Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Warte podkreślenia’ Category

Przed wojną w Będzinie urodził się Stanisław Wygodzki. W maju minęła kolejna rocznica jego śmierci – zmarł w 1992 roku w Giwataim (koło Tel Awiwu w Izraelu).

Informację o śmierci Wygodzkiego (z błędną datą – zmarł 9 maja) przedrukował regionalny magazyn „Ekspres Zagłębiowski”, nr 7-8/1992, str. 2.

Wygodzki zaczął pisać w latach 30. XX wieku, a szczyt popularności jego twórczości przypadł na lata 50. i 60. Tworzył wiersze (wydał 9 zbiorów poezji), prozę, ale też opowiastki dla dzieci. Był recenzentem, tłumaczem, autorem reportaży i scenariuszy.

Jak wysoko ceniona było jego pisarstwo można przekonać się, przeglądając wydaną w 1957 roku broszurkę „Pisarze Polski Ludowej”. Sylwetka poety i prozaika z naszego miasta prezentowana jest tam razem z takimi tuzami literatury polskiej jak Tadeusz Konwicki, Stanisław Lem czy  Tadeusz Różewicz.

Adam Tatomir „Pisarze Polski Ludowej. Wybór sylwetek poetów i proziaków”. Warszawa 1957, s. 8-9.

Po wojnie Wygodzki opublikował tomik poezji „Pamiętnik miłości” (1948), za który dostał nagrodę Związku Literatów Polskich. Wiersze te, których nie sposób czytać bez wzruszenia, stanowiły pożegnanie z rodziną i były niejako rozrachunkiem z czasem wojny, w której stracił wszystkich bliskich. Podczas wywózki z getta w Będzinie podał sobie, żonie i czteroletniej córeczce luminal. Anna i Mindel zmarły, a do Auschwitz dojechał tylko on, bo jego dawka specyfiku okazała się zbyt mała na wieczny sen.

Do 1939 roku Będzin to było jego miejsce na ziemi. Po wojnie jednak tutaj nie wrócił, można sobie wyobrazić dlaczego. W jednym z opowiadań pisze o tym, co nie przestawało go dręczyć:

Gdyby wam wskazano, że oto tamta kobieta otruła swego syna w obawie, aby nie cierpiał w kaźni niemieckiej, czy mielibyście odwagę zapytać o to, co myśli, co czuje, gdy wspomina ten czyn? Czy zapytalibyście, jak czyn ów rozważa w swojej myśli nocą, gdy jest samotna? [„Ubranie”. W: „Upalny dzień”, Warszawa 1960, s. 254.]

Z drugą żoną Ireną i dwójką dzieci (Adamem, Ewą) osiedlił się w Warszawie. Wyjechał z Polski w 1968 roku, ale nigdy nie przyzwyczaił się do życia w Izraelu. Tęsknił za swoją ojczyzną, czemu dawał wyraz w poezji. Tak pisał w wierszu „64” z tomu „Drzewo ciemności” (Londyn 1971):

Raz tam być przejazdem –

wierzby, lipy, brzozy,

skrzyp chłopskiego wozu,

mgłą zasnute gwiazdy.

[…]

Tam drzwi zaparte kłodą

na opuszczone pokoje

i tam, w milczeniu, postoję

dla nieskończonych powodów.

[Cytat za: Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 43.]

Od 1970 roku jego twórczość była w Polsce zakazana, więc z bibliotek masowo wycofywano zbiory prozy i poezji sygnowanych nazwiskiem Wygodzkiego. Nie przetrwało ich dużo, można więc uznać, że każdy ocalony egzemplarz jest dziś w jakiś sposób cenny.

Napisał wiele opowiadań, w których porusza tematykę Holocaustu, ale w swoich tekstach wraca też do Będzina sprzed wojny, z czasów młodości i dzieciństwa. Dzięki tym obrazom przelanym z pamięci na papier mamy możliwość przyjrzenia się miastu sprzed stu lat. Opisuje na przykład, jak wyglądało życie na Podzamczu, gdzie mieszkał.

Podzamcze w Będzinie. Źródło zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe: https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/jednostka/-/jednostka/5928674

To miejsce było wówczas inne niż obecnie: teren przy zamku i wzdłuż Przemszy był dosyć gęsto zabudowany. Mieszkali tam głównie ubodzy mieszkańcy pochodzenia żydowskiego, w przeciwieństwie do tych majętnych, którzy zajmowali reprezentacyjne kamienice przy ul. Małachowskiego. Choć była to dzielnica przeludniona, nędzna i raczej nieatrakcyjna, to we wspomnieniach Wygodzkiego jawi się jako klimatyczna, swojska. To pewnie także za sprawą czaru dzieciństwa, dzięki któremu każde miejsce – nawet i najbrzydsze na świecie –  zostaje opisane przeważnie w sposób pozytywny.

Jest w Będzinie zapomniana uliczka na terenie byłego getta będzińskiego, której w 2017 roku miasto nadało miano Stanisława Wygodzkiego. Idę o zakład, że mało który z jej mieszkańców wie, kto zacz, ten Wygodzki.

Widok na ulicę Stanisława Wygodzkiego od strony ulicy Rutki Laskier.

Jeden z przedwojennych domów przy ul. S. Wygodzkiego. Mieszkałam naprzeciw w domu, którego już nie ma.

Tuż obok, na ulicy Rutki Laskier, Wyzwolenia czy Wilczej mieszkają nasi uczniowie. Pewnie nie przypuszczają nawet, że pisarz przez pewien czas tam pomieszkiwał. W czasie wojny został wysiedlony ze swojego mieszkania przy ul. Sączewskiego 13, przenosił się kolejno na ul. Kołłątaja, potem Podjazie, by wylądować ostatecznie na Wilczej, o której wspomina nawet w wierszu „Kamionka”:

Dom przy ul. Sączewskiego 13, gdzie przed wojną mieszkał Stanisław Wygodzki.

Fragment ulicy Wilczej.

Obrazki z ulicy Wilczej.

Widok z końca ul. Wilczej na pola ciągnące się za Kamionką w kierunku sosnowieckiej Środuli, gdzie w czasie wojny również znajdowało się getto.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku szkolnym uda mi się przeprowadzić z naszymi uczniami cykl lekcji o pisarzu. Początkiem niech będzie to nagranie, w którym czytamy fragment opowiadania „Basy”. To jedno z tych, w którym Wygodzki przedstawia nam Będzin, jakiego do tej pory nie znaliśmy.

[Fragment „Basów” czytają uczniowie, którym bardzo dziękuję za udział w przedsięwzięciu: Alicja Ferdyn, Lena Stachera, Maria Wilk, Aleksander Zagórny.]

Już w 2010 roku Wojciech Grabowski zrealizował film „Wspomnienie z Będzina”, w którym wykorzystano fragment opowiadania „Szatanek” S. Wygodzkiego:

 

Przy pisaniu tekstu korzystałam m.in. z artykułów:

Monika Szabłowska-Zaremba „Tragarz pamięci” – rzecz o Stanisławie Wygodzkim. W: „Ślady pamięci”. Kraków 2010, s. 213-230.

Włodzimierz Wójcik „Żydowska polska dusza. O Poezji Stanisława Wygodzkiego”. W: „Spotkania zagłębiowskie”. Katowice 2006, s. 37-49.

 

O Stanisławie Wygodzkim pisałam też tutaj.

Read Full Post »

Z okazji Big Book Festival do Warszawy przyjechała Razia Iqbal prowadząca program „Talking Books” w  BBC. W dzisiejszym wydaniu „GW” wydrukowano wywiad Mileny Rachid Chehab z dziennikarką. Pod koniec tekstu natknęłam się na taki fragment:

Sama pochodzę z rodziny, w której książek nie było – ojciec był samoukiem, a matka skończyła edukację w wieku lat 17. Trafiłam na nie przypadkowo, gdy jako nastolatka, szukając rozrywki po lekcjach, wstąpiłam do biblioteki i poprosiłam o cokolwiek (dostałam Jane Austen). Wydaje mi się jednak, że największa odpowiedzialność spoczywa właśnie na rodzicach i szkole. To nie jest tak, że młodzi ludzie nie czytają, przecież cały czas wgapiają się w ekrany telefonów. Problem pojawia się wówczas, gdy do przeczytania jest dłuższy fragment tekstu.

Dobrze zacząć od przywrócenia należnego miejsca bibliotekom, bo to one wyrabiają nawyk systematycznego obcowania z książką. Dlaczego więc np. nie zrobić rodzinnego rytuału z półgodzinnych odwiedzin w bibliotece w każdy sobotni poranek?

„GW” z 15.06.2015 r., s. 14.

 

Właśnie! Nawyk systematycznego korzystania z książki od najmłodszych lat – i to codziennie, a nie tylko podczas wyprawy do biblioteki miejskiej, wyrabia biblioteka szkolna! Szkoda, że decydenci coraz częściej o tym zapominają, a kilka lat temu na serio zastanawiano się, czy biblioteki szkolne w ogóle są potrzebne!…

Tutaj można obejrzeć rozmowę R. Iqbal z autorem „Mojej walki” – K. O. Knausgardem:

Read Full Post »

zycie_ZabAutorytety odchodzą szybko, a pojawiają się bardzo wolno. Po śmierci jednej z takich właśnie osób wyciągam z półki w naszej bibliotece zbiór wywiadów Dariusza Zaborka „Życie. Przewodnik praktyczny” (Wyd. Agora, 2011).

Władysław Bartoszewski był niesamowitą personą. Jako 18-latek trafił do obozu Auschwitz, skąd został zwolniony po długiej chorobie. Był żołnierzem AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Pomagał w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej, działając w Żegocie (zresztą za namową pisarki, Zofii Kossak). Po wojnie, uznany za szpiega, przesiedział kilka lat w więzieniu.

Nie wszyscy wiedzą, że po unieważnieniu wyroku przez ponad 20 lat był kierownikiem Referatu Wydawniczego Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich, a przez pewien czas także członkiem Zarządu Głównego SBP!

Był ambasadorem naszego kraju w Austrii, ministrem spraw zagranicznych, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przede wszystkim zaś przyzwoitym człowiekiem, i o tę przyzwoitość w życiu apelował do wszystkich. Był też dowcipny i odważny – nie bał się mówić tego, co myśli, nawet wtedy, kiedy innym było to nie w smak.

Władysław Bartoszewski powiedział kiedyś: Zaryzykowałbym twierdzenie, że jak ktoś urodził się człowiekiem, to łatwiej być porządnym człowiekiem niż świnią. Autor wywiadu zapytał o to zdanie. Tak skomentował je Bartoszewski:

Mnie się zdaje, że to jest łatwiej. Dla mnie: prościej. Miałbym koszmarne życie, żyjąc tak długo z poczuciem, że je z własnej woli spieprzyłem. No, a nie mam  poczucia, że byłem świnią, i to jest praktycznie moje jedyne bogactwo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z całego wywiadu D. Zaborka z Władysławem Bartoszewskim wyłuskałam kilka informacji dotyczących książek i czytania (jakżeby inaczej!), i – specjalnie dla Was –  że nie szło mu w szkole z matematyki… To zresztą bardzo wzruszające wspomnienie:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A na koniec zdjęcie, które – wciskając się między napierających na Profesora –  udało mi się zrobić podczas Targów Książki w Krakowie w 2010 r.

WB_TK

W długiej kolejce udało mi się wtedy dostać autograf.

W długiej kolejce wyczekałam też wtedy autograf.

Read Full Post »

Zdjęcie ze strony: http://pl.wikipedia.org

Zdjęcie ze strony: http://pl.wikipedia.org

Trzecioklasiści przychodzą do mnie właśnie po „Bajki robotów”. Przy okazji dyskutujemy sobie trochę o Stanisławie Lemie, jego niezwykłym intelekcie i wizjonerstwie.

Jako przykład wspominam opowiadanie „Przyjaciel Automateusza” napisane w latach 60., które przecież mogłoby stać się kanwą filmu „Her” z 2013 r. Scenariusz napisał Spike Jonze, opierając się na obserwacjach rozwoju współczesnych technologii informacyjnych. A tu Lem ciachnął sobie opowiadanko o tej tematyce 50 lat temu…

Oczywiście wspominam też o tym, że dostaliśmy kiedyś paczkę z książkami Autora od niego samego! 9 lat temu napisałam maila z prośbą o darowiznę dla naszej biblioteki. W marcu 2006 r. zupełnie niespodziewanie przyszła do nas paczka po butach… Od samego Stanisława Lema! Mam ją do dziś – razem z dowodem, że na nasz adres rzeczywiście przysłał ją Mistrz SF:

????????

dar Stanisław Lem

Read Full Post »

70 lat temu na ulicy w Drohobyczu (dziś na Ukrainie, przed II wojną światową leżącym na obszarze II Rzeczpospolitej) gestapowcy zastrzelili Bruno Schulza, pisarza, gimnazjalnego nauczyciela rysunków, prac ręcznych i matematyki, autora „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. To konieczne wyjaśnienia, bo większość gimnazjalistów z twórczością Schulza dopiero się zetknie.

Autoportret Bruno Schulza. Źródło: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, W-wa 2011, s. 11.

Pisarz miał już wyrobione papiery, które pozwoliłyby mu na wydobycie się z drohobyckiego getta. Niestety, nie przydały się. Schulz nie ma mogiły, bo nie wiadomo, gdzie pochowano jego i innych zamordowanych tego dnia mieszkańców miasta.

Mija dziś rocznica jego śmierci, ale w lipcu minęła też 120. rocznica urodzin.

Wyjmuję z półki książkę Wiesława Budzyńskiego „Uczniowie Schulza” (PIW 2011).

A tam tak – czasami odmiennie – wspominają go ci, których uczył w Gimnazjum Władysława Jagiełły:

Wspomina Julian Szklarski:

„Pamiętam, ukazała się ta jego książka „Sklepy cynamonowe”. Kupiliśmy tę książkę i zaczęliśmy czytać. Myśleliśmy, że to o sklepach, w których sprzedawano „szwarc, mydło i powidło”. Taki bowiem charakter miała większość sklepów w Drohobyczu i okolicznych miastach. Nie rozumieliśmy tej książki. Mówiliśmy „myszygene” (szalony) Schulz. I nie tylko uczniowie tak myśleli… ” (s. 33)

Antoni Deręgowski:

„(…) kiedy w końcu dowiedzieliśmy się, że napisał tę książkę, że to jest, jak mówiono, literat, chociaż nawet nie bardzo wiedzieliśmy, kto taki ten literat, to już sam fakt, że ten człowiek, nasz profesor, napisał książkę, to było coś i postanowiliśmy, że musimy ją zdobyć. Nie pamiętam, czy ją kupiliśmy, czy pożyczyliśmy z biblioteki. Wziąłem do ręki, próbowałem czytać, przeczytałem parę linijek i nic z tego nie zrozumiałem!” (s. 20)

Bruno Schulz – projekt exlibrisu biblioteki gimnazjum Władysława Jagiełły w Drohobyczu. Źródło rys.: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, Warszawa 2011, s. 62.

Alfred Schreyer:

„Oryginalna postać, którą trudno zapomnieć, i nie to, żeby miał jakieś cechy zewnętrzne, które rzucały się w oko… Najważniejszą cechą charakteru Schulza była niesłychana skromność. To kogoś, kogo – jak to się mówi – nie słychać i nie widać. Był człowiekiem niezwykle dobrym, sprawiedliwym, nigdy nikomu nie wyrządził żadnego zła. Zawsze cichy, nie podnosił głosu. Jedyny raz, kiedy głos podniósł i dziennikiem ucznia uderzył, to była w gimnazjum wielka sensacja, niesłychany wypadek, że Schulz coś takiego zrobił. Ale to już go ten uczeń musiał bardzo, bardzo wyprowadzić z równowagi.” (. 29)

Cecylia Pawlukiewicz:

„Moja starsza siostra Kazia była wtedy w 6 klasie. To już ostatnia klasa przed gimnazjum. Ją też Schulz uczył. I ona miała nawet tę odwagę, że poprosiła kiedyś o wpis do pamiętnika. Narysował śliczną tancereczkę w ruchu.” (s. 86)

Rysunek Schulza w pamiętniku uczennicy. Źródło rys.: W. Budzyński „Uczniowie Schulza”, Warszawa 2011, s. 67.

Karol Skrężyna:

„Ja nie powiedziałbym, że Schulz był zawsze łagodny. Owszem, był uprzejmy, ale jemu bardzo dokuczali na lekcjach; nie umiał dyscypliny utrzymać i ratował się bajkami. Raz to wściekł się na tego Moroza, bo to chuligan i ciągle dokuczał, a Schulz, jak miał linijkę w rękach, tak go tą linijką wygrzmocił po plecach! Zdenerwował się przy tym bardzo. (…) Potem się uspokoił, podszedł do Moroza i go bardzo przepraszał. Cały Schulz… ” (s. 70.)

Elżbieta Pietraszko:

„Schulz postawił na stole i na czymś tam jeszcze spodeczek i filiżankę z uszkiem i kazał rysować. No i większość z nas rysowała tak, jakby wszyscy siedzieli na wprost, jakby widzieli to przed sobą. I Schulz dostał szału. Powiedział: Przecież jedni widzą tak, a inni tak…pod katem! (…)

To był jeden epizod. Kolejny eksponat to bębenek dziecinny z dwiema pałeczkami, też na jakimś stosie książek, i sytuacja się powtórzyła.

Schulz tym razem tak się zdenerwował, że chwycił te pałeczki, skakał po ławkach, z ławki na ławkę, a było dużo tych ławek, bo stały w trzech rzędach – więc biegał tak po tych ławkach między uczniami i po głowach walił tymi pałeczkami…” (s. 44)

Czesław Biliński:

„Zawsze miał ładne ubrania: dobrze dobrane koszule, garnitury niebieskawe, popielate. (…) Cichy, spokojny, właściwie sprawiał wrażenie, że przeprasza, że żyje. Po korytarzach się przemykał.  (s. 72)

„Zaczęły się bajki. To ciekawe – jako dziecko bajek nie lubiłem, rodzice mi ich sporo czytali, a ja za nimi nie przepadałem. Schulz opowiadał – jak twierdził – tylko bajki „z tysiąca i jednej nocy”. Zastrzegał, że bajek Grimma u niego nie będzie, bo te są okrutne, brutalne, ponure… Tak mówił. A kiedy opowiadał – jakbym to po raz pierwszy słyszał…

Potem w domu sprawdzałem, miałem dużo różnych bajek, lecz takich (jak opowiadał) tam nie było!

Jestem przekonany, że sam je wymyślał.

…Banda cicho siedzi i słucha. Dzwonek, jeden, drugi… Początek następnej lekcji. Schulz w transie… Wchodzi kolejny profesor:

„Panie kolego, bardzo przepraszam, niech mi pan ich odda. Teraz moja kolej!” (s. 76.)

Read Full Post »

Był sobie pewien pan, który najpierw nie ukończył college’u, a potem założył w garażu firmę, która jakiś czas później zamieniła się w spółkę o ogromnej wartości.

Panem tym był Steve Jobs, spółką Apple.

Dziś pan od Jabłka udał się na wieczny niepowrót.

Pod koniec wakacji w „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, który Jobs wygłosił kilka lat temu na Uniwersytecie Stanforda. Trzy historie z jego życia. Gazety  już nie mam, ale strony z jego opowieściami wyrwałam i wsadziłam między książki. Dziś wydobyłam je stamtąd i przeczytałam ponownie stare dobre prawdy, o których Steve Jobs wiedział, że są dobre, dlatego codziennie je sobie powtarzał.

„Kiedy miałem 17 lat, przeczytałem: Gdybyś przeżywał każdy dzień, jakby to był twój ostatni, pewnego dnia okaże się, że miałeś rację. Zrobiło to na mnie wrażenie i przez następne 33 lata patrzyłem co rano w lustro, pytając siebie: Jeżeli to jest mój ostatni dzień, czy chcę zrobić dziś to, co zamierzam? Ilekroć odpowiedź brzmiała za długo „nie”, wiedziałem, że muszę coś zmienić.”

„Wiem na pewno, że przy życiu utrzymała mnie miłość do tego, co robię. Musimy pojąć, co kochamy, tak samo w pracy, jak w miłości. Praca wypełnia większość naszego życia i nie osiągniemy prawdziwej satysfakcji jeśli nie zrobimy czegoś, co uznajemy za wielkie. A zrobić coś wielkiego możemy tylko wtedy, kiedy to kochamy. Jeżeli nie wiemy jeszcze, co to jest, szukajmy tego. Nie ustawajmy. Kiedy znajdziemy to coś, będziemy wiedzieli jak w każdej miłości. I jak w każdym prawdziwym związku, będzie coraz lepiej w miarę upływu lat. A więc szukajcie. Nie ustawajcie w poszukiwaniach.”

„Pamięć, że wkrótce umrę, była najważniejszym instrumentem ułatwiającym mi podejmowanie kluczowych życiowych wyborów. Bo niemal wszystko, czego chce od nas świat – nasza duma, nasze obawy przed zbłaźnieniem się i porażką – nikną w obliczu śmierci, a zostaje tylko to, co naprawdę ważne. Pamięć o tym, że zaraz umrzesz, to najlepszy sposób na uniknięcie pułapki, która ci mówi, że masz coś do stracenia. Przed światem stoisz nagi. Nie ma powodu, byś nie podążał za głosem serca.”

„Dano ci czas i nie zmarnuj go, żyjąc cudzym życiem. Nie daj się zwieść dogmatom, co polega na życiu wedle tego, co wymyślili inni. Niech w hałasie cudzych głosów nie zatonie twój własny głos. I co najważniejsze, miej odwagę, by iść za głosem serca i duszy. One jakoś wiedzą, kim naprawdę chcesz się stać. Reszta jest nieważna.”

Cały tekst można przeczytać tutaj.

Read Full Post »

Wydaje się, że to było wczoraj: na jednej z uliczek odchodzących od krakowskiego Rynku Głównego (czy Szewskiej?) obchodzono hucznie 90. urodziny Czesława Miłosza. Zjawił się tam osobiście z żoną Carol, były kwiaty, życzenia i różne atrakcje. Rozdawano wtedy taką pocztówkę okolicznościową (mam ją nadal, przetrwała w moim biurku):

 

A tu dziś mija już 100 lat od urodzin poety. Dlatego też rok 2011 ustanowiono Rokiem Miłosza. Większość zaplanowanych w ramach tego Roku wydarzeń, choćby poetycki Festiwal Miłosza, odbywała się w Krakowie, ale akurat dziś obchody przeniosły się do Krasnogrudy,  gdzie w dworku należącym do rodziny pisarza ze strony matki otworzono Międzynarodowe Centrum Dialogu.

Z Miłoszem kojarzyć będą mi się już zawsze moje osobiste sukcesiki literackie, bo dosyć dawno temu w konkursie „Twórczość ze szkolnej ławy” dostałam jako nagrodę jego „Zniewolony umysł”. Miałam wtedy 13 lub 14 lat, więc po lekturze nie zrozumiałam jeszcze wielu rzeczy, dopiero kilka lat później nadrobiłam zaległości w odbiorze. „Zniewolony umysł” polubiłam jednak bardzo, bo mam w nim wpisy gratulacyjne i życzenia sukcesów literackich w przyszłości.

Kiedyś zaczytywałam się w pewnej małej książeczce wydanej przez „Znak” – „Przeciw poetom” Witolda Gombrowicza  – czyli dialogu o poezji z Czesławem Miłoszem (wyd. 1995 r.) To urocza kłótnia o poezję. Podobała mi się odwaga Gombrowicza w publicznym przyznaniu, że poezji nie lubi. Tak na jego list odpowiedział wtedy Czesław Miłosz:

Panie Gombrowicz!

Pan ośmieliłeś się napaść w brutalny sposób na poezję i poetów. Pan obrażasz uczucia tysięcy ludzi, którzy piszą wiersze i z drżeniem serca czekają na odpowiedź z redakcji. Pan podgryzasz fundamenty bytu działaczy na niwie kultury, którzy czerpią dochód z kultu wieszczów. Pan niszczysz i mnie, który wypowiadam się niekiedy mową wiązaną. To wszystko można byłoby Panu wybaczyć, gdyby Pan nie miał racji. Ale Pan, mówiąc, „iż nikt prawie nie lubi wierszy i że świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz sfałszowanym”, ma całkowitą słuszność. (str. 43)

Pod jakimi warunkami Miłosz przyznaje Gombrowiczowi w tej kwestii rację – musicie doczytać już sami.

W tej samej książce zamieszczono też tekst „Pięćdziesiąt lat później”, w którym Miłosz napisał m.in.:

Porwane (…) nurtem zbiorowej potrzeby utwierdzania się w wielbieniu poszczególne drobiny ludzkie też chcą zostawić swój ślad i oto co drugi on albo co druga ona zaczyna pisać wiersze, podczas gdy wśród pasażerów każdego tramwaju czy autobusu dałoby się wyłowić zastęp marzycieli, przymierzających się do powieści.  (str. 69)

Teraz inaczej odczytuję te słowa, bo wiem, że i Miłosz potrzebował akceptacji dla swojej twórczości, domagał się od przyjaciół oceny (tylko pozytywnej) i bardzo chciał właśnie „zostawić swój ślad”. Kiedy czytałam je po raz pierwszy zupełnie niepotrzebnie bardzo się nimi przejęłam i wzięłam je do siebie.

 Z okazji obchodów Roku Miłosza wróciłam do lektury „Roku myśliwego” (wyd. 1991 r.) Czytam więc i uśmiecham się do jego myśli:

Przegroda dzieląca życie od śmierci tak cienka. Niewiarygodna kruchość naszego organizmu, tak że nasuwa się wizja: rodzaj mgły zgęszcza się w kształt ludzki, trwa chwilę i zaraz rozwiewa się. (str. 56)

Zawsze zdawało mi się, że świadomość leczy. To znaczy, że zapobiega powtarzaniu tego, co raz uświadomione, aż tak bardzo, że potrafi zażegnywać śmierć, skoro powtarzalności śmierci jesteśmy świadomi. Dowodzi to, że moja myśl była mitologizująco- dziecinna. Ileż to stronic druku poświęcono np. ludzkiej próżności, przeanalizowano ją wzdłuż i wszerz i nic nie pomaga, najbardziej świadomi jej wybiegów ulegają jej i narażają się na drwiny bliźnich przenikliwych w śledzeniu cudzych wad, nie swoich. (str. 133)

A na koniec, żeby postać Miłosza, dostojnego poety i noblisty trochę odbrązowić, przytoczę fragment wywiadu z jego synem, Anthonym, który ukazał się dziś w „Dużym Formacie” (nr 24/2011):

„Na przyjęciach uniwersyteckich Amerykanie siedzą, rozmawiają, nie przychodzą tam, żeby rozrabiać, więc ja [ojcu] zarzucałem, że czasami w tym pierwszym okresie potrafił trochę za bardzo się wyróżniać. Tak samo mama miała mu za złe, że potrafił wypić więcej niż inni i być w towarzystwie tym jedynym, który się wygłupia.”

A o jakie wygłupy chodziło synowi poety? Wyjaśnia to fragment listu Miłosza do Jerzego Andrzejewskiego:

Tony mnie łaje, że nie umiem zachować godności profesora (…) i na moje chodzenie na czworakach patrzy niechętnie.

Serdeczne życzenia składam wszystkim urodzonym tego dnia, szczególnie Pawłowi, który tak jak Miłosz, urodził się 30 czerwca, tylko kilkadziesiąt lat później.

Read Full Post »

Z czytelnictwem w Polsce nie było nigdy najlepiej, a obecnie jest jeszcze gorzej. Według najnowszych badań Biblioteki Narodowej dążymy do intelektualnej samozagłady.

Kiedyś czytanie, oczytanie, wiedza, będąca naturalnym wynikiem zamiłowania do książek, była w cenie, dziś nie jest już wartością samą w sobie. Dlatego dzisiejsze „Warte podkreślenia” poświęcę czytaniu.

Bodil Malmsten – szwedzka pisarka i poetka w autobiograficznej książce „Moje pierwsze życie. Ukochany przez bogów nie umiera” (Wydawnictwo Literackie) opisuje swoje dzieciństwo. I chociaż odnosi się do tamtejszej kultury i realiów odmiennych od polskich, to tęsknota za minionym, idealizowanie dzieciństwa – są wspólne wszystkim, przez co czynią tą lekturę zrozumiałą dla każdego. Wśród wielu tematów poruszanych w „Moim pierwszym życiu” trafiłam na te związane z czytaniem:

Nie pamiętam, co robiłam, zanim nauczyłam się czytać. Pewnie wisiałam na trzepaku głową w dół, jak nietoperz, aż odkryłam bezsens takiego wiszenia i rozluźniłam uchwyt. Gdy tylko nauczyłam się składać litery, zrozumiałam konieczność czytania.

Książkom czas nie daje rady. Okładki mogą zawilgotnieć, strony może pokryć pleśń, ale słowa nie ruszą się z miejsca, opowieść nie popadnie w ruinę, nie rozpadnie się na kawałki. Dla opowieści z książek wiek nie ma znaczenia. Jest niezniszczalna.

Czytałam szybko i z zapałem, od deski do deski, bez zatrzymywania się na wyraz i pojęciach, o których nie miałam pojęcia.

Czytanie nie było dla mnie ucieczką. Nie czytałam z tchórzostwa. Czytałam, żeby skonfrontować się z tym, czego nie znałam. Czytanie było aktem odwagi. Opuszczając własny umysł i zaglądając w głąb innego, człowiek odbywa swoją największą podróż, nie tracąc przy tym życia.  (s. 180-187)

O czytaniu pisze też w ostatnim numerze „Nowych Książek” Jan Gondowicz („Głos z szafy” – „Nowe Książki” 3/2011, s. 81)

Z czytania robi się problem. Jakaś wraża siła spycha je do enklaw dziwaków, tetryków, hobbystów. Ma tam wypełnić bezproduktywny czas bezbronnym przedstawicielom „pierwszego” i uprzykrzonym ofiarom „trzeciego” wieku. Wiek produkcyjny jest zbyt cenny, by go na próżno marnować. Czytanie traci prestiż. Trąci wonią starej szafy. To określenie Wisławy Szymborskiej(…)

Sztuka czytania nie jest rozrywką, ale może być rozrywką; nie jest eksperymentem, ale może być eksperymentem; nie jest filozofią, ale może być filozofią; nie jest rewoltą, ale może być rewoltą; nie jest ekstazą, ale może być ekstazą. W ostatecznym rachunku nic innego jak tylko sztuka czytania utwierdza nas, że każda rzecz może być czymś innym, a nawet swoim własnym przeciwieństwem.

 

 

Żywa reklama sklepu z książkami. Czytający chłopak na Rynku w Krakowie.

 

Read Full Post »

Zawsze uczono mnie, że książki należy szanować.

Na pierwszej lekcji bibliotecznej w szkole podstawowej bibliotekarka surowo upomniała nas, żebyśmy nawet nie śmieli pomyśleć, żeby w książce coś napisać, podkreślić, zaznaczyć. Broń Boże!

I tak też sobie żyłam w grzecznym książek poszanowaniu, aż na ostatnim roku studiów w ramach przedmiotu „czytelnictwo” uświadomiono mi, że książka z podkreśleniami, ba! dopiskami na marginesach czy rysunkami to bardzo cenne świadectwo, jakie zostawia po sobie czytelnik. Przekazuje bowiem czytelnikom kolejnym jasną informację: To ważne! Nie przegap! Zrobiło to na mnie wrażenie! Zwróć  uwagę!
Ta ciekawa koncepcja bardzo mnie zainteresowała, całą sprawę jeszcze raz przemyślałam i zadecydowałam, żeby jednak sobie trochę w książkach pofolgować i popodkreślać – oczywiście to, co warte podkreślenia. Robię to (tylko w moich prywatnych książkach i raczej ołówkiem),  żeby sobie po jakimś czasie przypomnieć, co też wcześniej mnie zastanowiło, albo co się spodobało.

Dziś powołuję do życia kolejną kategorię wpisów na blogu: tutaj będę dawała znać o tym, co warte było podkreślenia gdzie indziej 😉

Na pierwszy rzut niech pójdą moje stare podkreślenia z „Upadku” Alberta Camusa. Wybiorę tylko kilka, bo w książce jest ich dość dużo.

Wszystkie cytaty pochodzą z wydania "Obcy, Dżuma, Upadek", Wyd. Literackie, Kraków 1972

 

„Wie pan, że są ludzie, których religia polega na przebaczaniu zniewag; przebaczają, ale nie zapominają ich nigdy. Nie byłem z dość dobrego kruszcu, żeby przebaczać zniewagi, ale w końcu zawsze o nich zapominałem.” s. 372-373.

„Tylko śmierć przekona ludzi o pańskich racjach, pańskiej szczerości, powadze pańskich trosk. Jak długo pan żyje, pański wypadek jest wątpliwy, ma pan prawo jedynie do ich sceptycyzmu.” s. 387.

„Wszyscy jesteśmy wyjątkowymi wypadkami.” s. 391.

„Przede wszystkim niech pan nie wierzy przyjaciołom, kiedy poproszą, żeby był pan z nimi szczery. Spodziewają się tylko, że podtrzyma ich pan w dobrym mniemaniu o sobie, dostarczając dodatkowego upewnienia, które daje im pańska obietnica szczerości.” s. 392-393.

Read Full Post »