Feeds:
Wpisy
Komentarze

Zeszyt do książek

Prowadzę go od 30 lat.

Tom 1 i 2 - zeszyt książek przeczytanych. Na pierwszej stronie - cytat z Makuszyńskiego.

Tom 1 i 2 zeszytów książek przeczytanych. Na pierwszych stronach obu: cytat z Makuszyńskiego.

W maju 1990 roku pomyślałam, że fajne byłoby zapisywać, co wypożyczam (czyli czytam). Wtedy było to dla mnie równoznaczne, dopiero później stałam się czytelnikiem bardziej świadomym i wybrednym – do tego stopnia, że założyłam też zeszyt książek, które czytać co prawda zaczęłam, ale z różnych przyczyn nie skończyłam.

Na początku była tylko tabelka, ale już pół roku później postanowiałam zrobić sobie więcej przestrzeni na notatki. Pisałam skąd książkę zdobyłam, kiedy zaczęłam i skończyłam czytać, notowałam też liczbę stron i informację o treści.

W kolejnych latach ciągnęłam oczywiście numerację, żeby wiedzieć nie tylko, ile przeczytałam w danym roku, ale też ile ogółem od początku spisywania. Żal mi było tylko tego, czego nie zanotowałam wcześniej, a wiem, że było tego trochę…

Przeglądam te zapiski i cieszę się, że starczyło mi samozaparca, żeby je prowadzić. Uśmiecham się też do siebie, kiedy widzę młodzieżowego „Dzikusa” Żółkiewskiej, a zaraz po nim „Wykaz działów katalogu rzeczowego dla bibliotek dziecięcych”. Albo „Pollyanna dorasta” na deser po pozycji obyczajowo-przygodowej 😉 „Klasyfikacja i katalog rzeczowy” Sawoniaka. Zanotowałam, że tę ostatnią pożyczyła mi „p. istruktor”, czyli Janina Mirosławska, późniejsza dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej (obecnie to Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie).

Potem było już tylko lepiej: „Poradnik kierownika punktu bibliotecznego” albo „W bibliotece dla dzieci. Poradnik metodyczny”. Jak wiecie, już od najmłodszych lat mój cel był jasno określony, a to tylko dowód na to, że sukcesywnie go realizowałam. (O tym, jak w dzieciństwie stworzyłam sobie bibliotekę w schowku na pajęczyny pisałam tutaj.)

O tych zeszytach opowiedziałam ostatnio na lekcji w klasie siódmej. Następnego dnia zjawił się u mnie uczeń z tej klasy. Czyta o wiele więcej, niż ja w jego wieku. Poprosił mnie o kilka książek. Zdziwiona spytałam, czemu chce je wypożyczyć ponownie – przecież niedawno je oddawał? Trochę się zmieszał, a potem pokazał mi zeszyt. – Też chcę notować przeczytane książki, tak jak pani…

Wiecie, że się wzruszyłam?

Te zdjęcia są dla niego. ❤

16 października moja szkoła zamieniała się podczas przerw w wielką czytelnię – braliśmy udział I Międzynarodowej edycji V Ogólnopolskiej akcji „PRZERWA NA CZYTANIE”.

Wszystkie klasy chętnie dołączyły się do przedsięwzięcia: pierwszoklasiści słuchali, jak nauczyciele czytają im w klasach, niektórzy czytali w bibliotece, inni na szkolnych korytarzach.

Młodzież czytała ulubione książki przyniesione z domu, wypożyczone z biblioteki lub wykorzystała ten czas, żeby zatopić się w lekturze… swoich lektur obowiązkowych. 😉

Dla wielu uczniów piątkowe przerwy nie różniły się od przerw w innych dniach, bo są tacy, którzy codziennie wykorzystują każdą wolną chwilę, żeby czytać!

Wydarzenie odbyło się w ramach Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych oraz kampanii społecznej Cała Polska Czyta Dzieciom.

Organizatorem akcji jest Biblioteka Pedagogiczna Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wielkopolskim.

Króki filmik z czytania na parterze: Przerwa na czytanie SP8

O naszej akcji napisały też „Aktualności Będzińskie”:

„Aktualności Będzińskie” nr 10/2020

Nike dla Raka

Najważniejsza nagroda literacka w Polce – Nike w Światowym Dniu Zwierząt trafiła do Radka Raka(!) – weterynarza(!), za książkę „Baśń o wężowym(!) sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” (Wyd. Powergraph, 2019).

Przed odczytaniem laudacji przewodniczący jury Paweł Próchniak powiedział, że od pierwszego zdania wszystko stanie się jasne, a potem zaczął:  „Ta książka to klechda, i jak każda klechda jest tryumfem wyobraźni, (…) snuje historie nie z tej ziemi (…). Jest świadomie staroświecka i nowocześnie groteskowa.”

Recenzje książki Radka Raka przeczytacie m.in. tutaj i tutaj.

Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Prowadząca galę Grażyna Torbicka ze zwycięską książką. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Czytelnicy przyznali swoją Nike Joannie Gierak-Onoszko za reportaż „27 śmieci Toby’ego Obeda” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2019). Wiele osób miało nadzieję (w tym ja), że powtórzy się ubiegłoroczna historia, kiedy Nike czytelników pokryło się z wyborem jury konkursu. Nagrody odebrał wtedy Mariusz Szczygieł za zbiór reportaży „Nie ma” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2018). W wywiadzie udzielonym przed rozpoczęciem gali Mariusz Szczygieł wyraził wątpliwość, że czwarty raz z rzędu Nike zdobędzie książka non-fiction i jak widać – miał nosa… (Przed Szczygłem Nike zgarnęli: w 2018 – Marcin Wicha za zbiór esejów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, w 2017 – Cezary Łazarewicz za reportaż historyczny „Żeby nie było śladów”.)

Joanna Gierak-Onoszko z nagrodą Nike czytelników. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

„27 śmieci Toby’ego Obeda” to niełatwa lektura. Wielu osobom trudno przez nią przebrnąć, bo nie da się spokojnie czytać o tym, co kiedyś działo się w kraju, który światu kojarzył się wyłącznie dobrze.

Po przeczytaniu reportażu Joanny Gierak-Onoszko z flagi Kanady spadł liść klonu. Niczym listek figowy zasłaniał dotąd udręczone twarze dzieci, rdzennych mieszkańców tamtych terenów siłą odebranych rodzinom, rozdzielonych z tradycją i kulturą. 

Lektura tej książki to niezliczona ilość śmierci – umieramy bowiem nie tylko dwadzieścia siedem razy, jak tytułowy bohater Toby Obed, ale ciągle od nowa, zagłębiając się w historie tych, którzy mieli trafić pod opiekę ludzi Boga, a skończyli w ramionach potworów.

Mistrzostwo tej narracji polega na prostocie języka i oszczędności słów, co zostawia nam miejsce na przypływ emocji. W ich natłoku łatwo pójść na dno, szczególnie zaś wtedy, kiedy potwierdza się znany przecież porządek świata, że ofiara łatwo staje się oprawcą.

I nie wiadomo tylko, czego się chwycić, żeby w tych emocjach nie utonąć, a ocaleć, dając znów wiarę, że kiedyś nie będzie już bólu i cierpienia tam, gdzie powinna być wyłącznie miłość.

Maliny u sąsiada

Od lat mam w bibliotece gliniany dzban. W gimnazjum ozdabiał regał z czasopismami, w podstawówce stoi na posterunku przy beletrystyce. Musiał czekać wiele lat, nim nadeszła jego chwila. Wczoraj zagrał pierwsze skrzypce w krótkim filmie o dwóch siostrach, co poszły zbierać do lasu maliny. Całe szczęście, że mam uczniów chętnie angażujących się w realizację pomysłów, które przychodzą mi do głowy!

Najpierw była więc ta czołówka – że ostatnią literkę w tytule „Balladyna” zagra malina.

Potem maliny wypełniły dzban z ciemnej gliny, ogród przy szkole (który za moich czasów był ogródkiem warzywnym!) zagrał z powodzeniem las. Maliny były już nagrane w dłoniach dziewczyn i w naczyniu, brakowało tylko takich prawdziwych – prosto z krzaczka. Dumając za ladą biblioteczną, gdzie możemy się udać, żeby nakręcić sceny zrywania owoców… zobaczyłam przez okno, że tuż przy szkolnym boisku sąsiad obrywa w swoim ogródku… Zgadliście. Jak to blisko można zobaczyć na filmiku – za plecami Aliny podczas zrywania malin widać budynek naszej szkoły, który notabene pięknie zagrał… dom sióstr. 😉

Oto efekt naszej dwudniowej pracy i wkład w tegoroczne Narodowe Czytanie.

Bardzo dziękuję Lenie, Marysi i Oskarowi za zaangażowanie w realizację tego przedsięwzięcia! ❤


O naszym filmiku napisano na stronie „Będzin: Miejski Portal Informacyjny”:

https://www.bedzin.pl/aktualnosc-2-3500-narodowe_czytanie.html

Informację umieszczono też w „Aktualnościach Będzińskich”, nr 9/2020, str. 9

 

W czasach studenckich Ligonia 7 w Katowicach to był istotny adres. Spędzałyśmy tam z koleżankami długie godziny nad niedostępnymi gdzie indziej książkami, skryptami, czasopismami. Lubiłyśmy tę czytelnię Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, bo zamawiane tytuły były dostępne od ręki. Niestety, zbiory biblioteki połączono wkrótce z nowo otwartą wtedy Biblioteką Ślaską, i szybki dostęp się skończył. Skończyło się również tanie kserowanie, bo w piwnicznym punkcie mogłyśmy zawsze odbić to, nad czym nie chciało nam się ślęczeć w czytelni, czyli na niezwykle ważne egzaminy powielać setki stron skryptów o wątpliwej jakości druku.

Dziś byłam w tym budynku odebrać najnowszy, czerwcowy numer Miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk”. Jest w nim mój artykuł o Dorze Reym, o której pisałam już w książce „Babiniec. Herstoria będzińska”.

Ci, którym nie chciało się czytać długiego rozdziału mają teraz możliwość zapoznania się z krótszą wersją historii będzinianki, której udało się przeżyć i getto będzińskie, i obóz koncentracyjny.

Artykuł dostępny jest tutaj:  Niezwykły przypadek Dory Reym.

Spis treści najnowszego numeru.

Przed wojną w Będzinie urodził się Stanisław Wygodzki. W maju minęła kolejna rocznica jego śmierci – zmarł w 1992 roku w Giwataim (koło Tel Awiwu w Izraelu).

Informację o śmierci Wygodzkiego (z błędną datą – zmarł 9 maja) przedrukował regionalny magazyn „Ekspres Zagłębiowski”, nr 7-8/1992, str. 2.

Wygodzki zaczął pisać w latach 30. XX wieku, a szczyt popularności jego twórczości przypadł na lata 50. i 60. Tworzył wiersze (wydał 9 zbiorów poezji), prozę, ale też opowiastki dla dzieci. Był recenzentem, tłumaczem, autorem reportaży i scenariuszy.

Jak wysoko ceniona było jego pisarstwo można przekonać się, przeglądając wydaną w 1957 roku broszurkę „Pisarze Polski Ludowej”. Sylwetka poety i prozaika z naszego miasta prezentowana jest tam razem z takimi tuzami literatury polskiej jak Tadeusz Konwicki, Stanisław Lem czy  Tadeusz Różewicz.

Adam Tatomir „Pisarze Polski Ludowej. Wybór sylwetek poetów i proziaków”. Warszawa 1957, s. 8-9.

Po wojnie Wygodzki opublikował tomik poezji „Pamiętnik miłości” (1948), za który dostał nagrodę Związku Literatów Polskich. Wiersze te, których nie sposób czytać bez wzruszenia, stanowiły pożegnanie z rodziną i były niejako rozrachunkiem z czasem wojny, w której stracił wszystkich bliskich. Podczas wywózki z getta w Będzinie podał sobie, żonie i czteroletniej córeczce luminal. Anna i Mindel zmarły, a do Auschwitz dojechał tylko on, bo jego dawka specyfiku okazała się zbyt mała na wieczny sen.

Do 1939 roku Będzin to było jego miejsce na ziemi. Po wojnie jednak tutaj nie wrócił, można sobie wyobrazić dlaczego. W jednym z opowiadań pisze o tym, co nie przestawało go dręczyć:

Gdyby wam wskazano, że oto tamta kobieta otruła swego syna w obawie, aby nie cierpiał w kaźni niemieckiej, czy mielibyście odwagę zapytać o to, co myśli, co czuje, gdy wspomina ten czyn? Czy zapytalibyście, jak czyn ów rozważa w swojej myśli nocą, gdy jest samotna? [„Ubranie”. W: „Upalny dzień”, Warszawa 1960, s. 254.]

Z drugą żoną Ireną i dwójką dzieci (Adamem, Ewą) osiedlił się w Warszawie. Wyjechał z Polski w 1968 roku, ale nigdy nie przyzwyczaił się do życia w Izraelu. Tęsknił za swoją ojczyzną, czemu dawał wyraz w poezji. Tak pisał w wierszu „64” z tomu „Drzewo ciemności” (Londyn 1971):

Raz tam być przejazdem –

wierzby, lipy, brzozy,

skrzyp chłopskiego wozu,

mgłą zasnute gwiazdy.

[…]

Tam drzwi zaparte kłodą

na opuszczone pokoje

i tam, w milczeniu, postoję

dla nieskończonych powodów.

[Cytat za: Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 43.]

Od 1970 roku jego twórczość była w Polsce zakazana, więc z bibliotek masowo wycofywano zbiory prozy i poezji sygnowanych nazwiskiem Wygodzkiego. Nie przetrwało ich dużo, można więc uznać, że każdy ocalony egzemplarz jest dziś w jakiś sposób cenny.

Napisał wiele opowiadań, w których porusza tematykę Holocaustu, ale w swoich tekstach wraca też do Będzina sprzed wojny, z czasów młodości i dzieciństwa. Dzięki tym obrazom przelanym z pamięci na papier mamy możliwość przyjrzenia się miastu sprzed stu lat. Opisuje na przykład, jak wyglądało życie na Podzamczu, gdzie mieszkał.

Podzamcze w Będzinie. Źródło zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe: https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/jednostka/-/jednostka/5928674

To miejsce było wówczas inne niż obecnie: teren przy zamku i wzdłuż Przemszy był dosyć gęsto zabudowany. Mieszkali tam głównie ubodzy mieszkańcy pochodzenia żydowskiego, w przeciwieństwie do tych majętnych, którzy zajmowali reprezentacyjne kamienice przy ul. Małachowskiego. Choć była to dzielnica przeludniona, nędzna i raczej nieatrakcyjna, to we wspomnieniach Wygodzkiego jawi się jako klimatyczna, swojska. To pewnie także za sprawą czaru dzieciństwa, dzięki któremu każde miejsce – nawet i najbrzydsze na świecie –  zostaje opisane przeważnie w sposób pozytywny.

Jest w Będzinie zapomniana uliczka na terenie byłego getta będzińskiego, której w 2017 roku miasto nadało miano Stanisława Wygodzkiego. Idę o zakład, że mało który z jej mieszkańców wie, kto zacz, ten Wygodzki.

Widok na ulicę Stanisława Wygodzkiego od strony ulicy Rutki Laskier.

Jeden z przedwojennych domów przy ul. S. Wygodzkiego. Mieszkałam naprzeciw w domu, którego już nie ma.

Tuż obok, na ulicy Rutki Laskier, Wyzwolenia czy Wilczej mieszkają nasi uczniowie. Pewnie nie przypuszczają nawet, że pisarz przez pewien czas tam pomieszkiwał. W czasie wojny został wysiedlony ze swojego mieszkania przy ul. Sączewskiego 13, przenosił się kolejno na ul. Kołłątaja, potem Podjazie, by wylądować ostatecznie na Wilczej, o której wspomina nawet w wierszu „Kamionka”:

Dom przy ul. Sączewskiego 13, gdzie przed wojną mieszkał Stanisław Wygodzki.

Fragment ulicy Wilczej.

Obrazki z ulicy Wilczej.

Widok z końca ul. Wilczej na pola ciągnące się za Kamionką w kierunku sosnowieckiej Środuli, gdzie w czasie wojny również znajdowało się getto.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku szkolnym uda mi się przeprowadzić z naszymi uczniami cykl lekcji o pisarzu. Początkiem niech będzie to nagranie, w którym czytamy fragment opowiadania „Basy”. To jedno z tych, w którym Wygodzki przedstawia nam Będzin, jakiego do tej pory nie znaliśmy.

[Fragment „Basów” czytają uczniowie, którym bardzo dziękuję za udział w przedsięwzięciu: Alicja Ferdyn, Lena Stachera, Maria Wilk, Aleksander Zagórny.]

Już w 2010 roku Wojciech Grabowski zrealizował film „Wspomnienie z Będzina”, w którym wykorzystano fragment opowiadania „Szatanek” S. Wygodzkiego:

 

Przy pisaniu tekstu korzystałam m.in. z artykułów:

Monika Szabłowska-Zaremba „Tragarz pamięci” – rzecz o Stanisławie Wygodzkim. W: „Ślady pamięci”. Kraków 2010, s. 213-230.

Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 37-49.

 

O Stanisławie Wygodzkim pisałam też tutaj.

Cała Polska czyta dzieciom o zwierzętach. A ja czytam też sobie. Jak to zazwyczaj bywa, do rąk przez zupełny przypadek trafił mi odziedziczony po bibliotece gimnazjalnej egzemplarz “Dżolly i s-ka” Antoniny Żabińskiej (Czytelnik, 1950). Twarda oprawa introligatorska z płóciennym wykończeniem uratowała go przed rozpadem, trwa więc w dobrym stanie jeszcze dziś, 70 lat po wydaniu.

„Dżolly” trafił ówczesnej SP nr 5 w Będzinie „Za pomyślne wyniki w nauce”…

Książkę opublikowano po raz pierwszy w roku 1939. Potem zaś historia warszawskiego zoo oraz państwa Żabińskich potoczyła się w sposób nieprzewidywalny, ale o tym niżej.

W tej niezwykłej rodzinie najwięcej o zwierzętach napisał oczywiście Jan Żabiński, mąż Antoniny, dyrektor stołecznego zoo od 1929 roku. Był zoologiem i fizjologiem, spod jego pióra wyszło ponad 60 książek popularnonaukowych. Niektóre z nich, wydawane głównie w latach 50. XX wieku, stoją jeszcze pewnie na półkach wielu bibliotek szkolnych, ocalone przez bibliotekarki, które znają ich wartość.

Antonina Żabińska po “Dżollym” opublikowała dla najmłodszych jeszcze dwie książki o zwierzętach: Rysice(1948) i “Borsunio” (1964). W 1968 Czytelnik wydał jej wspomnienia “Ludzie i zwierzęta”. To na ich podstawie Diane Ackerman oparła swoją książkę „The Zookeeper’s Wife” (2007), której polskie tłumaczenie ukazało się w 2009 roku pod tytułem “Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”.

Ten tytuł mówi wszystko. Podczas wojny, kiedy niektóre zwierzęta z zoo zginęły, inne zostały przetransportowane do Niemiec, Żabińscy otworzyli na terenie zoo hodowlę świń na potrzeby gestapo. Było to doskonałe alibi, bo pod tą przykrywką ukrywali  zbiegłych z getta Żydów. Cała ta historia była tak niezwykła, że w 2017 roku doczekała się wreszcie zasłużonej ekranizacji. Trzeba też dodać, że w 1965 za tą szczególną pomoc Żabińscy otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Ale wracając do “Dżollego” – z tych krótkich opowiastek o małych mieszkańcach zoo, które z jakichś powodów muszą trafić na przechowanie do domu dyrektorostwa i pielęgnowane są z wielkim wyczuciem i miłością przez Antoninę, bije jakaś sielskość tamtych czasów. Zieleń lat trzydziestych ubiegłego wieku zdaje się być bardziej soczysta niż dziś, zapachy bardziej intensywne i życie jakieś bardziej prawdziwe, skupione na czynnościach podstawowych i ważnych, których nie rozpraszają wynalazki naszych czasów.

Bohaterowie to kolejno: Dżolly – nowo narodzona hienka, której nie chciała karmić matka (a wykarmiła żona dyrektora), i która stała się ulubieńcem rodziny, mały lew o imieniu Kali, którego zbyt mocno przygniotła łapą lwica, szympansica Lusia, lamparcica Kleo, która przybyła z Angoli i musiała się zaklimatyzować, więc dyrektorostwo decyduje zabrać ją do ogrodu przy domu. Jest też dog – Dora, i koza – Białka. Między tą menażerią kręci się ktoś szczególny, co prawda o zwierzęcym imieniu, ale to istota ludzka – mały Ryś – wówczas trochę ponad roczny synek Antoniny. Jak sama napisała – nadała mu takie imię, bo pierwszym jej sukcesem w zoo było ocalenie dwóch rysiczek. Małego trzeba było ciągle pilnować, żeby zwierzęta nie zrobiły mu krzywdy i żeby nie wpakował się w jakieś tarapaty. Szczególnie rozczuliło mnie zdjęcie, na którym Ryś ściska się z Lusią.

Ryś i Lusia. Foto w: Antonina Żabińska „Dżolly i s-ka”, Warszawa 1950, s. 32.

Opowieści Antoniny Żabińskiej pisane są przepięknym językiem, obrazowym, plastycznym, wypływają z czułości i miłości do zwierząt, a po trosze pewnie z jej charakteru: łagodnej stanowczości, która pozwalała jej oswajać dzikie stworzenia. Książka kończy się nagle, i pewnie nie tak, jak spodziewa się czytelnik…

W Ninatece znalazłam krótki fragment kroniki filmowej – stadko lwów z warszawskiego zoo i ich treser, który daje im lekarstwa. Z dużym prawdopodobieństwem to ten sam opisany w “Dżollym” człowiek – film jest z 1937 roku, a wtedy mniej więcej musiała powstawać książka. W materiale widać nawet wspomnianą w tekście “rózeczkę”. Niestety, to pewnie też te same lwy, które w w czasie wojny musiały zostać odstrzelone, podobnie jak inne groźne zwierzęta…

Warszawskie zoo posiada również swojego trenera, który zaczął właśnie pracę z grupą młodych lwów. Z początku lewki przyjęły nowego przybysza z podejrzliwą nieufnością i strachem, lecz szybko oswoiły się z jego szczupłą i giętką sylwetką, łagodnym, stanowczym głosem i spokojnymi ruchami. Od chwili zjawienia się czarnowłosego chłopca z cienka, krótką rózeczką w ręku, przebywanie na wybiegu, pełne nudy i jednostajności, przerywanej drzemką i jedzeniem, stało się pasmem nowych wrażeń, niekiedy pełnych napięcia i uwagi, a niekiedy wesołych i beztroskich. („Dżolly i s-ka” Warszawa 1950, s. 40-41.)

Trwa XIX Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom – w tym roku pod hasłem „Cała Polska czyta o zwierzętach”. Organizatorem i pomysłodawcą wydarzenia jest oczywiście znana i  zasłużona Fundacja ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom.

Przygotowałam dla uczniów i rodziców ściągę z opowiadaniami, wierszami, animacjami i opowieściami innych o zwierzętach właśnie, które można znaleźć w sieci (niezwykle interesująco o zwierzętach opowiada dr Dorota Sumińska).

Proszę wejść na poniższy link i wybrać z padletu interesujący materiał. Miłego oglądania i słuchania!

(https://padlet.com/itumas1/dlhhs7wrx6s49z71)

Made with Padlet

 

Kto pamięta te charakterystyczne maleństwa? Chyba już tylko ci, co urodzili się w latach 80. lub wcześniej.

Tę słynną serię „Z wiewiórką” zainicjowało Biuro Wydawnicze Ruch, a kontynuowała Krajowa Agencja Wydawnicza. Wydawana była w latach 1970-1989, ukazało się 118 tytułów, a łączny nakład tych książeczek wyniósł aż 34,6 miliona egzemplarzy!

Dedykowana była najmłodszym, a „książeczki” to w tym przypadku odpowiednie słowo, bo wszystkie miały mały format, akurat do dziecięcej dłoni –  jedynie 13×14 cm.

Okładki projektował (w większości) Janusz Stanny, wybitny polski rysownik, laureat licznych nagród. Każda książeczka miała na czwartej stronie okładki charakterystyczne czarne logo. Takie samo, w żółtym kolorze, znajdowało się na stronie tytułowej.

A w środku wiersze, rymowanki i opowiadania – głownie autorów o ugruntowanej pozycji literackiej, ale i zdarzali się również współcześni, debiutujący.

W każdej książce zachowywano odpowiedni stosunek – na jedną stronę tekstu przypadała jedna ilustracja. Liczba stron również pozostawała stała – zawsze było ich 24.

Ilustracja: Tomasz Bogacki. W: Ewa Kańska „Braciszek”, KAW 1982.

Przeglądając te tytuły czuję się niezwykle – na widok niektórych ilustracji przenoszę się nagle w czasie. Okazuje się, że dobrze pamiętam te obrazki z dzieciństwa, czasami nawet bardziej od towarzyszących im tekstów, a to znaczy, że ilustracje pozostają ważnym (najważniejszym?) elementem w książkach dla najmłodszych.

Przez częste oglądanie, czytanie i zapamiętywanie nabywają niezwykłej mocy przywracania nam w przyszłości tego, co wydawało się utracone bezpowrotnie.

Informacje o serii zaczerpnięte z:

„Nowy słownik literatury dla dzieci i młodzieży”. Warszawa 1979.

Elżbieta Jamróz-Stolarska „Serie literackie dla dzieci i młodzieży w Polsce w latach 1945-1989. Produkcja wydawnicza i ukształtowanie edytorskie”. Warszawa 2014.

Dawno temu, kiedy miałam jeszcze niskie biurko biblioteczne, uczniowie siadywali po jego drugiej stronie i obserwowali jak okładam książki w folię. Niektórzy włączali stopery i mierzyli, ile czasu zajmuje mi obłożenie jednej. Mówili: muszę zapamiętać jak to się robi i obłożę sobie wszystkie podręczniki! Później przychodzili pokazać efekty swojej pracy.

Z myślą tego nagrania nosiłam się więc już od lat. Rok temu nagrałam filmik, ale dopiero teraz dokończyłam montaż instrukcji mojego sposobu na wykonanie okładki foliowej dla książki.

Uprzedzam pytania: nie, żadna książka nie została nigdy uszkodzona przy nacinaniu folii. Lata wprawy. 😉

Ten dziwny czas, kiedy bibliotekarze są w pracy, ale uczniów brak, będzie może okazją do nadrobienia zaległości okładkowych.

Voilà!

A tutaj można podejrzeć, jak dawno temu wyglądało to stare biurko i podglądający moją pracę ;-).