Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Grudzień 2011

Moja koleżanka koniecznie chciała przeczytać wydaną niedawno książkę Marka Niedźwieckiego.

Przed świętami wybrała się do księgarni i wzięła wspomnienia dziennikarza radiowego do ręki.

Otworzyła na pierwszej stronie, przebiegła wzrokiem i… nie kupiła. Powiedziała, że w święta chciałaby przeczytać coś optymistycznego, a te wspomnienia na pewno będą smutne.

To po tych zdaniach była o tym święcie przekonana:

Kiedyś myślałem, że to ja wybrałem samotność. Teraz podejrzewam, że to samotność wybrała mnie, a ja z czasem ją polubiłem.

Tylko że książka „Nie wierzę w życie pozaradiowe” (Wyd. Agora SA) nie jest smutną opowieścią.

To historia pewnego nieśmiałego chłopca z małej miejscowości Szadek, którego ojciec widział w przyszłości jako masarza, czyli pana od robienia wędlin. Młodzieniec zaś, zamiast wciskać mięsiwo w kiszki postanowił na kiszki oddziaływać w trochę odmienny sposób: puszczać ludziom w radiu taką muzykę, że im w brzuchu coś ściska z radości, wzruszenia, albo nostalgii. Dla mnie Niedźwiecki nie został masarzem –  ale masażystą muzycznym ludzkich dusz 🙂

Jego historia to historia wielkiej pasji i spełnienia – młody Marek marzył o pracy w radiu, a teraz, od wielu, wielu lat po prostu to robi (wiem, co to znaczy spełnienie zawodowe, bo doświadczam tego samego – na pewno nie jest to nic smutnego).

To bardzo oszczędne wspomnienia. Niedźwiecki mógłby napisać i tysiąc stron o tym, gdzie bywał, co zobaczył i z kim rozmawiał (a już na pewno o korespondencji od rozkochanych fanek) – a napisał tylko 150, z czego i tak trzeba odjąć trochę na zdjęcia, których jest w książce dużo.

Zamieszczono też wiele urywków z jego pamiętnika, prowadzonego od początku studiów, a więc już kilkadziesiąt lat!  Po lekturze książki wiem też, że uwielbia notować nie tylko oficjalne listy przebojów radiowych, ale tworzy na użytek własny (i czytelników przy okazji) inne zestawienia: najładniejszych miejsc z podróży, osobistą listę „muzyki ciszy”, czy przebojów związanych z pierwszym wylotem do Ameryki …

Podobno Pan Marek nie ma już tak pięknego charakteru pisma, jak kiedyś.

Dziennikarz radiowej Trójki uchyla nam trochę drzwi do swojej prywatności. Lubi powtarzalność czynności i nie lubi, kiedy ktoś ją zaburza. Jeżeli musi już znosić odwiedziny, to oczywiście raczej krótsze niż długie. Lubi: zaszyć się w domu pośród płyt, dobre wino do dobrego filmu – najlepiej amerykańskiego horroru, zapach pomidorów, jabłek, mango. Kiedy irytuje go jakaś audycja w radiu, włącza sobie smutną płytę i od razu jest mu weselej…

A to utwór nr 1 na osobistej liście Marka Niedźwieckiego, którą układał podczas lotu nad USA w 1987 roku.

Najlepsze jest to, że po lekturze tej książki, dzięki której poznajemy przecież trochę lepiej jej autora, i tak czuć niedosyt.

I dalej nie wiadomo, czy Marek Niedźwiecki to „Nocny Marek, outsider czy już dziwak? Młodzian w przydługim swetrze, którym zawładnęła pasja, czy introwertyk nieprzystosowany do życia w stadzie?”

I bardzo dobrze. Umielibyście napisać o sobie ponad sto stron a mimo tego pozostać tajemniczymi?

Blog Marka Niedźwieckiego

Read Full Post »

Pamiętacie moją relację z tegorocznych Targów Książki w Katowicach i opowieść o antykwariuszu, którego tam spotkałam?

W najnowszym, grudniowym numerze czasopisma „Lampa” można przeczytać, jak Krzysztof Jastrzębski przygotowywał się do wizyty na Śląsku, i jak z jego perspektywy wyglądały konfrontacje wystawców z czytelnikami – po raz pierwszy odbywające się we wnętrzu kosmicznego Spodka. Ale nie tylko o tym.

Autor pisze też np. o wizycie w Lipinach – dzielnicy Świętochłowic, gdzie najlepiej nie wybierać się samemu…

Pod koniec tekstu znajdziecie też wzmiankę o … hmmm… „iskiereczce z Będzina”, to znaczy autorce tego bloga (w artykule zamieszczono nawet zdjęcie, które zrobiono nam na tle stoiska antykwariusza z Żoliborza).

Artykuł w formacie pdf czytaj tutaj: lampa.

Read Full Post »

Życzę…

…Anielskich Świąt!

Tak dobrych, tak pięknych.

Tylko nie tak ulotnych.

Takie aniołki wyczarowuje szydełkiem moja siostra... Angelika!

Read Full Post »

Na widok publiczny wystawiłam ostatnio książki, które nudzą się na regałach przez cały rok, aż do grudnia, czyli takie oto egzemplarze:


Znajdziecie tam inspiracje do przystrojenia stołu, choinki, pomysły na opakowanie prezentów, wiele przepisów i uwagi na temat zwyczajów świątecznych.

Największym hitem są chyba anioły wykonane z… butelek albo ośnieżone badyle 🙂 Te ostatnie łatwo będzie zdobyć i ośnieżyć na potrzeby domowe, bo dzięki sprzyjającej aurze pól i zarośli nie przykrywa gruba warstwa śniegu.  Żeby powiększyć zdjęcie wystarczy na nie kliknąć.

Mam w bibliotece jeszcze jedną, bardzo świąteczną książkę: „Na Gwiazdkę” Małgorzaty Musierowicz. To połączenie gawędy świątecznej z cytatami i przepisami.

We właściwy sobie ciepły sposób, który bardzo dobrze znają fani jej twórczości, autorka pisze o przygotowaniach do Świąt Bożego Narodzenia – adwencie, robieniu pierników, o mikołajkach i obdarowywaniu się łakociami. Musierowicz wspomina tony ozdób na choinkę tworzonych wspólnie z rodziną przy wielkim, drewnianym stole (ptaszki, aniołki) i wykonywane własnoręcznie prezenty. Przy tej okazji zdradza, że jej dzieci potrafiły znaleźć przygotowane dla nich upominki wszędzie, nawet w najbardziej nieprawdopodobnych schowkach.

Całość przeplatana jest odpowiednimi cytatami i przepisami – pisarka dzieli się z czytelnikami tymi, które sama wielokrotnie wypróbowywała i które dostała w spadku od rodziny.

We wstępie do książki tak pisze o zbliżającym się okresie:

Święta historia o Bożym Narodzeniu dla jednych jest prawdą, dla innych – tylko legendą lub opowieścią symboliczną. Jedni przeżywają ją całym sercem, inni pozostają obojętni, jeszcze inni – drwią. Nikt chyba jednak nie zdoła Bożego Narodzenia zignorować. Każdy musi się do niego w jakiś sposób odnieść – i nie może uniknąć chwili zastanowienia.

Na końcu wydawnictwa umieszczono kilka szablonów do samodzielnego wykonania choinkowych aniołków czy ptaszków.

Oto instrukcja stworzenia aniołka Gabrysia:

Read Full Post »

…każdy widzi. Wspaniałe z niebywałymi okazjami, ryzykowne z możliwością trafienia na nieuczciwego sprzedawcę.

Czasami robię tam zakupy dla biblioteki, i to nie tylko książkowe – za jego pośrednictwem kupiłam np. drewnianą podpórkę do ekspozycji nowości. Przy łucie szczęścia allegrowa cena książki łącznie z przesyłką potrafi być nawet połowę niższa niż w księgarni. Czasami też jakiś tytuł okazuje się być dostępny tylko tam – wtedy wybór jest jasny. Korzystam z allegro już ładnych parę lat i do tej pory udało mi się trafiać wyłącznie na uczciwych ludzi.

Miesiąc temu zamówiłam do biblio książkę „Biała jak mleko, czerwona jak krew” (oczywiście w świetnej cenie). Zapłaciłam od razu. Po dwóch tygodniach na horyzoncie nie widać było nawet cienia zamówienia. Weszłam na stronę sprzedającego, gdzie odkryłam w komentarzach wpis ostatniej, niezadowolonej klientki: że czeka już długo, a sprzedawca nie odpowiada na ponaglenia drogą mailową, zaś podany telefon jest namiarem na nieaktualne już miejsce pracy. Trochę się wkurzyłam, bo chociaż kilkanaście złotych to nie jest taki znów majątek, to z punktu widzenia zbieracza surowców wtórnych – jednak jest. Trzeba się trochę nazbierać i trochę nanosić.

– No, to pani wtopiła –  powiedział mi hurtownik, który przyjeżdża czasami z atrakcyjną ofertą książkową. – Bo oni tak sprzedają – kilka rzeczy w porządku, a potem lecą niezrealizowane zamówienia i konto im się zapełnia. Albo to może być też jakiś księgarz, który próbuje ratować psuty przez innych rynek: oferuje niskie ceny tytułów, które tanie nie są, ludzie się nabierają, wpłacają pieniądze, a po jakimś czasie, kiedy kupujący zaczyna się już denerwować brakiem zamówionego towaru, księgarz pisze, że nakład się właśnie wyczerpał i trzeba czekać trzy tygodnie. Wtedy klient życzy sobie zwrotu gotówki, a potem w ostateczności kupuje książkę w normalnej cenie. A o to księgarzom chodzi.

Ładne mi ratowanie zepsutego rynku śmierdzącymi sposobami!

Do mojego sprzedawcy napisałam maila pytająco-grożącego i udało mi się w nim nawet użyć biblioteki szkolnej jako argumentu! Byłam pewna, że książki nie zobaczę już na oczy, dlatego mile zaskoczyła mnie odpowiedź, że przesyłka została wysłana. No i rzeczywiście. W piątek odebrałam ją na poczcie. Dlatego wreszcie mam dla Was (prawie że pod choinkę):

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” autorstwa młodego włoskiego pisarza Alessandro D’Avenia. To historia pierwszej miłości i jak piszą – „współczesne love story”.

Jej bohaterem jest uczeń trzeciej klasy liceum humanistycznego – Leo, który zakochuje się na zabój w rudowłosej koleżance ze szkoły – Beatrice. Podziwia ją z daleka, marzy i nieustannie o niej myśli. Dziewczyna kojarzy mu się z czerwienią – nie tylko przez barwę włosów, po prostu czerwień to jego ulubiony kolor, w przeciwieństwie do białego, który jest dla Leo synonimem smutku, pustki. Nieoczekiwanie kolory te połączą się w jedno…

Jest jeszcze Silvia – przyjaciółka, która zawsze jest obok i kiedy trzeba wysłucha i doradzi, oraz Naiwniak – nauczyciel historii i filozofii. Pojawia się w szkole w zastępstwie za nieobecną

Okładka włoskiego wydania.

nauczycielkę a potem zostaje na stałe. To nauczyciel pasjonat, który potrafi zaciekawić uczniów, przekazać im trochę własnego zaangażowania w to, co robi, a nawet… skłonić do samodzielnego odrobienia pracy domowej – a nie tak, jak zwykle – odpisania jej od kolegów.

D’Avenia przedstawia historię z perspektywy Leo – łatwo było mu obrać ten sposób narracji, bo sam jest nauczycielem w mediolańskim liceum i z problemami uczuciowymi podopiecznych styka się na co dzień.

W powieści główny bohater wspomina o tym, że zagląda na blog swojego nauczyciela. Naiwniak wzorowany jest na samym autorze książki, który rzeczywiście prowadzi blog –  znajdziecie go tutaj.

Wyczytałam w nim, że w listopadzie ukazała się nowa powieść pisarza („Cose che nessuno sa” – „Rzeczy, których nikt nie wie”), a obecnie D’Avenia pracuje nad ekranizacją „Białej jak mleko…”. Film ma wejść do kin włoskich w 2012 roku.

Oto kilka cytatów z książki. O marzeniach:

„Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie.”  s. 24

„Chciałbym pozostawić po sobie jakiś ślad, a chyba tylko dzięki marzeniom, tym naprawdę wielkim, można to osiągnąć.”  s. 57

„Tak, mam pod oczami wory, które mi służą do przechowywania marzeń. Kiedy już znajdę moje marzenie, opróżnię worki i oczy zaczną mi błyszczeć, a spojrzenie stanie się lekkie.”  s. 60.

A tutaj możecie zobaczyć i posłuchać, jak autor czyta w klasie swoim uczniom pierwszy rozdział książki. Piękny jest ten język, cudowny po prostu:

Kto chciałby przeczytać pierwsze strony powieści może to zrobić na stronie wydawnictwa „Znak”, klikając w ikonę „Zajrzyj do książki”. A kto całość – zapraszam do biblioteki! 🙂

Jest nawet strona tej książki z materiałami dydaktycznymi dla uczniów i nauczycieli.

Read Full Post »

Oto rozstrzygnięcie konkursu na opis Waszej idealnej, wymarzonej biblioteki szkolnej.

Wyniki:

 I miejsce: Wiktoria Jewusiak, kl. 2 b,

II miejsce: Anna Zapora, kl. 2 b,

III miejsce: Dagmara Luboń, kl. 3 a.

GRATULUJĘ!

O lewej: Ania, laureatka II nagrody i Wiktoria, autorka zwycięskiego tekstu. Dagmara niestety chora - życzymy dużo zdrowia!

Nagrodami w konkursie były zestawy długopisowo-ołówkowe, kompendium wiedzy z literatury polskiej (dla zwycięzcy) oraz notatniki. Największy dostała Wiktoria, żeby miała gdzie wypisywać swój talent 🙂

Fragment pracy Wiktorii, która zajęła I miejsce:

 „Ściany mojej wymarzonej biblioteki zbudowane byłyby z uczuć odnoszących się do czytanego w danym momencie zdania, akapitu, czy strony książki, a sufit zastępowałoby niebo. W środku znajdowałyby się wygodne kanapy i fotele ze specjalnymi otworami na książki oraz pyszną herbatę. Jedzenie i picie w bibliotece byłoby dozwolone, ponieważ książki oraz całe wyposażenie chroniłaby niewidzialna powłoka antybrudząca. Oświetlenie zapewniałyby świetliki ze znanej bajki „Piotruś Pan”.

Do mojej biblioteki dodałabym trochę technologii, czyli m.in. tablety, laptopy i komputery, ponieważ uczniowie często zapominają o pracach domowych i szukają ratunku w bibliotece.

Nie zapominajmy o naszej bibliotekarce. Moja jest pogodna i skora do polecenia ciekawej lektury, ubiera się też młodzieżowo i kolorowo. Nie zamieniłabym jej na żadną inną. Dla ułatwienia jeździłaby na rolkach, a towarzystwa dotrzymywałby jej duży, czarny, puszysty kot o zielonych ślepiach i białym krawacie, który krzątałby się jej między nogami.

Moja wymarzona biblioteka miałaby też drugie piętro, na którym znajdowałby się świat rozrywki i zabaw. Wszyscy świetnie bawiliby się na wielkich trampolinach i ścianach wspinaczkowych. Przy wejściu do krainy zabaw każdy dostawałby bańki mydlane, w które można wejść, a one nie pękają. Cała szkoła wraz z biblioteką znajdowałaby się na chmurce dzieciństwa”.

A może o takim fotelu pisała Wiktoria? Mebel firmy .nobody&co. z kolekcji BIBLIOCHAISE. Zdjęcie pochodzi z bloga o półkach na książki "Bookshelf"

Read Full Post »

Ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem próbnych egzaminów gimnazjalnych dla uczniów klas trzecich. Ćwiczyliśmy – niczym alarm przeciwpożarowy – nową formułę egzaminu. Dotychczasowe pisane były w jednym, dwugodzinnym bloku dla przedmiotów humanistycznych i matematyczno-przyrodniczych.

Od tego roku każdy z nich rozdzielony jest przerwą. Pisze się osobno test z historii i WOS-u, po czym z języka polskiego, a w drugim dniu: najpierw z przedmiotów przyrodniczych, później z matematyki. W pierwszej części egzaminu z języków obcych gimnazjaliści piszą test na poziomie podstawowym, w drugiej – rozszerzonym.

I po próbie generalnej z egzaminu...

To chyba lepiej dla uczniów, którzy stres egzaminacyjny przegryzą kanapką i popiją sokiem, ale i dla nauczycieli, którzy po godzinie będą mogli ruszyć się z krzeseł, bo tkwienie na stołkach komisji egzaminacyjnej niczym sfinksy – bez ruchu i bez słowa, nie jest wcale zdrowe – a w niektórych przypadkach nawet trudne do wykonania. (Zastanawiam się, co bardziej udręcza wtedy moje niezdiagnozowane ADHD – bezruch czy milczenie? Dotychczas kombinowałam zawsze, jak by tu nie przeszkadzając piszącym, poruszać trochę nogami, bo po godzinie krew zatrzymywała mi się na wysokości kolan i dalej ani rusz.)

Bardzo się z próbnym egzaminem polubiliśmy – przyjaźń zadzierzgnęłam kopiując setki stron testów dla trzecioklasistów, a potem siedząc i patrząc, jak rzedną miny tych, którzy te odbitki dostali na ławkę, a za cztery miesiące zasiądą w podobnych okolicznościach, tyle że już nie na próbę.

– Phi, jakie proste – komentowali przy pierwszym teście z historii i WOS.

– O nie! Co to jest? „Dziady”? – załamywali się już przy języku polskim.

Podczas matematyki wszyscy zgodnie milczeli, łącząc się we wspólnym nieszczęściu. A dziś, przy teście z rozszerzonego języka niemieckiego, jeden z uczniów, który obracał kartki na wszystkie strony w nadziei na znalezienie prawidłowej odpowiedzi, rzucił w pewnej chwili pod nosem: no trudno, będę strzelał… (Byle nie do mnie – odpowiedziałam.)

Z powodu egzaminu próbnego wszyscy byli niezadowoleni:

  • Uczniowie, którzy go pisali – wiadomo.
  • Uczniowie, którzy go nie pisali – bo mnie nie było i nie mogli skorzystać z biblioteki.
  • Ja – bo nie było mnie w biblio w sumie kilka godzin przez te trzy dni, a potem i tak musiałam (chciałam!) zostać i zrobić to, co zaplanowałam. I zamiast o 14.00, wychodziłam o 16.00. Ach, co by bibliotekarz szkolny zrobił bez nadgodzin (zawsze i wszędzie niepłatnych 😉 ? )

 Z dialogów tuż po egzaminie, kiedy stres  krąży jeszcze w żyłach:

Uczeń: Ma pani kota?

Ja: Jeżeli takiego kota, że jestem na jakimś punkcie pozytywnie zakręcona – to tak.

Uczeń: A kota czy kocurkę?

Read Full Post »

Older Posts »