Feeds:
Wpisy
Komentarze

Dziecięce czytanie

Il. Kęstutis Kasparavičiusz

Dziś urodziny Hansa Christina Andersena, a właśnie tego dnia od 1967 roku obchodzimy Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci.

Hasło tegorocznej edycji to „Książki pomagają nam zwolnić”, a autorem plakatu i listu do świętujących jest Kęstutis Kasparavičiusz z Litwy. (Każdego roku inne państwo jest gospodarzem obchodów).

Z dostępnych w bibliotece gimnazjalnej książek dla najmłodszych zrobiłam sobie osobisty plakat na dzisiejsze święto. Użyłam książek z dzieciństwa, których już same tylko okładki wywołują przyjemny ucisk w okolicach mostka i działają jak wehikuł czasu, przenosząc mnie do krainy dzieciństwa. Otwierając je ponownie czuję drżenie rąk i drżenie serca. Od razu wydaje mi się, że wcale nie trzymają ich dłonie z obrączką na palcu, a znowu rączki małej czytelniczki. Tak potrafią działać lektury dzieciństwa, dobrze o tym wiedzieć.

Te książki tak bardzo odcisnęły mi się w pamięci, że do dziś pamiętam nie tylko ich treść, ilustracje, ale też rodzaj czcionki czy fakturę papieru, na którym były drukowane.

Kiedy myślę o Plastusiu widzę go w piórniku z innymi przyborami (papier książki raczej grubszy, zżółknięty), kiedy o bohaterach z Bullerbyn, mam przed oczyma dwa domki połączone sznurkiem, na którym bohaterowie puszczali sobie wiadomości wypisane na karteczkach, przedsmak smsów (mały format, papier cienki), a kiedy o malutkich książeczkach serii „Z wiewiórką” wiem, że były śliskie i przyjemne w dotyku.

W grudniu ubiegłego roku trafiłam w sieci na zabłąkaną informację, że zmarł Ryszard Marek Groński. Przed oczyma od razu stanęła mi jego książka „Niezwykłe zdarzenie” z serii „Poczytaj mi mamo”, którą dawno temu chętnie czytałam, mimo że rysunki wydawały mi się troszkę dziwne. Pewnie dlatego utkwiły w pamięci. Widomość o śmierci pisarza przywołała je w sekundę, jak flesz: ulicą idą panowie, którym wyrastają z głowy kwiaty. Dziś po raz pierwszy od dziesięcioleci ponownie otworzyłam tę broszurkę i zadumałam się nad potęgą przechowywanych w głowie obrazów.

Ilustracja Krystyny Michałowskiej do książki R.M. Grońskiego „Niezwykłe zdarzenie”. Wyd. Nasza Księgarnia 1978.

Bo czy nie sądzicie, że ta ilustracja Krystyny Michałowskiej nieświadomie zainspirowała mnie trzydzieści lat później, kiedy tworzyłam z młodzieżą plakat na konkurs o czytaniu?

Wypożyczajcie, kupujcie i czytajcie dużo swoim (i nie swoim) dzieciom – nie wiadomo kiedy przyniesie to nieoczekiwane korzyści.

Reklamy

Poezja leży odłogiem

Dziś pierwszy dzień wiosny, ale też Światowy Dzień Poezji.

Wiosnę każdy lubi, a poezja, no cóż… nie budzi powszechnego zainteresowania.

Biblioteki pełne są książek, do których nikt już nie zajrzy. Dział poezji chyba wiedzie w tym rankingu prym. Błąkają się obok niego nieliczni pasjonaci, szaleni z miłości i maturzyści udręczeni przedegzaminowymi przygotowaniami. Poza tym poezja leży odłogiem.

Jako dzieci uwielbiamy wiersze, ale z wiekiem jakoś ubywa nam do nich miłości. Czyżby zabijały ją z premedytacją szkolne analizy?…

A przecież poezja jest krótka i zwięzła, powinna mieć rzesze zwolenników, choćby tych, co nie lubią nadmiaru liter!

Poezja jest jak ściąga z rzeczywistości – tam, gdzie proza trwoni tusz na opisy światów i przyrody, poezja zadowala się kilkoma wersami. Resztę pozostawia naszej wyobraźni, ale widocznie nie lubimy uruchamiać jej w ten sposób.

Wpuszczam dziś światło i powietrze między strony, które nie myślały, że jeszcze ktoś je kiedyś uchyli. Posyłam w internetowy obieg wiersze śpiące dotąd w zapomnianych tomikach. Tyle robię dziś dla poezji.  A Wy czytajcie.

Nikos Chadzinikolau. Z tomu „Klepsydra”. Wydawnictwo Poznańskie 1982.

 

Wiersz wydany w tomie „Klepsydra” N. Chadzinikolau. Wydawnictwo Poznańskie 1982.

 

Jerzy Harasymowicz. Z tomu „Na cały regulator”. Wydawnictwo Literackie 1985.

 

Tomasz Gluziński z tomu „W żarnach świata”. Wydawnictwo Literackie 1986

 

Bertold Brecht z tomu „Rekin zęby ma na wierzchu”. Nasza Księgarnia 1986. Ilustracja Edward Dwurnik.

 

Vicente Aleixandre „Poezje”. PIW 1978. (Laureat literackiej Nagrody Nobla w 1977 r.)

 

Andrzej Kaliszewski z tomu „Paszcza”. Czytelnik 1985.

 

Tomasz Gluziński z tomu „W żarnach świata”. Wydawnictwo Literackie 1986.

Literackie Pi

3. 14

Kiedy podano w radiu, że dziś Dzień Liczby Pi, powolnym spacerkiem przeszłam się do działu 51 – Matematyka, którą kocham wyłącznie dlatego, że nie muszę już zgłębiać tego przedmiotu… 😉

Tak jak się spodziewałam, słynnej π poświęcono wiele rozdziałów w książkach matematycznych. Żeby Wam o Pi napisać wybrałam dwa starocie, które przyciągnęły moją uwagę z różnych powodów.

Jeden – „Zygzakiem przez matematykę”, ponieważ czuję nostalgię do tych wydawnictw, które stylistyką okładki przypominają mi klimat dzieciństwa kolorowego, powleczonego jednak woalem szarości, a drugi, troszkę młodszy – bo zawierał treści, które mnie pięknie zaskoczyły.

Zacznę od drugiej z książek: Michał Szurek „Opowieści matematyczne”  – wydanej przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne w 1987 r. Jeżeli chcieliście kiedyś zapamiętać kilka cyfr liczby Pi po przecinku, ale udawało Wam się ledwie trzy, to początek rozdziału o tej liczbie pięknie by Wam pomógł: Kto z woli i myśli zapragnie Pi spisać cyfry ten zdoła… 🙂 W sumie to dwuwiersz do zapamietania dla przedszkolaka, bo jak czytam, rekordzista z Polski potrafi wyrecytować z pamięci niemal… 2 tysiące miejsc po przecinku!

M. Szurek „Opowieści matematyczne”

Dalej jest tylko lepiej – rozdział kończy się nawiązaniem liczby Pi do języka potocznego i… wierszy! Otóż zadawano sobie trud układania wierszyków i powiedzeń, w których liczba liter w kolejnych słowach równała się kolejnym cyfrom w liczbie Pi. Sami przeczytajcie o tych inwokacjach i poezji sportowej z czasów Mundialu w Argentynie:

M. Szurek „Opowieści matematyczne”, WSiP 1987.

Książka Wojciecha Bieńka „Zygzakiem przez matematykę” wydana przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w 1965 r. nie oferuje już podobnych perełek, ale „nęci” starym, sztywnym pożółkłym papierem i prostymi  ilustracjami oraz grafiką bez feeri barw. Dawniej to się projektowało, prawda? Ilustracje w książce wykonał Mateusz Gawryś, ilustrator wielu książek popularnonaukowych dla młodzieży i książek dla dzieci.

W. Bieńko „Zygzakiem przez matematykę”, PZWS 1965.

O historii liczby Pi i Archimedesowych wyliczeniach obwodu koła za pomocą dwunasto- a potem 96-kąta można więc czytać sobie w takich zabytkach przez kwadrans, albo „pi razy oko” załapać, o co w tym chodzi, oglądając m.in. gif z Wikipedii autorstwa Johna Reida:

 

„Nie ma” mowy!

Z rozmysłem nie czytałam żadnych recenzji o „Nie ma”, chociaż wiele pchało mi się na ekran jesienią. Chciałam połknąć ją bez klucza. Na tę książkę tak wielu miało chrapkę, że nie udało mi się kupić jej na krakowskich Targach Książki, bo zabrakło egzemplarzy. Obserwowałam tylko szczęśliwców, dla których „Nie ma” starczyło, i z ważnymi minami stali w długiej kolejce po autograf Mariusza Szczygła.

Targi Książki w Krakowie. Mariusz Szczygieł podpisuje „Nie ma” (29.10.2018)

Czekałam na nią aż do teraz, kiedy nadeszła z tysiącem książek od Empiku. Dzięki temu skończyłam lekturę w dogasającym słońcu lutego zwiastującym niedaleką wiosnę, co oczywiście wpływa na mój odbiór. Przekornie optymistyczny, bo wspólny wszystkim opowieściom BRAK postrzegam jako możliwość wypełnienia pustki nowym, początkiem drogi, którą to „nie ma” wyzwala.

Te teksty są wyjątkowe i trudno o nich zapomnieć, bo uwierają jak drzazgi pod paznokciami. Może to dlatego, że słowa Szczygła nadpisują myśli. A czynność ta, jak wiadomo, jest nieodwracalna. I jeszcze przez język – chociaż reporterski, to soczysty, którego największą ozdobą jest brak ozdobników i prawda słowa. Taki Szczygłowy z domieszką porad Hanny Krall, które autor przytacza wprost w tekście i od razu eksperymentuje, czy działają.

Czy to nie mistrzostwo, żeby tak opisać słynną modernistyczną willę Müllerów z Pragi, że kiedy po lekturze rozdziału człowiek gogluje sobie, jak naprawdę wyglądają jej wnętrza – czuje się lekko rozczarowany? Bo wyobraźnia wiedziona opisem wyniosła ją niemal do rangi pałacu, a tu rzeczywistość prozaiczniejsza, niż proza „Nie ma”.

Drażniło mnie zawsze, kiedy autor – narrator zwraca się do swojego czytelnika bezpośrednio w tekście, bo to tak dziwne, jakby aktor grający w filmie nieoczekiwanie popatrzył wprost w obiektyw i zapytał: hej, widzu, dobrze to zagrałem? A tu proszę, uśmiałam się setnie, bo Mariusz Szczygieł w rozdziale o swoim ojcu w Pradze,  kiedy mowa o światowych czeskich przebojach, pisze nagle: „Oj, nie zauważyliście? Czytamy w-o-l-n-i-e-j!  Powiedziałem: światowe czeskie przeboje (…)” Okazuje się więc, że chodziło o jakość tego rozwiązania. Można? Można.

Urzeka mnie pomysł, żeby z NIE MA zrobić znak towarowy, pisząc te słowa wersalikami, na czerwono i w górnym indeksie. Dzięki temu autor podniósł dwa wyrazy oznaczające niebyt do rangi czegoś, co istnieje i powinno być objęte szczególną ochroną.

Tytuł książki czytam dwojako: jako wspólny mianownik umieszczonych w książce teksów, ale również jako wprowadzenie do zbiorowej świadomości wiedzy o tym, czego do tej pory tam nie było – czeskiej poetki Violi Fischerovej, ojca pisarza Jerzego Szczygła, artysty od specyficznych rzeźb w dziwnych miejscach Tomasza Górnickiego, pewnej optymistycznej Ewy, co rozpisała swoje życie w tabelkach Excel czy sióstr Wicher, literatek, które zmieniły po wojnie nazwisko.

Z tego szeregu wyłamuje się tylko tekst o Ewie T., który zbyt dobrze pamiętam z publikacji w „Dużym Formacie”, i którego ponowna lektura była udręką.

Książka pełna jest smaczków, klimatów znajomych, tylko w innym anturażu – Mariusz Szczygieł pisze o węgierskim sklepie z rzeczami po zmarłych, gdzie m.in pełno starych zdjęć. Na takie same trafiałam w antykwariatach belgijskiego miasteczka książek – Redu. Też wzbudzały we mnie ciekawość pomieszaną z niechęcią.

W tym sklepie autor kupił kartę pocztową, której treść przytacza w książce. I tak unieśmiertelnia zwykłe słowa kogoś, kto, jeżeli w ogóle o tym pomyślał to raczej, że prędzej wyblakną albo zgniją z niepotrzebnymi szpargałami, niż że w XXI wieku przeczytają je tysiące Polaków.

Jestem wdzięczna Mariuszowi Szczygłowi za wspaniały rozdział o Ludwice i Zofii Woźnickich – zapomnianych dziś pisarkach, bliźniaczkach, opiekunkach młodych braci Kaczyńskich. Ludwika jest między innymi autorką „Czarki” – książki dla młodzieży, która wyłoniona z grupy książek do tej pory mi obojętnych zyskuje nagle nowy status: do przeczytania. Tak się wraca książki do łask.

Trafiając na rozdział o ubytkowaniu (będący wstępem do historii Woźnickich) smutno się uśmiechnęłam. Mowa w nim o tym, czego bibliotekarz nie lubi, a musi robić – decydować, które książki nie zasługują już więcej na zagłębienie się w rękach czytelnika, bo poddane zostaną selekcji i trafią na makulaturę. (Póki co nasze gimnazjalne „Czarki” oparły się selekcji, bo jeszcze na długo przed tekstem Mariusza Szczygła wiedziałam, że raczej nie powinnam ich ubytkować.)

Książki Ludwiki Woźnickiej w naszej biblio.

„Nie ma” jest również książką bardzo osobistą – i nie chodzi mi akurat o obecność na jej kartach posiadacza kapelusza z Sardynii, artysty malarza pokojowego – ojca autora. Są w niej odważne i intymne wyznania, bo chociaż Mariusz Szczygieł unika narracji w pierwszej osobie, to wyznawcy jego twórczości bez trudu odkryją, kiedy pisze o sobie.

Zgodnie z upomnieniem autora starałam się czytać w-o-l-n-i-e-j. Niuchy znakomitych, pachnących nowością opowieści czynione między rozdziałami z nosem przy zszyciu spowalniały trochę lekturę 332 stron z bezszeryfową czcionką. Nie pamiętam, bym po skończeniu jakiejś książki od razu chciała czytać ją jeszcze raz. A „Nie ma” chcę.

Podczas ŚFN w Katowicach autor powiedział, że odzew czytelników na „Nie ma” jest dwojaki: „wspaniała” oraz „do kitu”. Zaintrygowana liczyłam więc na możliwość zmiany w podejściu do twórczości Mariusza Szczygła. W końcu ileż można autora uwielbiać i spijać każde jego słowo z poniedziałkowych felietonów w DF?

Niestety, o zmianie nastawienia mowy nie ma. NIE MA.

Mam ochotę bić brawo Sosnowieckiemu Centrum Sztuki – Zamkowi Sieleckiemu za wystawę, którą właśnie otworzył. Nosi nazwę „W oczach młodych. Życie i śmierć w będzińskim getcie”, i chociaż traktuje o jednym z miast Zagłębia Dąbrowskiego – moim mieście, to powstała w Stanach Zjednoczonych i jest prezentowana w Polsce po raz pierwszy!

 

Historia miejsca, w którym człowiek się wychowywał, i które wpłynęło na jego życie powinna fascynować – to dlatego tak entuzjastycznie zareagowałam na ten projekt. Bardzo długo mieszkałam na Kamionce, czyli właśnie w tej dzielnicy, której wojenną, niechlubną historię prezentuje wystawa.

Wszystko, co możemy na niej oglądać, to efekt zaangażowania studentów Northern Arizona University, którzy od 2013 do 2104 r. pod kierunkiem dr Björna Krondorfera zbierali materiały w ramach projektu badawczego Martin-Springer Institute. W wyniku ich pracy powstał cenny zbiór świadectw i dokumentów, które postanowiono przekazać do fachowego opracowania, żeby mogły być udostępnione jak najszerszemu gronu odbiorców. Studenci od samego początku zdecydowali się bazować tylko na źródłach dotyczących losów będzińskiej młodzieży. I to akurat świetnie dla naszego miasta, bo powstał produkt skrojony na miarę Będzina, który powinien znaleźć tutaj miejsce na stałe.

To, że wystawa trafiła do Polski jest zasługą Jeffreya Cymblera (jego przodkowie mieszkali w Będzinie i Zawierciu), który obejrzał ją w Nowym Jorku i pomyślał, że koniecznie muszą ją zobaczyć mieszkańcy naszego regionu. Dzięki jego pomocy „W oczach młodych” trafiło do nas. Kuratorem sosnowieckiej wystawy jest Monika Kempara.

Otwarcie wystawy. Z prawej Monika Kempra, drugi z lewej – Jeffrey Cymbler.

Wystawa prezentuje losy siedmiu młodych osób, które mieszkały w Będzinie przed wojną i w jej trakcie. Historię będzińskiego getta zaprezentowano, cytując m.in. fragmenty pamiętników, wspomnień oraz relacji tych, którym udało się przeżyć. Wśród „opowiadających” jest oczywiście znana bardzo dobrze będzinianom Rutka Laskier oraz Sam Pivnik, autor książki „Ocalały”, który przed wojną uczył się w murach naszej szkoły!

Na planszach możemy zobaczyć nieznane do tej pory zdjęcia dawnego Będzina. Pochodzą m.in. ze zbiorów Holocaust Memorial Museum, Yad Vashem, Muzeum Bojowników Getta w Izraelu, czy zbiorów prywatnych. I właśnie to ostatnie źródło ma największy potencjał, bo kryje materiały, których świat do tej pory nie widział. Fotografie zamieszczone na wystawie zrobiły na mnie wrażenie, bo odkrywają mało znane oblicze miejsca, które dobrze znam, i którego historii zawsze byłam ciekawa.

Wystawa jest tłumaczona z angielskiego (tłumaczenia dokonał Sławomir Konkol) i na drodze ustaleń z autorami nie wprowadzono w niej zmian, chociaż w niektórych miejscach można było – zgodnie z obecnym stanem wiedzy – coś uzupełnić lub wyjaśnić.

Rzeczy znalezione na terenie getta będzińskiego wypożyczone na czas wystawy od Fundacji Centrum Kultury Żydowskiej im. Rutki Laskier w Będzinie.

W wielu miejscach przytaczane są słowa z pamiętnika Rutki Laskier, który pisany był na Kamionce. Pod wpływem podwójnej translacji – z polskiego na angielski i z angielskiego znów na polski –  słowa będzińskiej Żydówki zostały zniekształcone. Z wysoko uniesioną brwią czytałam, co też Rutka napisała, chociaż przecież dobrze znam jej zapiski i wiem, że w tym miejscu używa zupełnie innych słów. Nie ma to znaczenia dla przeciętego odbiorcy – przekaz jest zachowany, tylko słowa różnią się od oryginalnych.

W oryginale dziennika Rutki ten fragment brzmi: „Obrzydły mi te szare domy, strach malujący się na każdej twarzy. Ten strach przyczepia się do każdego swymi mackami i nie chce puścić.”

To oczywiście drobnostka wobec znaczenia i niepowtarzalności tej wystawy. Uważam, że licealiści i gimnazjaliści z naszego miasta powinni ją zobaczyć. Mam nadzieję, że po 17 marca, do kiedy można ja oglądać w Sosnowcu, trafi też do Będzina, o którym przecież traktuje. I wtedy też będę biła brawo Muzeum Zagłębia w Będzinie.

Panel dyskusyjny po wystawie „Trough the Eyes of Youth: Life and Death in the Bedzin Ghetto” w USA: https://vimeo.com/254849284


W 2012 roku praca „W getcie będzińskim…” przygotowana przez naszych gimnazjalistów zajęła III miejsce w ogólnopolskim konkursie „Póki nie jest za późno”. Można o niej poczytać tutaj.

Wraz z rozpoczęciem edukacji w Szkole Podstawowej nr 8 w Będzinie zaczynał się również okres marzeń dotyczący mojej przyszłości. Już wtedy wiedziałam, że zwiążę się trwale z książkami.

We wrześniu 2018 r. wróciłam do mojej dawnej szkoły jako pracownik. Nauczyciele, którzy pracują tam od dawna wspominali, że mają mnie przed oczyma za ladą biblioteki szkolnej trwającą na posterunku podczas każdej przerwy. I tak do końca ósmej klasy. A potem jeszcze dalej, do spełnienia marzeń.

Wracając do tamtego 1 września sprzed wieków: stałam sobie podczas uroczystości przyjęcia w grono uczniów na stali gimnastycznej (co utrwalono nawet na zdjęciu) i gdzieś tam zaczynałam roić o pracy w bibliotece.

Stoję w środku, w sukience z dwoma guzikami, którą uszyła mi Babcia.

Dużo, dużo później, czyli przed dwoma tygodniami, stanęłam dokładnie w tym samym miejscu jako bibliotekarka, szczęśliwa, że przyczyniłam się do wzbogacenia tysiącem książek mojej pierwszej biblioteki, w której spędzałam w dzieciństwie każdą wolną chwilę. Czy możecie wyobrazić sobie takie zapętlenie? Uwikłanie w marzenia, które teraźniejszością nawiązały do przeszłości.

Miesiąc temu w archiwum z dokumentacją biblioteczną znalazłam zeszyt w wiekowej okładce: Wiersze na różne uroczystości. W środku, obok wpisanego starannym pismem wierszyka o księgarni, odkryłam dopisane ołówkiem moje imię i nazwisko. Ze wzruszeniem wydobyłam z pamięci szkolną akademię, podczas której go recytowałam.

Od razu pomyślałam, że ten wiersz musi rozpoczynać zbliżającą się uroczystość empikową. Akurat nadawał się idealnie – tematem była księgarnia, ogrom oferowanych przez nią książek – wszystko się zgadzało! Reszta scenariusza wypłynęła z tego wierszyka jak rzeka. Tak skierowałam odrobinę przeszłości do teraźniejszości, z uśmiechem i ze wzruszeniem. To była prywata o podłożu sentymentalnym, do tej pory utajona… Wiedziała o niej moja współbibliotekarka w SP nr 8 – Agnieszka, i nauczycielka, która przygotowała uczennice do recytacji.

Tak więc wierszyk wybrzmiał znów w tym samym miejscu, uczniowie z zaangażowaniem przedstawili wszystkie składniki przepisu na sukces, dzięki któremu mamy teraz 1000 powodów by czytać: piękny plakat, namolne przypominanie o głosowaniu, zaklejenie całej szkoły i połowy miasta prośbami o głosy, dręczenie o nie wszystkich rano i wieczorem na Facebooku, baner na płocie szkoły i pozyskanie przychylności wielu, wielu osób i instytucji, dzięki którym uzbierało się nam ponad 22 tysiące głosów.

Uczniowie prezentują składniki „Przepisu na sukces”.

A potem zabrzmiała melodia, którą wielu zna i lubi. Kojarzy się tak pozytywnie, jak nam, zwycięzcom III edycji konkursu „Tysiąc powodów by czytać” będzie kojarzył się już zawsze Empik, organizator tego całego zamieszania ;-).

Ze starej melodii do piosenki „Cicha woda brzegi rwie” i nowych słów o naszych zmaganiach powstała „Piosenka empikowa” – jak napisał mój znajomy, Grzegorz – wisienka na torcie uroczystości z dnia 18 stycznia 2019 r. Bardzo mnie to cieszy, bo chciałam, żeby była charakterystyczna.

I to już koniec – a właściwie początek. 1000 książek jest już w bibliotece, teraz układamy je alfabetycznie i za chwilę ekspresowo wpiszemy do systemu, żeby poszły w dobre, czytelnicze ręce! 😊

Książki przed szkołą – jeszcze zapakowane…

 

… i wyswobodzone 🙂

—-

O sukcesie Będzina w konkursie Empiku napisano m. in. tutaj:

Strona FB Biblioteki SP nr 8 – TUTAJ.

—-

Nasi gimnazjaliści, Pani Dyrektor i pracownicy Gimnazjum nr 3 przyczynili się bardzo do zwycięstwa SP nr 8 – na moją prośbę głosowali przez trzy długie tygodnie. Cieszę się, że przybyli na uroczystość przedstawiciele Empiku i aktorzy z Poznania mogli im osobiście podziękować. I ja też jeszcze raz dziękuję! 😊

Koniec – początek

Mimo smutnego końca, który niebawem czeka nasze gimnazjum i bibliotekę – pewnie rozproszoną tu i ówdzie – życzę bywalcom tego blogu wiele powodów radości w roku 2019!…

…podobnych np. do tej, kiedy dowiedziałam się, że wygraliśmy 1000 książek dla SP nr 8 w Będzinie (razem z koleżanką bibliotekarką Agnieszką, której rzucam się na szyję po wejściu do budynku podstawówki) .

Informacja o zajęciu 2 miejsca w konkursie Empiku zastała mnie akurat chwilę po skończonej dniówce w gimnazjum, dlatego pierwsza radość wyskakana jest między tutejszymi regałami. Potem był bieg do SP8, gdzie cieszyliśmy się już wszyscy.

To jest ten filmik, który obiecałam dawno temu, prosząc o głosy w konkursie. 🙂