Feeds:
Wpisy
Komentarze

W marcu 1945 roku do Będzina przywieziono grupkę sierot z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Roczną dziewczynkę o imieniu Basia przygarnęła rodzina Wesołowskich. Na nodze maleństwa widniał wytatuowany numer. W miarę upływu lat tatuaż stał się niewyraźny i nie można było jednoznacznie stwierdzić z jakich cyfr się składa. Tym samym niemożliwe stało się rozszyfrowanie tożsamości Basi.

W 1965 roku ukazała się książka Edmunda Polaka „Kim jesteś, Basiu?” (Wydawnictwo Literackie). Opisał w niej, jak dochodził do prawdy o pochodzeniu dorosłej już wtedy i zamężnej kobiety. Jak to się stało, że przeżyła obóz, skoro większość dzieci nie miało na to żadnych szans?

Jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o książce. Kiedyś podczas przeglądania kroniki biblioteki mignęła mi przed oczyma charakterystyczna okładka i notka o spotkaniu z jej bohaterką, ale wtedy nie wczytałam się w szczegóły. Dopiero kiedy Dominika, nauczycielka historii w naszej szkole, powiedziała mi, że jej babcia przyjaźniła się z pewną kobietą z Będzina urodzoną w Oświęcimiu, i że napisano o niej książkę, od razu połączyłam fakty. Rzuciłam się ponownie do kroniki i wyszukałam książkę na półce.

Edmund Polak wykonał tytaniczna pracę, żeby znaleźć rodzinę Basi i dotrzeć do prawdy o jej urodzeniu. Redaktor „Expresu Wieczornego”, w którym ukazywały się artykuły o Basi i o poszukiwaniach jej prawdziwej rodziny, przez dwa lata szperał w nieuporządkowanych jeszcze wtedy archiwach Muzeum Oświęcim-Brzezinka, wypytywał też świadków – a miał do nich bezpośredni dostęp jako członek Klubu Oświęcimiaków. Szukał dokumentów, czytał wspomnienia więźniów, odwiedzał inne obozy na terenie kraju, załatwił też badania antropologiczne, które miały pomóc w ustaleniu ewentualnych powiązań rodzinnych kobiety.

Nie chcę psuć Wam przyjemności z lektury, nie zdradzę więc szczegółów tego dochodzenia. Poniżej znajdziecie zdjęcia z kroniki bibliotecznej oraz szkolnej, w których zamieszczono informacje i fotografie ze spotkania z Barbarą Sidło w murach naszej szkoły. Było to w maju 1975 r. O wydarzeniu napisała nawet gazeta “Wieczór”.

Zapis w kronice biblioteki.

Wpis Barbary Sidło do kroniki szkolnej.

Kronika okazała się też źródłem dodatkowych niespodzianek. Znalazłam w niej list wysłany przez uczniów SP 8 do Edmunda Polaka. Informowali w nim o spotkaniu z bohaterką jego książki. Na szczęście do księgi wklejono również odpowiedź autora, a nawet oryginalną kopertę, w której przyszedł list. Z jego treści wynika, że razem z Barbarą Sidło na spotkanie do szkoły przyszły też jej dzieci – Mirosława i Lidia. Podejrzewam, że na zdjęciu grupowym siedzą po obu stronach mamy, w środku. Ciekawe, czy mieszkają jeszcze w Będzinie albo okolicach?

List uczniów SP nr 8 w Będzinie do Edmunda Polaka, autora książki o Basi.

Odpowiedź Edmunda Polaka na list uczniów.

W środku bohaterka książki Barbara Sidło. Czy po prawej siedzą córki kobiety?

Mieszkam w województwie śląskim, ale nie na Śląsku. Kiedy jestem na Mazurach i ktoś pyta, skąd przyjechałam, zawsze odpowiadam: z Zagłębia. Gdy uśmiech pytającego podchodzi uprzejmym zdziwieniem szybko dodaję: Dąbrowskiego. I wymieniam: Będzin, Dąbrowa, Sosnowiec. Ludzie mówią „aha”, ale nie jestem pewna, czy wiedzą, gdzie to jest. Gdybym tylko powiedziała, że niedaleko Katowic – usta od razu rozeszłyby im się w uśmiechu i kiwaliby głowami: a, no ze Śląska! A ja ze Śląska przecież nie jestem.

Ludzie ze Śląska i Zagłębia wiedzą jaka jest różnica. Wiedzą, gdzie każdy należy, gdzie przebiega granica, która oddziela przylegające do siebie, ale zawsze odrębne historycznie ziemie. Hanysy, gorole, gwara i jej wyraźny brak.

Magdalena Okraska „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu”. Trzecia Strona 2018. Pod spodem kultowa „Legenda Zagłębia” i wspaniałe „Zagłębie, którego nie ma”

Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu Magdaleny Okraski (wyd. Trzecia Strona, 2018) próbuje zanurzyć się w tym, co zagłębiowskie. I chociaż ci, co mówią i piszą o Zagłębiu mają na myśli przede wszystkim Będzin, Czeladź, Dąbrowę Górniczą i Sosnowiec, to autorka przystaje na szersze postrzeganie granic Zagłębia, w którym jest też miejsce dla Zawiercia, gdzie mieszka.

W jej mieście byłam wiele razy – ale wyłącznie przejazdem. Obserwacje przez szybę samochodu potwierdzają, że jest dokładnie takie, jak opisuje Okraska: przeciętne, mdłe, nie przyciąga uwagi. Kiedyś tętniło życiem, a teraz zapada w letarg, regularnie opuszczane przez młodych. Czy można o takim Zawierciu ciekawie pisać? I właściwie po co?

Przyznaję, kupiłam książkę za względu na Będzin i miasta ościenne. Byłam jej ciekawa, bo mam słabość do literatury regionalnej. Chciałam ustawić ją na półce razem ze stareńką „Legendą Zagłębia” Jana Pierzchały (Wyd. Śląsk ,1962) i nowym, niezwykle ciekawym albumem Tomasza Kostro „Zagłębie, którego nie ma” (Księży Młyn, 2017). Ale autorka szybciutko przebiegła przez główne miasta zagłębiowskie (poświęciła im w sumie pół książki), uwagę skupiając na Zawierciu. Byłam trochę zawiedziona, więc odłożyłam  „Ziemię jałową”. Dobrze, że tylko na dwa dni, bo druga część to fascynująca opowieść o miejscu i ludziach zapomnianych. O miasteczku płynącym na fali przemysłowego flow, po którym nastąpił powolny odpływ w kierunku transformacji odbierającej ludziom pracę i nadzieję na dobre życie. I to właśnie im dedykowana jest książka.

Tekst Magdaleny Okraski to reportaż, a czyta się go jak powieść, nieważne, że bohater zbiorowy. Okazuje się, że można pięknie i zajmująco napisać o niepięknym Zawierciu. Te wycieczki w miejsca, w których kiedyś istniały fabryki, huty i zakłady, a gdzie teraz pod butami chrzęści tylko szkło i przemysłowe tereny anektuje bujna zieleń! Może kogoś te opowieści znużą, mnie akurat zafascynowały.

Dowiedziałam się też, że Halina Snopkiewicz, jedna z popularnych autorek młodzieżowych ubiegłego wieku, mieszkała właśnie w Zawierciu. Okraska przytacza jej zagmatwaną historię, czym zrobiła mi ochotę na ponowną lekturę „Słoneczników” i „Palladynów”.

Mam tylko dwa zastrzeżenie do tekstu dotyczącego Będzina. Na stronie 36 autorka pisze:  Przed wojną w Będzinie mieszkało ponad 30 tysięcy Żydów. Łatwo zweryfikować tę powtarzaną chętnie liczbę, wystarczy zajrzeć do monografii „Będzin 1358-2008” (Wyd. Muzeum Zagłębia, 2008) – w tomie trzecim zamieszczono odpowiednie dane, powtórzone zresztą w Wikipedii w haśle „Historia Będzina”. To ostatecznie rozstrzyga wątpliwości – przed wojną w Będzinie mieszkało niecałe 22 tysiące Żydów.

Tabela z rozdziału: Ryszard Kaczmarek „Będzin podczas II wojny światowej (1939-1945)”. W: „Będzin 1358-2008”, t. 3, „Od rozbiorów do współczesności”, red. nauk. Anna Glimos-Nadgórska. Będzin 2008.

Jest też druga informacja:  Na wzgórzu zamkowym zachował się kirkut. Jest i synagoga (…) A przecież żadnej synagogi na będzińskim Wzgórzu Zamkowym nie ma, jest tylko obelisk, który upamiętnia jej istnienie i tragiczny koniec 9 września 1939 r.

Niedawno byłam w zakładzie szklarskim w Będzinie, który od lat mieści się na ulicy Modrzejowskiej. Ciekawe czy jego właściciele wiedzą, że zdjęcie ich charakterystycznego szyldu umieszczono zarówno wewnątrz, jak i na tylnej okładce książki opowiadającej o Zagłębiu?

***

A jak dawniej wyglądało Zagłębie opisał i zilustrował archiwalnymi zdjęciami Tomasz Kostro w bardzo ciekawym albumie „Zagłębie, którego nie ma”, o którym wspomniałam wyżej.

Właściwe tory

Pocztówka z 1908 r. Źródło: Polona, Public Domain.

Jeżeli cały rok taki, jak Nowy Rok, to ja sobie życzę!

Wczoraj i dziś czytam wywiady z pisarzami zebrane w księdze grubej niczym Biblia, o charakterze zresztą podobnym, bo co i rusz zaznaczam tam słowa ważne i wątki istotne (Michał Nogaś „Z niejednej póki. Wywiady”, Wyd. Agora, 2020). Dawno lektura tak mnie nie cieszyła.

Gram też w gry wszelkiej maści obserwując, jak moje całkiem niedawno maleńkie dzieciątko, teraz już trochę wyrośnięte, ze łzami w oczach uczy się akceptować smak pierwszych przegranych.

Kończę też wpisywać do systemu Mol ostatni protokół książek przekazanych bibliotece, żeby móc wszystko pięknie podsumować i rozliczyć się z księgową – ile przybyło, ile ubyło, jaki stan.

Tak więc same fascynujące rzeczy dziś robiłam, i miło będzie kontynuować te przyjemności w całym 2021!

I Wam (i sobie) – tą kartką z przepastnych archiwów Polony – życzę, żebyśmy wreszcie w tym roku wjechali na właściwe tory. We wszystkim!

Pięknego, spokojnego czasu z bliskimi,

dużo zdrowia i mimo wszystkich przeciwności –

nadziei na lepsze jutro!

Zaczytanych Świąt!

 

 

Zeszyt do książek

Prowadzę go od 30 lat.

Tom 1 i 2 - zeszyt książek przeczytanych. Na pierwszej stronie - cytat z Makuszyńskiego.

Tom 1 i 2 zeszytów książek przeczytanych. Na pierwszych stronach obu: cytat z Makuszyńskiego.

W maju 1990 roku pomyślałam, że fajne byłoby zapisywać, co wypożyczam (czyli czytam). Wtedy było to dla mnie równoznaczne, dopiero później stałam się czytelnikiem bardziej świadomym i wybrednym – do tego stopnia, że założyłam też zeszyt książek, które czytać co prawda zaczęłam, ale z różnych przyczyn nie skończyłam.

Na początku była tylko tabelka, ale już pół roku później postanowiałam zrobić sobie więcej przestrzeni na notatki. Pisałam skąd książkę zdobyłam, kiedy zaczęłam i skończyłam czytać, notowałam też liczbę stron i informację o treści.

W kolejnych latach ciągnęłam oczywiście numerację, żeby wiedzieć nie tylko, ile przeczytałam w danym roku, ale też ile ogółem od początku spisywania. Żal mi było tylko tego, czego nie zanotowałam wcześniej, a wiem, że było tego trochę…

Przeglądam te zapiski i cieszę się, że starczyło mi samozaparca, żeby je prowadzić. Uśmiecham się też do siebie, kiedy widzę młodzieżowego „Dzikusa” Żółkiewskiej, a zaraz po nim „Wykaz działów katalogu rzeczowego dla bibliotek dziecięcych”. Albo „Pollyanna dorasta” na deser po pozycji obyczajowo-przygodowej 😉 „Klasyfikacja i katalog rzeczowy” Sawoniaka. Zanotowałam, że tę ostatnią pożyczyła mi „p. istruktor”, czyli Janina Mirosławska, późniejsza dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej (obecnie to Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie).

Potem było już tylko lepiej: „Poradnik kierownika punktu bibliotecznego” albo „W bibliotece dla dzieci. Poradnik metodyczny”. Jak wiecie, już od najmłodszych lat mój cel był jasno określony, a to tylko dowód na to, że sukcesywnie go realizowałam. (O tym, jak w dzieciństwie stworzyłam sobie bibliotekę w schowku na pajęczyny pisałam tutaj.)

O tych zeszytach opowiedziałam ostatnio na lekcji w klasie siódmej. Następnego dnia zjawił się u mnie uczeń z tej klasy. Czyta o wiele więcej, niż ja w jego wieku. Poprosił mnie o kilka książek. Zdziwiona spytałam, czemu chce je wypożyczyć ponownie – przecież niedawno je oddawał? Trochę się zmieszał, a potem pokazał mi zeszyt. – Też chcę notować przeczytane książki, tak jak pani…

Wiecie, że się wzruszyłam?

Te zdjęcia są dla niego. ❤

16 października moja szkoła zamieniała się podczas przerw w wielką czytelnię – braliśmy udział I Międzynarodowej edycji V Ogólnopolskiej akcji „PRZERWA NA CZYTANIE”.

Wszystkie klasy chętnie dołączyły się do przedsięwzięcia: pierwszoklasiści słuchali, jak nauczyciele czytają im w klasach, niektórzy czytali w bibliotece, inni na szkolnych korytarzach.

Młodzież czytała ulubione książki przyniesione z domu, wypożyczone z biblioteki lub wykorzystała ten czas, żeby zatopić się w lekturze… swoich lektur obowiązkowych. 😉

Dla wielu uczniów piątkowe przerwy nie różniły się od przerw w innych dniach, bo są tacy, którzy codziennie wykorzystują każdą wolną chwilę, żeby czytać!

Wydarzenie odbyło się w ramach Międzynarodowego Miesiąca Bibliotek Szkolnych oraz kampanii społecznej Cała Polska Czyta Dzieciom.

Organizatorem akcji jest Biblioteka Pedagogiczna Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego w Gorzowie Wielkopolskim.

Króki filmik z czytania na parterze: Przerwa na czytanie SP8

O naszej akcji napisały też „Aktualności Będzińskie”:

„Aktualności Będzińskie” nr 10/2020

Nike dla Raka

Najważniejsza nagroda literacka w Polce – Nike w Światowym Dniu Zwierząt trafiła do Radka Raka(!) – weterynarza(!), za książkę „Baśń o wężowym(!) sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” (Wyd. Powergraph, 2019).

Przed odczytaniem laudacji przewodniczący jury Paweł Próchniak powiedział, że od pierwszego zdania wszystko stanie się jasne, a potem zaczął:  „Ta książka to klechda, i jak każda klechda jest tryumfem wyobraźni, (…) snuje historie nie z tej ziemi (…). Jest świadomie staroświecka i nowocześnie groteskowa.”

Recenzje książki Radka Raka przeczytacie m.in. tutaj i tutaj.

Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Prowadząca galę Grażyna Torbicka ze zwycięską książką. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

Czytelnicy przyznali swoją Nike Joannie Gierak-Onoszko za reportaż „27 śmieci Toby’ego Obeda” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2019). Wiele osób miało nadzieję (w tym ja), że powtórzy się ubiegłoroczna historia, kiedy Nike czytelników pokryło się z wyborem jury konkursu. Nagrody odebrał wtedy Mariusz Szczygieł za zbiór reportaży „Nie ma” (Wyd. Dowody na Istnienie, 2018). W wywiadzie udzielonym przed rozpoczęciem gali Mariusz Szczygieł wyraził wątpliwość, że czwarty raz z rzędu Nike zdobędzie książka non-fiction i jak widać – miał nosa… (Przed Szczygłem Nike zgarnęli: w 2018 – Marcin Wicha za zbiór esejów „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, w 2017 – Cezary Łazarewicz za reportaż historyczny „Żeby nie było śladów”.)

Joanna Gierak-Onoszko z nagrodą Nike czytelników. Fot.: Relacja z gali wręczenia Nike w programie TVN24.

„27 śmieci Toby’ego Obeda” to niełatwa lektura. Wielu osobom trudno przez nią przebrnąć, bo nie da się spokojnie czytać o tym, co kiedyś działo się w kraju, który światu kojarzył się wyłącznie dobrze.

Po przeczytaniu reportażu Joanny Gierak-Onoszko z flagi Kanady spadł liść klonu. Niczym listek figowy zasłaniał dotąd udręczone twarze dzieci, rdzennych mieszkańców tamtych terenów siłą odebranych rodzinom, rozdzielonych z tradycją i kulturą. 

Lektura tej książki to niezliczona ilość śmierci – umieramy bowiem nie tylko dwadzieścia siedem razy, jak tytułowy bohater Toby Obed, ale ciągle od nowa, zagłębiając się w historie tych, którzy mieli trafić pod opiekę ludzi Boga, a skończyli w ramionach potworów.

Mistrzostwo tej narracji polega na prostocie języka i oszczędności słów, co zostawia nam miejsce na przypływ emocji. W ich natłoku łatwo pójść na dno, szczególnie zaś wtedy, kiedy potwierdza się znany przecież porządek świata, że ofiara łatwo staje się oprawcą.

I nie wiadomo tylko, czego się chwycić, żeby w tych emocjach nie utonąć, a ocaleć, dając znów wiarę, że kiedyś nie będzie już bólu i cierpienia tam, gdzie powinna być wyłącznie miłość.

Maliny u sąsiada

Od lat mam w bibliotece gliniany dzban. W gimnazjum ozdabiał regał z czasopismami, w podstawówce stoi na posterunku przy beletrystyce. Musiał czekać wiele lat, nim nadeszła jego chwila. Wczoraj zagrał pierwsze skrzypce w krótkim filmie o dwóch siostrach, co poszły zbierać do lasu maliny. Całe szczęście, że mam uczniów chętnie angażujących się w realizację pomysłów, które przychodzą mi do głowy!

Najpierw była więc ta czołówka – że ostatnią literkę w tytule „Balladyna” zagra malina.

Potem maliny wypełniły dzban z ciemnej gliny, ogród przy szkole (który za moich czasów był ogródkiem warzywnym!) zagrał z powodzeniem las. Maliny były już nagrane w dłoniach dziewczyn i w naczyniu, brakowało tylko takich prawdziwych – prosto z krzaczka. Dumając za ladą biblioteczną, gdzie możemy się udać, żeby nakręcić sceny zrywania owoców… zobaczyłam przez okno, że tuż przy szkolnym boisku sąsiad obrywa w swoim ogródku… Zgadliście. Jak to blisko można zobaczyć na filmiku – za plecami Aliny podczas zrywania malin widać budynek naszej szkoły, który notabene pięknie zagrał… dom sióstr. 😉

Oto efekt naszej dwudniowej pracy i wkład w tegoroczne Narodowe Czytanie.

Bardzo dziękuję Lenie, Marysi i Oskarowi za zaangażowanie w realizację tego przedsięwzięcia! ❤


O naszym filmiku napisano na stronie „Będzin: Miejski Portal Informacyjny”:

https://www.bedzin.pl/aktualnosc-2-3500-narodowe_czytanie.html

Informację umieszczono też w „Aktualnościach Będzińskich”, nr 9/2020, str. 9

 

W czasach studenckich Ligonia 7 w Katowicach to był istotny adres. Spędzałyśmy tam z koleżankami długie godziny nad niedostępnymi gdzie indziej książkami, skryptami, czasopismami. Lubiłyśmy tę czytelnię Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, bo zamawiane tytuły były dostępne od ręki. Niestety, zbiory biblioteki połączono wkrótce z nowo otwartą wtedy Biblioteką Ślaską, i szybki dostęp się skończył. Skończyło się również tanie kserowanie, bo w piwnicznym punkcie mogłyśmy zawsze odbić to, nad czym nie chciało nam się ślęczeć w czytelni, czyli na niezwykle ważne egzaminy powielać setki stron skryptów o wątpliwej jakości druku.

Dziś byłam w tym budynku odebrać najnowszy, czerwcowy numer Miesięcznika społeczno-kulturalnego „Śląsk”. Jest w nim mój artykuł o Dorze Reym, o której pisałam już w książce „Babiniec. Herstoria będzińska”.

Ci, którym nie chciało się czytać długiego rozdziału mają teraz możliwość zapoznania się z krótszą wersją historii będzinianki, której udało się przeżyć i getto będzińskie, i obóz koncentracyjny.

Artykuł dostępny jest tutaj:  Niezwykły przypadek Dory Reym.

Spis treści najnowszego numeru.

Przed wojną w Będzinie urodził się Stanisław Wygodzki. W maju minęła kolejna rocznica jego śmierci – zmarł w 1992 roku w Giwataim (koło Tel Awiwu w Izraelu).

Informację o śmierci Wygodzkiego (z błędną datą – zmarł 9 maja) przedrukował regionalny magazyn „Ekspres Zagłębiowski”, nr 7-8/1992, str. 2.

Wygodzki zaczął pisać w latach 30. XX wieku, a szczyt popularności jego twórczości przypadł na lata 50. i 60. Tworzył wiersze (wydał 9 zbiorów poezji), prozę, ale też opowiastki dla dzieci. Był recenzentem, tłumaczem, autorem reportaży i scenariuszy.

Jak wysoko ceniona było jego pisarstwo można przekonać się, przeglądając wydaną w 1957 roku broszurkę „Pisarze Polski Ludowej”. Sylwetka poety i prozaika z naszego miasta prezentowana jest tam razem z takimi tuzami literatury polskiej jak Tadeusz Konwicki, Stanisław Lem czy  Tadeusz Różewicz.

Adam Tatomir „Pisarze Polski Ludowej. Wybór sylwetek poetów i proziaków”. Warszawa 1957, s. 8-9.

Po wojnie Wygodzki opublikował tomik poezji „Pamiętnik miłości” (1948), za który dostał nagrodę Związku Literatów Polskich. Wiersze te, których nie sposób czytać bez wzruszenia, stanowiły pożegnanie z rodziną i były niejako rozrachunkiem z czasem wojny, w której stracił wszystkich bliskich. Podczas wywózki z getta w Będzinie podał sobie, żonie i czteroletniej córeczce luminal. Anna i Mindel zmarły, a do Auschwitz dojechał tylko on, bo jego dawka specyfiku okazała się zbyt mała na wieczny sen.

Do 1939 roku Będzin to było jego miejsce na ziemi. Po wojnie jednak tutaj nie wrócił, można sobie wyobrazić dlaczego. W jednym z opowiadań pisze o tym, co nie przestawało go dręczyć:

Gdyby wam wskazano, że oto tamta kobieta otruła swego syna w obawie, aby nie cierpiał w kaźni niemieckiej, czy mielibyście odwagę zapytać o to, co myśli, co czuje, gdy wspomina ten czyn? Czy zapytalibyście, jak czyn ów rozważa w swojej myśli nocą, gdy jest samotna? [„Ubranie”. W: „Upalny dzień”, Warszawa 1960, s. 254.]

Z drugą żoną Ireną i dwójką dzieci (Adamem, Ewą) osiedlił się w Warszawie. Wyjechał z Polski w 1968 roku, ale nigdy nie przyzwyczaił się do życia w Izraelu. Tęsknił za swoją ojczyzną, czemu dawał wyraz w poezji. Tak pisał w wierszu „64” z tomu „Drzewo ciemności” (Londyn 1971):

Raz tam być przejazdem –

wierzby, lipy, brzozy,

skrzyp chłopskiego wozu,

mgłą zasnute gwiazdy.

[…]

Tam drzwi zaparte kłodą

na opuszczone pokoje

i tam, w milczeniu, postoję

dla nieskończonych powodów.

[Cytat za: Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 43.]

Od 1970 roku jego twórczość była w Polsce zakazana, więc z bibliotek masowo wycofywano zbiory prozy i poezji sygnowanych nazwiskiem Wygodzkiego. Nie przetrwało ich dużo, można więc uznać, że każdy ocalony egzemplarz jest dziś w jakiś sposób cenny.

Napisał wiele opowiadań, w których porusza tematykę Holocaustu, ale w swoich tekstach wraca też do Będzina sprzed wojny, z czasów młodości i dzieciństwa. Dzięki tym obrazom przelanym z pamięci na papier mamy możliwość przyjrzenia się miastu sprzed stu lat. Opisuje na przykład, jak wyglądało życie na Podzamczu, gdzie mieszkał.

Podzamcze w Będzinie. Źródło zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe: https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/jednostka/-/jednostka/5928674

To miejsce było wówczas inne niż obecnie: teren przy zamku i wzdłuż Przemszy był dosyć gęsto zabudowany. Mieszkali tam głównie ubodzy mieszkańcy pochodzenia żydowskiego, w przeciwieństwie do tych majętnych, którzy zajmowali reprezentacyjne kamienice przy ul. Małachowskiego. Choć była to dzielnica przeludniona, nędzna i raczej nieatrakcyjna, to we wspomnieniach Wygodzkiego jawi się jako klimatyczna, swojska. To pewnie także za sprawą czaru dzieciństwa, dzięki któremu każde miejsce – nawet i najbrzydsze na świecie –  zostaje opisane przeważnie w sposób pozytywny.

Jest w Będzinie zapomniana uliczka na terenie byłego getta będzińskiego, której w 2017 roku miasto nadało miano Stanisława Wygodzkiego. Idę o zakład, że mało który z jej mieszkańców wie, kto zacz, ten Wygodzki.

Widok na ulicę Stanisława Wygodzkiego od strony ulicy Rutki Laskier.

Jeden z przedwojennych domów przy ul. S. Wygodzkiego. Mieszkałam naprzeciw w domu, którego już nie ma.

Tuż obok, na ulicy Rutki Laskier, Wyzwolenia czy Wilczej mieszkają nasi uczniowie. Pewnie nie przypuszczają nawet, że pisarz przez pewien czas tam pomieszkiwał. W czasie wojny został wysiedlony ze swojego mieszkania przy ul. Sączewskiego 13, przenosił się kolejno na ul. Kołłątaja, potem Podjazie, by wylądować ostatecznie na Wilczej, o której wspomina nawet w wierszu „Kamionka”:

Dom przy ul. Sączewskiego 13, gdzie przed wojną mieszkał Stanisław Wygodzki.

Fragment ulicy Wilczej.

Obrazki z ulicy Wilczej.

Widok z końca ul. Wilczej na pola ciągnące się za Kamionką w kierunku sosnowieckiej Środuli, gdzie w czasie wojny również znajdowało się getto.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku szkolnym uda mi się przeprowadzić z naszymi uczniami cykl lekcji o pisarzu. Początkiem niech będzie to nagranie, w którym czytamy fragment opowiadania „Basy”. To jedno z tych, w którym Wygodzki przedstawia nam Będzin, jakiego do tej pory nie znaliśmy.

[Fragment „Basów” czytają uczniowie, którym bardzo dziękuję za udział w przedsięwzięciu: Alicja Ferdyn, Lena Stachera, Maria Wilk, Aleksander Zagórny.]

Już w 2010 roku Wojciech Grabowski zrealizował film „Wspomnienie z Będzina”, w którym wykorzystano fragment opowiadania „Szatanek” S. Wygodzkiego:

 

Przy pisaniu tekstu korzystałam m.in. z artykułów:

Monika Szabłowska-Zaremba „Tragarz pamięci” – rzecz o Stanisławie Wygodzkim. W: „Ślady pamięci”. Kraków 2010, s. 213-230.

Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 37-49.

 

O Stanisławie Wygodzkim pisałam też tutaj.