zbierali te trupy, kładli na wóz i wywozili na kirkut.

Siwy człowiek za stołem znów odnalazł mnie oczyma i nie spuszcza ze mnie swego spojrzenia. Znów wraca opowieść mego ojca i wiem, o czym myśli sędzia. Widzę w jego oczach jakąś żałość bolesną i trudną do odpędzenia. Jak można sądzić dziewięcioletniego chłopca, który wśród dymiących zgliszcz grabił to, co zostało po trupach i pożarze?”

📖 Stanisław Wygodzki: Sprzymierzeńcy (1950).

📷 Fot. Yad Vashem – The Online Photo Archive – 503/11601

Najgorszy dzień

Działo się to w mieście Bendsburg, nocą z 31 lipca na 1 sierpnia 1943 r.
Zaczyna się ostateczna likwidacja getta żydowskiego w miejscowości noszącej przed wojną nazwę Będzin.

W tłumie, który za kilka godzin pójdzie do wagonów, będzie Szyja Wygodzki z żoną Frymetą i czteroletnią córeczką Miną.

Z ulicy Wilczej do Koszarowej mała zrobi kilkaset kroków, może o wiele mniej, jeżeli niesiona była przez mamę albo tatę.

Jeszcze ogląda świat. Nikt jej nie mówi, że za chwilę się skończy. Wie, że dzieje się coś okropnego, może wyczuwa też nerwowość ojca. Ten rozumie, że obrazki przedmieść miasta, które oglądają z żoną i córką, to ostatnie obrazki z ich życia.

W pociągu przyjmują luminal. One umierają, on cudem dobudza się na rampie w Birkenau.

1 sierpnia 1943 roku był najgorszym dniem w życiu Stanisława Wygodzkiego.
Stawał mu przed oczyma w koszmarnych napadach pamięci tysiące razy i zatruł resztę trwania.

W swoje utwory wpisuje flesze tamtych momentów, wypożyczając własne doświadczenia bohaterom:

Do domu przychodzi pod wieczór, a kilka godzin później, o godzinie drugiej po północy z 31 lipca na 1 sierpnia, Dzielnica Kamienna zostaje obstawiona i Hampel wraz z innymi mieszkańcami getta wędruje do Oświęcimia.

Hampel wraz z żoną i małą dziewczynką wychodzi z domu i staje w tłumie, który wkrótce pognają w stronę dworca w B., do pociągu jadącego do Oświęcimia. Widzę jego wychudzoną postać i oczy rozwarte strachem. (…) jeszcze krąży na granicy gromady i wolnej przestrzeni, gdzie stoją mundurowi wraz z cywilami uzbrojonymi w automaty.

Gdy ludzie, krążący wokół wagonów, poczęli otwierać szerokie rozsuwane drzwi, kobieta spojrzała w moją stronę. Podchwyciłem to spojrzenie. Było spokojne, ale jej dłonie przeczyły temu spokojowi. Mocno obejmowała nimi dziecko, które zapomniało o pragnieniu i spoglądało ku dworcowi.

Dziewczynka poczęła się uskarżać, że ją nogi bolą, wówczas kobieta wzięła dziecko na ręce. Chciałem jej pomóc, wiedziałem, że trzeba jej pomóc i zabrać dziecko, ale wiedziałem – i to najsmutniejsza chyba wiedza moja, że trzeba jej dziecko zostawić, bo ja długo będą jeszcze razem?
Kobieta, dźwigając dziecko nie mogła nadążyć i wtedy Niemiec rozkazał, abym wziął dziewczynkę na ręce.
Matka oddała mi je milcząc.

Tylko raz, w tekście „O samym sobie” z 1986 r., zostawi osobistą relację o tym dniu. Po tylu latach ciągle nie będzie w stanie dosłownie wyartykułować, co tam się dokonało:

Pierwszego sierpnia 1943 roku wyprawili mnie, wraz z żoną i pięcioletnią (!) córeczką, w wagonie bydlęcym, do ostatniej stacji. Znaliśmy jej nazwę. Zabraliśmy ze sobą termos z gorącą wodą. Nic więcej.

W jednym z wierszy Pamiętnika miłości wers: „I ręką zabójcy pisałem te strofy.”

Na zdjęciu budynek dworca PKP Będzin przy ul. Kościuszki z przedwojenną nazwą – Bendsburg. Stan w dniu 1 sierpnia 2026 r. Fot. Izabela Tumas.

Miliony z budżetu państwa co roku trafiają na makulaturę. Bezpośrednio? Nie. W postaci podręczników szkolnych.

Bibliotekarze szkolni z podstawówek przeżywają właśnie gehennę podręcznikową. Wracają do nich wypożyczone we wrześniu komplety podręczników. W niektórych przypadkach tylko to, co z nich zostało…

Od 2014 r. w szkołach podstawowych uczniowie otrzymują darmowe podręczniki („Dotacja celowa na wyposażenie szkół w podręczniki, materiały edukacyjne i materiały ćwiczeniowe”). Tak zadecydował rząd, żeby ulżyć rodzicom w wydatkach na szkołę. Tylko że wtedy nie było jeszcze 500+ (o 800+ nawet nie marzono). Teraz, kiedy każdy rodzic dysponuje tą kwotą, mógłby raz w roku zamówić zestaw dla swojego dziecka – to kwestia kilkunastu minut! A przecież jest jeszcze wrześniowy program Dobry Start (czyli 300+), który został wprowadzony w 2018 dla wszystkich uczniów!

Te świadczenia więc się pojawiły, ale darmowe podręczniki nie zniknęły. Bibliotekarze szkolni, którym zajęć w szkole nie brakuje, przez połowę czerwca, dwa tygodnie sierpnia i dwa tygodnie września nie widzą świata spod ton podręczników szkolnych i ćwiczeń (te każdy uczeń dostaje bezzwrotnie). Rzecz nie polega na przeliczeniu i wydaniu książek – to byłaby bułka z masłem!

Każdy komplet dla ucznia danej klasy jest w obiegu przez trzy lata. Później nauczyciele przedmiotów mogą tytuły i wydawców zmienić, albo pozostać przy poprzednim wyborze. Jednak nawet wówczas i tak trzeba zamówić nowe egzemplarze (i wydać pieniądze), bo dotychczasowe podręczniki się zmieniają: okładki z paskiem określającym lata użytkowania, czasami treść czy tylko układ rozdziałów.

Poza tym po trzech latach podręczniki nadają się zazwyczaj do wyrzucenia. Ale bywa, że nie tylko po trzech… Dzieci nie szanują podręczników, bo są darmowe. Bibliotekarze dostają więc – bardzo często już po roku użytkowania – książki, które nadają się wyłącznie do kosza.

A skoro uczniowie nie oddają kompletów, nie ma czego wydać od września kolejnym rocznikom. Trzeba więc upominać, dzwonić, pisać – a i to nie zawsze skutkuje. Czasami do października bibliotekarze walczą z uczniami i rodzicami, którzy nie zwrócili wszystkich książek z zeszłego roku, bo je zniszczyli lub zgubili.

W mediach krąży ostatnio zdjęcie chłopca, który sprzedawał lemoniadę, żeby zarobić na książki.

Ktoś zgłosił jego „nielegalną” sprzedaż do straży miejskiej, która przyjechała, i zamiast go ukarać – wykupiła całą lemoniadę. Historię podchwyciły media i dziś funkcjonuje ona już tak, że chłopiec chciał kupić książki dla siebie. Zgłaszają się więc ludzie, którzy chcą mu na nie przekazać fundusze. Ale tutaj nie chodziło o książki czytane dla przyjemności, a właśnie o takie darmowe podręczniki, które zniszczył, a sprzedażą lemoniady chciał zarobić na ich odkupienie.

Zdarza się, że w ostatnim roku użytkowania podręczników jest za mało zestawów (np. klas ósmych jest w danym roku więcej, niż było w ubiegłym) – wtedy trzeba domówić nowe. Użytkowane są tylko rok, a później idą na makulaturę (bo następuje zmiana treści, okładek etc.) Tak więc podręczniki wyrzucane są zazwyczaj w stanie agonalnym, ale czasami zdarzają się zupełnie nowe…

Niektóre ze starszych podręczników szkoły zostawiają – ale tylko do obiegu wewnętrznego (do powtórek na konkursy, olimpiady). Nie ma jednak gdzie trzymać takich zestawów zapasowych w znacznej ilości. Kiedy mija czas ich użytkowania na każdego ucznia przypada nowa kwota dotacji, która musi być wykorzystana – i dlatego placówki zamawiają kolejne podręczniki, a stare utylizują. Co roku inne zestawy są wycofywane (w ubiegłym roku były to klasy 3 i 6, w bieżącym: 1, 4, 7). Dobrze, jeżeli skup chce w ogóle te tony książek od szkoły odebrać, a nawet zapłacić za nie (w tym roku to 15 groszy za kilogram makulatury). Gorzej, jeżeli każe sobie zapłacić za transport i utylizację! Czasami w pobliżu szkoły nie ma skupu. I nie ma co z podręcznikami zrobić…

Nie mogę patrzeć na to marnotrawstwo. Kiedy przypomnę sobie moje gimnazjalne akcje zbierania makulatury, którą odwoziłam własnych autem do skupu, żeby móc kupić do biblioteki kilka książek do czytania, a teraz co rok widzę te tysiące książek – dziesiątki tysięcy złotych rocznie w skali jednej tylko szkoły – wyrzucane do kosza, chce mi się śmiać z własnej naiwności.

Każdego roku w czerwcu bibliotekarze szkolni przerabiają te same historie podręcznikowe: egzemplarze zagubione, zalane, spleśniałe. Książki wsadzone w plecaku do banana, na które wylał się sok, obgryzł je królik albo obsikał kot. I to zdanie, które zawsze pada przy ich zwrocie: takie dostałam/dostałem… Nie da się wziąć takich książek do rąk bez rękawiczek. Wypożyczający nie poczuwają się do odkupienia tych podręczników czy zwrotu należności za nie. Przecież są „za darmo”! A bibliotekarze nie mają jak wydać kompletów w kolejnym roku szkolnym. W sierpniu zaś nie mają już siły nosić kartonów, przewalać tysięcy ćwiczeń i podręczników w te i z powrotem. Z widokiem na rychły koniec w kontenerze.

I pomyśleć, że każdy rodzic ze świadczenia 800+ czy Dobrego Startu mógłby załatwić tę sprawę sam bez problemu. Chodzi też o coś więcej: dzieci szanowałyby swoje własne podręczniki wiedząc, że mogą je potem sprzedać – tak jak to było wcześniej. Kiedy dostają je za darmo nie mają do nich żadnego szacunku.

Ta sprawa jest beznadziejna. Jeżeli głos nauczycieli jest zazwyczaj słabo słyszalny w ogólnopolskiej wrzawie – to nauczyciele bibliotekarze ze szkół podstawowych są tutaj niemi. Na forach przestrzegają się tylko przed podjęciem pracy w bibliotekach podstawówek właśnie z powodu podręczników. Żeby sobie ulżyć publikują czasami zdjęcia zniszczonych tytułów albo ścian kartonów z książkami do przeniesienia i rozpakowania w sierpniu.

Jak dotrzeć w tej sprawie do decydentów? A gdyby nawet – kto zrobi teraz zamach na darmowe podręczniki? Nie widzę kandydatów…

Praca w bibliotece to moje marzenie z dzieciństwa i pasja. Ale zarówno w czerwcu, jak i w sierpniu, kiedy trzeba przewalić te tony nowych podręczników (i ćwiczeń) oraz setki używanych – mam ochotę rzucić to wszystko w diabły.

Chciałabym poświęcać ten czas na zajęcia z dziećmi (mam ich trochę, bo prowadzę m.in. innowację pedagogiczną) czy prace biblioteczne, a nie podręcznikowe. Jako mama ucznia szkoły podstawowej jestem za tym, żeby kupować samemu podręczniki – bo jestem w tej historii po drugiej stronie…

Najnowszy numer kwartalnika „Miasteczka Poznań” (1-2/2026) przynosi kolejne teksty o Stanisławie Wygodzkim.

Zbigniew Pakuła – redaktor naczelny czasopisma – po raz drugi oddaje miejsce temu nieco zapomnianemu pisarzowi. We wstępniaku pisze:

Był poetą nie tylko wybitnym, ale i człowiekiem głęboko doświadczonym i zranionym; osobą, która nigdy nie zaznała ukojenia. Drukując kilka tekstów po ponad trzydziestu latach, które upłynęły od śmierci Wygodzkiego, chcemy złożyć skromny hołd poecie z Będzina i podzielić się współczuciem towarzyszącym nam podczas lektury jego wierszy. (…) Redaktorka Krystyna Bernard nazwała go „niestrudzonym tragarzem pamięci o milionach bezgrobnych”. Jak można unieść pięć milionów? Nie wiem. Ale wiem, że tragarz pamięci nie powinien być sam. Dlatego piszemy o nim i przypominamy jego wiersze.

W numerze przedrukowano tekst Wygodzkiego „O samym sobie” i listy pisarza do poetki Anny Frajlich.

Jest też mój tekst o tym, jak zajęłam się przywracaniem pamięci o Wygodzkim – i co z tego wynikło.

Po 35 latach trafiły do mnie osobiste pamiątki ze strychu historycznego domu z Będzina.

Część dzielnicy Warpie – Kamionka, to miejsce, w którym spędziłam dzieciństwo. Najsilniej przyszpiliłam w pamięci dom przy ulicy Podsiadły 24 (dziś Rutki Laskier 24), w którym mieszkałam wiele lat. To miejsce z historią – podczas likwidacji getta działy się tam rzeczy straszne, o czym zawiadamia pamiątkowa tablica. Wielokrotnie pisałam o tym domu. Dwa lata temu budynek kupiła Fundacja Brama Cukermana i urządza tam należne mu miejsce pamięci – Dom Bohaterów Getta.

Kilka dni temu podczas porządkowania strychu w skrytce pod podłogą znaleziono hebrajski modlitewnik z 1934 roku, a także opaskę z Gwiazdą Dawida. Szeroko informowały o tym media.

Przy okazji tego niecodziennego odkrycia światło dzienne ujrzało też wiele rzeczy leżących zazwyczaj na strychach i płowiejących w zapomnieniu. Wśród nich takie, które spowodowały, że serce zabiło mi znów dawnym rytmem – moje szpargały z dzieciństwa. I to te wskazujące na silne zainfekowanie miłością do biblioteki – jako instytucji w ogóle, ale i do tej jednej biblioteki, którą założyłam w schowku pod schodami tego domu.

Skarb nr 1:

Podłużny kalendarz biurkowy z roku 1991 pogryziony trochę przez myszy i poplamiony, w którym zachowały się jednak ważne dla ówczesnej „bibliotekarki” informacje. Na ich widok bibliotekarce dzisiejszej oczy zaciągnęły się łzawym sentymentem, bo znalazła tam zapiski:

– Notatka z 12 marca:

Skatalogowałam nareszcie wszystkie książki [z biblioteki pod schodami].

Wiem już teraz, którego dnia, dumna jak paw, zaniosłam do ciemnej komórki pudełka wypełnione kartami – żeby można było (przy uchylonych drzwiach lub świeczce) korzystać z katalogu tego księgozbiorku. Skatalogowałam książki według obowiązujących wówczas zasad – tak jak robiono to w każdej bibliotece, bo czynność tą poprzedziłam lekturą „Przepisów katalogowania alfabetycznego” (przepisałam wtedy całą książkę do zeszytu…)

– Notatka z 28 marca:

Byłam w bibliotece [miejskiej w Będzinie] dostałam 2 dzienniki [biblioteczne] i wypożyczyłam ks: Poradnik Metodyczny „W bibliotece dla dzieci”.

Pamiętam doskonale ten dzień, pamiętam też tę książkę w beżowej okładce. I ekscytację, że wypożyczono mi coś z księgozbioru fachowego. Zrobiłam wtedy szczegółowe notatki w grubym brulionie, który mam do dziś (pisałam o tym tutaj).

Skarb nr 2:

Najsilniejsze wzruszenie wywołał jednak zielonkawy szkicownik z lwem.

Kiedy uchyliłam okładkę jeszcze nie wierzyłam, że to możliwe. Że cudem zachowały się te kartki. Zamigotał świat i znowu byłam dziewczynką, która za pomocą linijki i ołówka próbuje odtworzyć wygląd prawdziwych kart czytelnika do kartoteki swojej prywatnej biblioteki.

Tę pierwszą próbę uznałam za nieudaną – linie wyszły krzywo, a papier był zbyt cienki. Pamiętam, że z niesmakiem zamykałam wtedy ten szkicownik, bo tak kiepsko mi wyszło, a kolejną próbę podjęłam już na kartkach sztywniejszych, z bloku technicznego.

Skarb nr 3

Zeszyt z modą, do którego wklejałam wycinki z gazet i po swojemu komentowałam te trendy. Kto by przypuszczał, że ponownie zobaczę to wszystko za tyle lat!…

Ile razy byłam pod tym domem, kiedy przestałam tam mieszkać – nie zliczę. Pozostał mi bliski i był ciągle obecny – przewijał się w opowieściach o historii miasta i w projektach, które realizowałam z uczniami od połowy lat 2000. Nie było jednak szans, żebym znalazła te wszystkie rzeczy, bo mimo, że przemknęło mi przez myśl, żeby prosić ówczesnego gospodarza o możliwość wejścia na górę i sprawdzenia, czy zostało tam przypadkiem coś mojego, to nigdy nie przetrząsnęłabym tego strychu tak systematycznie jak zrobiła to Fundacja.

(Nie muszę wspominać, że ten strych to było najbardziej tajemnicze miejsce w całym domu? Tak zapalało moją wyobraźnię, że o jego magicznych właściwościach napisałam książeczkę dla dzieci.)

Gdyby więc nie pomysł i plan Fundacji na ten dom, gdyby nie kompleksowe porządki, te rzeczy zniknęłyby bezpowrotnie i nigdy nie mogłabym ucieszyć się nimi powtórnie!

Dziękuję bardzo za ich uratowanie i przekazanie!

Niektórzy pytają, czy coś piszę. Czasami tak.

Na przykład wymyśliłam historyjkę o tym, co działo się w mieszkaniu na drugim piętrze kamienicy w Będzinie, kiedy my byliśmy na dole, na podwórzu. Tam, w ramach Nocy Muzeów, dosyć pokaźnej grupie ludzi opowiadałam dzieje Stanisława Wygodzkiego. Tyle, że historię tę zrozumieją tylko osoby, które znają tragiczną historię pisarza.

„W jakimś domu okno, a za nim…”

Przez uchylone okno dobiegał narastający gwar. Ktoś wchodził z ulicy, przez bramę, na podwórze naszej kamienicy. Zdążyłem jeszcze wyłączyć lampkę na biurku i stanąłem tuż za firanką.

Na dole gęstniał tłum zwrócony twarzami ku torom kolejowym, które biegły w dole nasypu, tuż za budynkami. Ludzie zatrzymali się w połowie podwórza i ustawiali w półkolu. Na środku, przed nimi, dwie osoby rozciągnęły prostokąt białego płótna – jaśniał tam, gdzie mała biegała dziś za piłką…

Coś błysnęło i na tej tkaninie ujrzałem nagle zmieniające się obrazy. Było tam nasze miasto, okładki jakichś książek. I to kolorowe! A wtem – nazbyt znajoma twarz!

Za sobą usłyszałem szelest. Żona stała w drzwiach. Miała na rękach Minkę, która długo nie mogła usnąć – jeszcze chwilę temu słyszałem jej dziecięcy głosik. Teraz leżała uśpiona w ramionach Anki. Tuliła lalę, którą dostała na urodziny.

Spojrzałem w dół i zamarłem. Ludzie na podwórzu ani drgnęli. Przed nimi falowała na wietrze, na tym chwilowym ekranie, fotografia córki, którą zrobiliśmy jakiś czas temu, i która teraz stała u mnie na biurku. Anka, widząc moje podekscytowanie, podeszła bliżej. Uśmiechnęła się i położyła mi głowę na ramieniu. Zamknęła oczy i przez chwilę zdawało mi się, że i ona usnęła.

Niemy film. Tak pomyślałem o tym, co na dole. Ale to nie było to. Bo nagle, bardzo wyraźnie, usłyszałem głos kobiety, która do tego tłumu mówiła:

– 13 stycznia 1907 roku w Będzinie świat powitał Szyja Wygodzki. Zostanie pisarzem.

Zamknąłem okno i poszedłem z Anką do pokoju Minki. Delikatnie ułożyliśmy ją na łóżku.

„Gdybym miał ciebie przytulić, jak ty swoją lalkę,/gdybym miał ciebie w kołdrę owinąć, jak ty swoją lalkę (…)” – ciągle zapisywałem w głowie, później dopiero na kartce.

Kiedy wróciłem do gabinetu ludzie opuszczali już podwórze. Kobieta, która mówiła, szła ostatnia. Spojrzała w górę, ale przecież nie mogła mnie dostrzec w ciemności.

W końcu na dole nie został nikt z tych, co wiedzieli o mnie już wszystko. To, co dopiero musiałem przeżyć.

„A potem tak cicho w podwórzu,/ a w domach tak ciemno wieczorem…”


W tekście użyłam fragmentów wierszy Stanisława Wygodzkiego: „Okno”, „Dziewczynka z lalką”, „Imiona złowróżbne”.

16 maja 2026 r. po godz. 21.20 w podwórzu kamienicy przy ul. Sączewskiego 13 w Będzinie, gdzie przed wojną mieszkał Stanisław Wygodzki z żoną Anką (Frymetą) i córeczką Miną (Inką), opowiedziałam o losach pisarza.

Opowieść rozbrzmiała w ramach „Spaceru śladami dawnych sąsiadów” – wydarzenia Fundacji Brama Cukermana z okazji Nocy Muzeów. Wizualizacje: Iza Grauman

Fot. Piotr Jakoweńko, Grzegorz Onoszko, Katarzyna Siwiec-Matysiak.

To jest to miejsce.

W dzieciństwie nie było innego, w którym byłabym szczęśliwsza.

Pod tymi schodami, jako mały brzdąc, założyłam bibliotekę dla koleżanek i sąsiadów. Regał był ze śmietnika, a książki wycyganione od kogo mogłam. Wszystko było tu naprawdę: sygnatury, karty książek, czytelników i inwentarz. I świeczka, bo nie było światła.

W Dniu Bibliotekarza i Bibliotek mogę napisać, że te dwa magiczne słowa na literę B ustawiły moje życie. Dzięki nim zaplotłam w codzienność miłość do książek i fascynację pracą z czytelnikiem.

A kiedy praca jest jednocześnie pasją – to wiele w życiu ułatwia.

Pracownikom bibliotek życzę dziś, żeby stał się cud i przestrzenie między bibliotecznymi regałami zapełniły się czytelnikami. Niech kawa stygnie! 😉

O tym czarownym miejscu, w którym zaczęłam realizować marzenia bibliotekarskie pisałam też na blogu:

https://bibliog3.wordpress.com/2024/05/08/drzwi-do-szczescia/

W 1962 roku w „Czytelniku” ukazały się „Opowiadania z przeszłości” Zalmana Wendrowa. Teksty ze zbiorów opowiadań: żydowskiego i rosyjskiego przetłumaczył Stanisław Wygodzki.

Opowiadania z tego wydania (np. „Tajemnicze zniknięcie Pawlika” czy „Ulica Kowalska”) przypominają klimat „Basów” – mikropowieści Wygodzkiego wydanej w 1965 r., a więc ledwie trzy lata po książce Wendrowa.

Czy Stanisław Wygodzki, opisując świat będzińskiego Podzamcza, inspirował się tekstami, w które – jako tłumacz – musiał wniknąć? Jeżeli nie z rozmysłem, to pewnie podświadomie.

I u Wendrowa, i u Wygodzkiego wiele wspólnych spostrzeżeń, a i unosi się nad nimi podobny sposób odwzorowania rzeczywistości. Żydowski świat początków XX wieku został bezpiecznie przechowany w pamięci dziecięcej dającej paliwo literackie dorosłym już pisarzom.

W „Ulicy Kowalskiej” narratorem jest chłopiec opisujący barwne życie biednej dzielnicy żydowskiej, gdzie chadza do kolegów. Ich „ojcowie byli furmanami, kowalami, kołodziejami, bednarzami, szewcami, a matki kobietami wypiekającymi obwarzanki, hodującymi kury lub służącymi w cudzych domach.”

Podobną perspektywę narracji przyjął w „Basach” Wygodzki. Zacznie rozwinął jednak wątki, bo np. „Ulica Kowalska” to liczące zaledwie siedem stron opowiadanie, zaś „Basy” to ponad stustronicowa narracja, najsłynniejszy prozatorski utwór Wygodzkiego. Piękny i cenny, bo utrwalił w nim obraz przedwojennego żydowskiego Będzina, którego duch bez tej opowieści byłby nie do odtworzenia.

Niedościgły.

Czarodziej słowa, mistrz dysput o zwykłych ludziach, które prowokują do wyobrażania sobie całej złożoności świata.

„Słowo jest magnesem” – twierdził. „Człowiek jest istotą opowiadającą. Człowiek musi się opowiedzieć.”

„Na traktat zasługuje najbardziej podła codzienność i każdy człowiek, i każde zdarzenie” – mówił w wywiadzie emitowanym 17 stycznia tego roku w TVP Kultura.

Dziś zmarł Wiesław Myśliwski, któremu polscy czytelnicy przepowiadali co roku literackiego Nobla. Żal, że nie mógł się nim ucieszyć.

Będzie teraz opisywał pogaduszki przy darciu pierza o utrzymywaniu w czystości skrzydeł, notesy z wykazami dusz, po które trzeba zejść na ziemię. Takie proste sprawy niebieskie.

Dziś każdy o nim, każdy z nim. A jak komuś nie było dane stanąć obok, to wchodził w jego słowa, cieszył się nimi. Czasami podbierał. Zdanie z jego „Ostatniego otwarcia” pożyczyłam na cytat otwierający mój debiucik.

„Kim jesteśmy, to nie znaczy, czego doświadczyliśmy, przez jakie radości, troski, rozpacze przeszliśmy, przez jakie marzenia, pragnienia, niespełnienia, rozczarowania, zawody. Lecz na ile to wszystko przybliżyło nas do zrozumienia, czym jest nasz los. Los nie jest nam bowiem dany z tytułu urodzenia, dane nam jest tylko życie. Los natomiast to zdolność wyobrażenia sobie naszego życia w wymiarach przeznaczenia. A to bardzo trudne i może nie każdego na to stać.”

Jaką prawdę o śmierci pomyślał przed śmiercią?

Fot. IT

Najgorsze w tej książce jest to, że tak szybko się kończy.

Różnych rzeczy próbowałam, żeby temu zapobiec:

udawałam, że pilnie muszę czytać coś innego, brałam zlecenia i znad klawiatury łypałam na obraz Ewy Kuryluk, który zdobi okładkę „Książki o (nie)czytaniu” Justyny Sobolewskiej (Iskry, 2025).

Każdy uzależniony lubi taplać się w swoim uzależnieniu, więc i ja – ciężka książkoholiczka nierokująca na zdrowienie – z lubością czytałam o takich, dla których słowo pisane to też całe życie. O czytaniu, co może być szczęściem – lub udręką.

Jakimś sposobem nie wpadło mi w ręce poprzednie wydanie tej książki („Książka o czytaniu, czyli resztę dopisz sam”, Iskry 2012). Po lekturze obecnego wydania zmienionego powinnam o tym poprzednim napisać raczej: „Czytałam – ta książka zmieniła moje życie!” Wtajemniczeni będą wiedzieli.

Dużo tropów, smaczki, moc ciekawostek. I jakie czytelnicze zaplecze! Lubię lektury, które generują lektury kolejne, a ta właśnie taka jest. I najlepsze, że to będą kolejne czytadła o czytaniu.

Książkę testowałam w różnych okolicznościach – czytałam ją na przykład, mając 40 stopni gorączki. Nawet wtedy trudno było mi się od niej oderwać. Takie lektury osładzają gorzkawą przeszłość mojej historii osobistej – pobłażliwego lekceważenia dziesięciolatki, która w schowku pod schodami założyła swoją pierwszą bibliotekę, każdą książkę uważając za cud świata. (Pisałam o tym tutaj: https://bibliog3.wordpress.com/2024/05/08/drzwi-do-szczescia/)

Justyna Sobolewska „Książka o (nie)czytaniu”. Wydawnictwo Iskry, 2025.


A o moim zeszycie książek przeczytanych (prowadzonym od 1990 roku) pisałam tu: https://bibliog3.wordpress.com/2020/11/17/zeszyt-do-ksiazek/

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij