Feeds:
Wpisy
Komentarze

Cuda na kiju – właśnie to można znaleźć w niektórych inwentarzach bibliotek szkolnych. Chodzi oczywiście o te tradycyjne księgi, które towarzyszą księgozbiorowi od początku, czasami już wiele dziesiątek lat.

Artykuł w „BwS” nr4/2021

Wpisy robiono wtedy jeszcze atramentem, piórem ze stalówką, pismo jest zazwyczaj piękne i zachwyca starannością, za to zdumiewa kwiatkami, które sprawne oko współczesnego bibliotekarza z łatwością wypatrzy.

Podmiana książek na inne egzemplarze, skreślanie  istniejących numerów ubytków i ich ponowne ubytkowanie, pomijanie wielu numerów inwentarzowych na dziwne podsumowania itp.

W najnowszym numerze czasopisma „Biblioteka w Szkole” (nr 4/2021) piszę właśnie o takich przypadkach. Zarówno poprzednia biblioteka, w której pracowałam (gimnazjum), jak i obecna (szkoła podstawowa) nie ustrzegły się przed podobnymi błędami.

Nie powinny się zdarzyć, ale ponieważ zdarzyły  – późniejsi pracownicy mają czasami niezłe zagwozdki z wyprowadzeniem stanu księgozbioru. Lekarstwo jest jedno: skomputeryzować wreszcie bibliotekę i podawać stan faktyczny opierając się na podpowiedzi programu. Zazwyczaj działa. 😊

Najmłodsi uczniowie po raz drugi w tym roku szkolnym musieli przejść w tryb nauczania zdalnego. Starsi od listopada walczą ze sprzętem i własną niechęcią do tego typu nauczania. Wiadomo, że wcale im się ono nie podoba, bo woleliby spotykać się w klasie z rówieśnikami i nauczycielem. To wszystko było atrakcyjne tylko przez chwilę. Z badań wiadomo, że na nikogo nie działa dobrze izolacja i wielogodzinne wpatrywanie się w monitor.

Przez przypadek zaplątała mi się w ręce „Fantastyka” ze stycznia 1989 roku. W pożółkłym czasopiśmie trafiłam na znajome słowo „teleszkoła”…

Autorem opowiadania o tym tytule jest urodzony we Wrocławiu Kurd Lasswitz (tłumaczyła Grażyna Werner), prekursor niemieckiej fantastyki naukowej, który zmarł w 1910 roku. Jego wizje sprzed ponad stu lat dotyczące nauczania na odległość były bardzo śmiałe i wizjonerskie, prawie tak samo jak pomysły Lema na czytniki książek.

Lasswitz umieścił akcję tego opowiadania w 1999 roku, więc co do pomysłu na globalne funkcjonowanie „teleszkoły” pomylił się zaledwie 21 lat… Miał czuja, bo oto na ścianie nauczyciela gimnazjum, który usnął znużony w swoim gabinecie, zamiast biblioteczki z książkami pojawiło się 30 prostokątnych ramek z ruchomymi obrazami – a w każdej z nich widniała twarz jego ucznia… Na początku XX wieku lepiej nie można było chyba opisać dzisiejszej codzienności wielu z nas.

„Fantastyka” 1989, nr 1, s. 20-21.

Nie tylko telefon, lecz i telewizor zostały tak udoskonalone, że wraz ze słowami mówiącego można jak najdokładniej dostrzec jego postać, jego ruchy, każdą z jego min. Oczywiście obecnie nie jest już konieczne pokonywanie długich dróg do szkoły, nauczyciele i uczniowie mogą wygodnie pozostać w domu.

Brzmi to, jakby niemiecki pisarz jakimś cudem odbył podróż w czasie i miał okazję przyglądać się szkołom od marca zeszłego roku. 

W jego opowiadaniu są też wynalazki, na które jeszcze trochę trzeba będzie poczekać, np. rower latający, czy stemplowana opaska chroniąca mózg dla nauczyciela, dzięki której może ustrzec się przed niebezpieczeństwem zużycia w szkole większej ilości siły umysłu niż ta, jaka odpowiada umiejętnościom uczniów i zaszeregowaniu nauczyciela…

Teraz potrzeba nam na gwałt albo tego, co Kurd Lasswitz opisał jako gadżet wspomagający nauczanie na odległość, albo końca pandemii (ale raczej końca pandemii):

Zlikwidowano problem przeciążenia. Fotele, w których spoczywają uczniowie, są w optymalny sposób wyposażone w automatyczne mierniki wskazujące wagę ciała, puls, natężenie i zakres wydechu, zużycie energii mózgowej. Gdy tylko energia mózgowa wyczerpie się w określonym stopniu, psychograf wskazuje, że nastąpiło zmęczenie i połączenie między uczniem a nauczycielem zostaje automatycznie przerwane, a dany uczeń zwolniony z dalszych lekcji. Gdy tylko jedna trzecia klasy w ten sposób się „wyłączy”, powinien pan skończyć lekcję.

W marcu 1945 roku do Będzina przywieziono grupkę sierot z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Roczną dziewczynkę o imieniu Basia przygarnęła rodzina Wesołowskich. Na nodze maleństwa widniał wytatuowany numer. W miarę upływu lat tatuaż stał się niewyraźny i nie można było jednoznacznie stwierdzić z jakich cyfr się składa. Tym samym niemożliwe stało się rozszyfrowanie tożsamości Basi.

W 1965 roku ukazała się książka Edmunda Polaka „Kim jesteś, Basiu?” (Wydawnictwo Literackie). Opisał w niej, jak dochodził do prawdy o pochodzeniu dorosłej już wtedy i zamężnej kobiety. Jak to się stało, że przeżyła obóz, skoro większość dzieci nie miało na to żadnych szans?

Jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o książce. Kiedyś podczas przeglądania kroniki biblioteki mignęła mi przed oczyma charakterystyczna okładka i notka o spotkaniu z jej bohaterką, ale wtedy nie wczytałam się w szczegóły. Dopiero kiedy Dominika, nauczycielka historii w naszej szkole, powiedziała mi, że jej babcia przyjaźniła się z pewną kobietą z Będzina urodzoną w Oświęcimiu, i że napisano o niej książkę, od razu połączyłam fakty. Rzuciłam się ponownie do kroniki i wyszukałam książkę na półce.

Edmund Polak wykonał tytaniczna pracę, żeby znaleźć rodzinę Basi i dotrzeć do prawdy o jej urodzeniu. Redaktor „Expresu Wieczornego”, w którym ukazywały się artykuły o Basi i o poszukiwaniach jej prawdziwej rodziny, przez dwa lata szperał w nieuporządkowanych jeszcze wtedy archiwach Muzeum Oświęcim-Brzezinka, wypytywał też świadków – a miał do nich bezpośredni dostęp jako członek Klubu Oświęcimiaków. Szukał dokumentów, czytał wspomnienia więźniów, odwiedzał inne obozy na terenie kraju, załatwił też badania antropologiczne, które miały pomóc w ustaleniu ewentualnych powiązań rodzinnych kobiety.

Nie chcę psuć Wam przyjemności z lektury, nie zdradzę więc szczegółów tego dochodzenia. Poniżej znajdziecie zdjęcia z kroniki bibliotecznej oraz szkolnej, w których zamieszczono informacje i fotografie ze spotkania z Barbarą Sidło w murach naszej szkoły. Było to w maju 1975 r. O wydarzeniu napisała nawet gazeta “Wieczór”.

Zapis w kronice biblioteki.

Wpis Barbary Sidło do kroniki szkolnej.

Kronika okazała się też źródłem dodatkowych niespodzianek. Znalazłam w niej list wysłany przez uczniów SP 8 do Edmunda Polaka. Informowali w nim o spotkaniu z bohaterką jego książki. Na szczęście do księgi wklejono również odpowiedź autora, a nawet oryginalną kopertę, w której przyszedł list. Z jego treści wynika, że razem z Barbarą Sidło na spotkanie do szkoły przyszły też jej dzieci – Mirosława i Lidia. Podejrzewam, że na zdjęciu grupowym siedzą po obu stronach mamy, w środku. Ciekawe, czy mieszkają jeszcze w Będzinie albo okolicach?

List uczniów SP nr 8 w Będzinie do Edmunda Polaka, autora książki o Basi.

Odpowiedź Edmunda Polaka na list uczniów.

 

W środku bohaterka książki Barbara Sidło. Czy po obu jej stronach siedzą córki kobiety?

 

Mieszkam w województwie śląskim, ale nie na Śląsku. Kiedy jestem na Mazurach i ktoś pyta, skąd przyjechałam, zawsze odpowiadam: z Zagłębia. Gdy uśmiech pytającego podchodzi uprzejmym zdziwieniem szybko dodaję: Dąbrowskiego. I wymieniam: Będzin, Dąbrowa, Sosnowiec. Ludzie mówią „aha”, ale nie jestem pewna, czy wiedzą, gdzie to jest. Gdybym tylko powiedziała, że niedaleko Katowic – usta od razu rozeszłyby im się w uśmiechu i kiwaliby głowami: a, no ze Śląska! A ja ze Śląska przecież nie jestem.

Ludzie ze Śląska i Zagłębia wiedzą jaka jest różnica. Wiedzą, gdzie każdy należy, gdzie przebiega granica, która oddziela przylegające do siebie, ale zawsze odrębne historycznie ziemie. Hanysy, gorole, gwara i jej wyraźny brak.

Magdalena Okraska „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu”. Trzecia Strona 2018. Pod spodem kultowa „Legenda Zagłębia” i wspaniałe „Zagłębie, którego nie ma”

Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu Magdaleny Okraski (wyd. Trzecia Strona, 2018) próbuje zanurzyć się w tym, co zagłębiowskie. I chociaż ci, co mówią i piszą o Zagłębiu mają na myśli przede wszystkim Będzin, Czeladź, Dąbrowę Górniczą i Sosnowiec, to autorka przystaje na szersze postrzeganie granic Zagłębia, w którym jest też miejsce dla Zawiercia, gdzie mieszka.

W jej mieście byłam wiele razy – ale wyłącznie przejazdem. Obserwacje przez szybę samochodu potwierdzają, że jest dokładnie takie, jak opisuje Okraska: przeciętne, mdłe, nie przyciąga uwagi. Kiedyś tętniło życiem, a teraz zapada w letarg, regularnie opuszczane przez młodych. Czy można o takim Zawierciu ciekawie pisać? I właściwie po co?

Przyznaję, kupiłam książkę za względu na Będzin i miasta ościenne. Byłam jej ciekawa, bo mam słabość do literatury regionalnej. Chciałam ustawić ją na półce razem ze stareńką „Legendą Zagłębia” Jana Pierzchały (Wyd. Śląsk ,1962) i nowym, niezwykle ciekawym albumem Tomasza Kostro „Zagłębie, którego nie ma” (Księży Młyn, 2017). Ale autorka szybciutko przebiegła przez główne miasta zagłębiowskie (poświęciła im w sumie pół książki), uwagę skupiając na Zawierciu. Byłam trochę zawiedziona, więc odłożyłam  „Ziemię jałową”. Dobrze, że tylko na dwa dni, bo druga część to fascynująca opowieść o miejscu i ludziach zapomnianych. O miasteczku płynącym na fali przemysłowego flow, po którym nastąpił powolny odpływ w kierunku transformacji odbierającej ludziom pracę i nadzieję na dobre życie. I to właśnie im dedykowana jest książka.

Tekst Magdaleny Okraski to reportaż, a czyta się go jak powieść, nieważne, że bohater zbiorowy. Okazuje się, że można pięknie i zajmująco napisać o niepięknym Zawierciu. Te wycieczki w miejsca, w których kiedyś istniały fabryki, huty i zakłady, a gdzie teraz pod butami chrzęści tylko szkło i przemysłowe tereny anektuje bujna zieleń! Może kogoś te opowieści znużą, mnie akurat zafascynowały.

Dowiedziałam się też, że Halina Snopkiewicz, jedna z popularnych autorek młodzieżowych ubiegłego wieku, mieszkała właśnie w Zawierciu. Okraska przytacza jej zagmatwaną historię, czym zrobiła mi ochotę na ponowną lekturę „Słoneczników” i „Palladynów”.

Mam tylko dwa zastrzeżenie do tekstu dotyczącego Będzina. Na stronie 36 autorka pisze:  Przed wojną w Będzinie mieszkało ponad 30 tysięcy Żydów. Łatwo zweryfikować tę powtarzaną chętnie liczbę, wystarczy zajrzeć do monografii „Będzin 1358-2008” (Wyd. Muzeum Zagłębia, 2008) – w tomie trzecim zamieszczono odpowiednie dane, powtórzone zresztą w Wikipedii w haśle „Historia Będzina”. To ostatecznie rozstrzyga wątpliwości – przed wojną w Będzinie mieszkało niecałe 22 tysiące Żydów.

Tabela z rozdziału: Ryszard Kaczmarek „Będzin podczas II wojny światowej (1939-1945)”. W: „Będzin 1358-2008”, t. 3, „Od rozbiorów do współczesności”, red. nauk. Anna Glimos-Nadgórska. Będzin 2008.

Jest też druga informacja:  Na wzgórzu zamkowym zachował się kirkut. Jest i synagoga (…) A przecież żadnej synagogi na będzińskim Wzgórzu Zamkowym nie ma, jest tylko obelisk, który upamiętnia jej istnienie i tragiczny koniec 9 września 1939 r.

Niedawno byłam w zakładzie szklarskim w Będzinie, który od lat mieści się na ulicy Modrzejowskiej. Ciekawe czy jego właściciele wiedzą, że zdjęcie ich charakterystycznego szyldu umieszczono zarówno wewnątrz, jak i na tylnej okładce książki opowiadającej o Zagłębiu?

***

A jak dawniej wyglądało Zagłębie opisał i zilustrował archiwalnymi zdjęciami Tomasz Kostro w bardzo ciekawym albumie „Zagłębie, którego nie ma”, o którym wspomniałam wyżej.

Właściwe tory

Pocztówka z 1908 r. Źródło: Polona, Public Domain.

Jeżeli cały rok taki, jak Nowy Rok, to ja sobie życzę!

Wczoraj i dziś czytam wywiady z pisarzami zebrane w księdze grubej niczym Biblia, o charakterze zresztą podobnym, bo co i rusz zaznaczam tam słowa ważne i wątki istotne (Michał Nogaś „Z niejednej póki. Wywiady”, Wyd. Agora, 2020). Dawno lektura tak mnie nie cieszyła.

Gram też w gry wszelkiej maści obserwując, jak moje całkiem niedawno maleńkie dzieciątko, teraz już trochę wyrośnięte, ze łzami w oczach uczy się akceptować smak pierwszych przegranych.

Kończę też wpisywać do systemu Mol ostatni protokół książek przekazanych bibliotece, żeby móc wszystko pięknie podsumować i rozliczyć się z księgową – ile przybyło, ile ubyło, jaki stan.

Tak więc same fascynujące rzeczy dziś robiłam, i miło będzie kontynuować te przyjemności w całym 2021!

I Wam (i sobie) – tą kartką z przepastnych archiwów Polony – życzę, żebyśmy wreszcie w tym roku wjechali na właściwe tory. We wszystkim!

Pięknego, spokojnego czasu z bliskimi,

dużo zdrowia i mimo wszystkich przeciwności –

nadziei na lepsze jutro!

Zaczytanych Świąt!

 

 

Zeszyt do książek

Prowadzę go od 30 lat.

Tom 1 i 2 - zeszyt książek przeczytanych. Na pierwszej stronie - cytat z Makuszyńskiego.

Tom 1 i 2 zeszytów książek przeczytanych. Na pierwszych stronach obu: cytat z Makuszyńskiego.

W maju 1990 roku pomyślałam, że fajne byłoby zapisywać, co wypożyczam (czyli czytam). Wtedy było to dla mnie równoznaczne, dopiero później stałam się czytelnikiem bardziej świadomym i wybrednym – do tego stopnia, że założyłam też zeszyt książek, które czytać co prawda zaczęłam, ale z różnych przyczyn nie skończyłam.

Na początku była tylko tabelka, ale już pół roku później postanowiałam zrobić sobie więcej przestrzeni na notatki. Pisałam skąd książkę zdobyłam, kiedy zaczęłam i skończyłam czytać, notowałam też liczbę stron i informację o treści.

W kolejnych latach ciągnęłam oczywiście numerację, żeby wiedzieć nie tylko, ile przeczytałam w danym roku, ale też ile ogółem od początku spisywania. Żal mi było tylko tego, czego nie zanotowałam wcześniej, a wiem, że było tego trochę…

Przeglądam te zapiski i cieszę się, że starczyło mi samozaparca, żeby je prowadzić. Uśmiecham się też do siebie, kiedy widzę młodzieżowego „Dzikusa” Żółkiewskiej, a zaraz po nim „Wykaz działów katalogu rzeczowego dla bibliotek dziecięcych”. Albo „Pollyanna dorasta” na deser po pozycji obyczajowo-przygodowej 😉 „Klasyfikacja i katalog rzeczowy” Sawoniaka. Zanotowałam, że tę ostatnią pożyczyła mi „p. istruktor”, czyli Janina Mirosławska, późniejsza dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej (obecnie to Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie).

Potem było już tylko lepiej: „Poradnik kierownika punktu bibliotecznego” albo „W bibliotece dla dzieci. Poradnik metodyczny”. Jak wiecie, już od najmłodszych lat mój cel był jasno określony, a to tylko dowód na to, że sukcesywnie go realizowałam. (O tym, jak w dzieciństwie stworzyłam sobie bibliotekę w schowku na pajęczyny pisałam tutaj.)

O tych zeszytach opowiedziałam ostatnio na lekcji w klasie siódmej. Następnego dnia zjawił się u mnie uczeń z tej klasy. Czyta o wiele więcej, niż ja w jego wieku. Poprosił mnie o kilka książek. Zdziwiona spytałam, czemu chce je wypożyczyć ponownie – przecież niedawno je oddawał? Trochę się zmieszał, a potem pokazał mi zeszyt. – Też chcę notować przeczytane książki, tak jak pani…

Wiecie, że się wzruszyłam?

Te zdjęcia są dla niego. ❤

16 października moja szkoła zamieniała się podczas przerw w wielką czytelnię – braliśmy udział I Międzynarodowej edycji V Ogólnopolskiej akcji „PRZERWA NA CZYTANIE”.

Wszystkie klasy chętnie dołączyły się do przedsięwzięcia: pierwszoklasiści słuchali, jak nauczyciele czytają im w klasach, niektórzy czytali w bibliotece, inni na szkolnych korytarzach.

Młodzież czytała ulubione książki przyniesione z domu, wypożyczone z biblioteki lub wykorzystała ten czas, żeby zatopić się w lekturze… swoich lektur obowiązkowych. 😉

Dla wielu uczniów piątkowe przerwy nie różniły się od przerw w innych dniach, bo są tacy, którzy codziennie wykorzystują każdą wolną chwilę, żeby czytać!

Wydarzenie odbyło się w ramach Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych oraz kampanii społecznej Cała Polska Czyta Dzieciom.

Organizatorem akcji jest Biblioteka Pedagogiczna Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wielkopolskim.

Króki filmik z czytania na parterze: Przerwa na czytanie SP8

O naszej akcji napisały też „Aktualności Będzińskie”:

„Aktualności Będzińskie” nr 10/2020

Nike dla Raka

Najważniejsza nagroda literacka w Polce – Nike w Światowym Dniu Zwierząt trafiła do Radka Raka(!) – weterynarza(!), za książkę „Baśń o wężowym(!) sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” (Wyd. Powergraph, 2019).

Przed odczytaniem laudacji przewodniczący jury Paweł Próchniak powiedział, że od pierwszego zdania wszystko stanie się jasne, a potem zaczął:  „Ta książka to klechda, i jak każda klechda jest tryumfem wyobraźni, (…) snuje historie nie z tej ziemi (…). Jest świadomie staroświecka i nowocześnie groteskowa.”

Recenzje książki Radka Raka przeczytacie m.in. tutaj i tutaj.

Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Prowadząca galę Grażyna Torbicka ze zwycięską książką. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Czytelnicy przyznali swoją Nike Joannie Gierak-Onoszko za reportaż „27 śmieci Toby’ego Obeda” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2019). Wiele osób miało nadzieję (w tym ja), że powtórzy się ubiegłoroczna historia, kiedy Nike czytelników pokryło się z wyborem jury konkursu. Nagrody odebrał wtedy Mariusz Szczygieł za zbiór reportaży „Nie ma” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2018). W wywiadzie udzielonym przed rozpoczęciem gali Mariusz Szczygieł wyraził wątpliwość, że czwarty raz z rzędu Nike zdobędzie książka non-fiction i jak widać – miał nosa… (Przed Szczygłem Nike zgarnęli: w 2018 – Marcin Wicha za zbiór esejów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, w 2017 – Cezary Łazarewicz za reportaż historyczny „Żeby nie było śladów”.)

Joanna Gierak-Onoszko z nagrodą Nike czytelników. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

„27 śmieci Toby’ego Obeda” to niełatwa lektura. Wielu osobom trudno przez nią przebrnąć, bo nie da się spokojnie czytać o tym, co kiedyś działo się w kraju, który światu kojarzył się wyłącznie dobrze.

Po przeczytaniu reportażu Joanny Gierak-Onoszko z flagi Kanady spadł liść klonu. Niczym listek figowy zasłaniał dotąd udręczone twarze dzieci, rdzennych mieszkańców tamtych terenów siłą odebranych rodzinom, rozdzielonych z tradycją i kulturą. 

Lektura tej książki to niezliczona ilość śmierci – umieramy bowiem nie tylko dwadzieścia siedem razy, jak tytułowy bohater Toby Obed, ale ciągle od nowa, zagłębiając się w historie tych, którzy mieli trafić pod opiekę ludzi Boga, a skończyli w ramionach potworów.

Mistrzostwo tej narracji polega na prostocie języka i oszczędności słów, co zostawia nam miejsce na przypływ emocji. W ich natłoku łatwo pójść na dno, szczególnie zaś wtedy, kiedy potwierdza się znany przecież porządek świata, że ofiara łatwo staje się oprawcą.

I nie wiadomo tylko, czego się chwycić, żeby w tych emocjach nie utonąć, a ocaleć, dając znów wiarę, że kiedyś nie będzie już bólu i cierpienia tam, gdzie powinna być wyłącznie miłość.

Maliny u sąsiada

Od lat mam w bibliotece gliniany dzban. W gimnazjum ozdabiał regał z czasopismami, w podstawówce stoi na posterunku przy beletrystyce. Musiał czekać wiele lat, nim nadeszła jego chwila. Wczoraj zagrał pierwsze skrzypce w krótkim filmie o dwóch siostrach, co poszły zbierać do lasu maliny. Całe szczęście, że mam uczniów chętnie angażujących się w realizację pomysłów, które przychodzą mi do głowy!

Najpierw była więc ta czołówka – że ostatnią literkę w tytule „Balladyna” zagra malina.

Potem maliny wypełniły dzban z ciemnej gliny, ogród przy szkole (który za moich czasów był ogródkiem warzywnym!) zagrał z powodzeniem las. Maliny były już nagrane w dłoniach dziewczyn i w naczyniu, brakowało tylko takich prawdziwych – prosto z krzaczka. Dumając za ladą biblioteczną, gdzie możemy się udać, żeby nakręcić sceny zrywania owoców… zobaczyłam przez okno, że tuż przy szkolnym boisku sąsiad obrywa w swoim ogródku… Zgadliście. Jak to blisko można zobaczyć na filmiku – za plecami Aliny podczas zrywania malin widać budynek naszej szkoły, który notabene pięknie zagrał… dom sióstr. 😉

Oto efekt naszej dwudniowej pracy i wkład w tegoroczne Narodowe Czytanie.

Bardzo dziękuję Lenie, Marysi i Oskarowi za zaangażowanie w realizację tego przedsięwzięcia! ❤


O naszym filmiku napisano na stronie „Będzin: Miejski Portal Informacyjny”:

https://www.bedzin.pl/aktualnosc-2-3500-narodowe_czytanie.html

Informację umieszczono też w „Aktualnościach Będzińskich”, nr 9/2020, str. 9