Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Targi Książki w Katowicach’

Robi mi się zawsze trochę smutno, kiedy wchodzę do katowickiego Spodka na Targi Książki. Czemu? Bo widzę z góry stoiska wydawnictw i miejsca pomiędzy nimi, które powinny być zapełnione barwnym tłumem, a nie są. Nie bujam w obłokach i jestem w tym akurat względzie realistką, taki obrazek to nie pobożne życzenie mojej bibliotekarskiej wyobraźni – widuję go co roku na Targach Książki w Krakowie. Bo nieprawda, że czytelnictwo spada, że nikt nie interesuje się już książkami. Przeklinam tych, co tak sądzą, kiedy zziajana i umęczona przedzieram się przez tłum okupujący Targi krakowskie.

TK_Katowice01

Życie jest czytaniem – w takim razie niektórzy z nas są martwi.

A u nas? Czemu w Katowicach tłumów brak? Może impreza nie jest dostatecznie wypromowana? Przyszło mi to na myśl po rozmowie z Joanną Krzyżanek – twórczynią Cecylki Knedelek, bardzo popularną autorką książek dla najmłodszych, którą co roku widuję właśnie w Krakowie. Była w Katowicach po raz pierwszy – jej wydawca nie wspomniał do tej pory, że tutaj też są targi! (Co bardzo miłe – Pani Joanna zachwycała się miastem i ludźmi, których tu spotkała. -Wszyscy się tutaj u was uśmiechają od samego rana, to niesamowite! – mówiła.)

TK_Katowice03

Autorka książek o Cecylce tworzy z dziećmi klony gąski Walerii.

Tłumniej na Targach bywało tylko przed sceną podczas spotkań z pisarzami, tak jak wtedy, kiedy na kanapie zasiadł Zbigniew Białas – autor „Korzeńca” i wchodzącej właśnie na księgarskie półki kontynuacji tej książki, czyli „Pudru i pyłu”.

TK_Katowice06

Po lewej u góry kafelek, od którego wszystko się zaczęło…

Autor opowiadał, że „Korzeniec” powstał zupełnie przez przypadek, bo nagle i zupełnie niespodziewanie przyszła inspiracja do napisania tej książki. Autor – literaturoznawca, profesor i wykładowca na Uniwersytecie Śląskim –  szedł na obiad z wydziału filologicznego przy ulicy Żytniej 12 w Sosnowcu i przez przypadek zajrzał do mijanej bramy, pod numer 16. Tam natknął się na stary kafelek „A. Korzeniec. Sosnowice”. Ta nazwa nasunęła mu myśl, że skoro kiedyś Sosnowiec nazywał się inaczej, to znaczy, że miasto to ma historię (ba!). Zaczął więc tę historię zgłębiać. Z pięciu lat pracy nad źródłami wyrósł właśnie „Korzeniec” – książka uhonorowana w 2011 r. Śląskim Wawrzynem Literackim, nagrodą przyznawaną przez czytelników Biblioteki Śląskiej. „Puder i pył” powstawał tylko 2 lata, bo  książki wyczekiwali już niecierpliwi czytelnicy „Korzeńca”.

TK_Katowice02

Wypytywany przez prowadzącą spotkanie Martę Matyszczak o to, który Sosnowiec lubi bardziej – obecny, czy może ten dawny, który opisuje w swoich książkach, odpowiedział, że ma dystans do obydwu, bo Sosnowiec to specyficzne miasto – brzydkie, ale ma duszę.

Zbigniew Białas cieszy się, że obudził zainteresowanie Sosnowcem wśród mieszkańców tego miasta i miejscowości okolicznych, jednak nie chciałby być utożsamiany z pisarzem regionalistą – bo przecież zazwyczaj jest tak, że wszyscy autorzy odnoszą się w swoich książkach do tego kawałka ziemi, który znają najlepiej. Czy twórczość J. Joyce’a, który pisał o Dublinie, ktoś odważyłby się nazwać regionalną? Zaznaczył, że chciałby być po prostu dobrym pisarzem i pisać najlepiej, jak potrafi. Mówił, że jest zdziwiony głosami czytelników, którzy twierdzą, że jego powieści czyta się lekko, bo jemu pisało się je bardzo ciężko! Podobno łatwo pisze się tylko grafomanom 😉

Popularność książek Z. Białasa spowodowała, że Teatr Śląski w Katowicach zaproponował autorowi prowadzenie cyklu spotkań o tożsamości śląskiej i zagłębiowskiej w literaturze, których wspólny tytuł będzie taki sam, jak tytuł najnowszej powieści pisarza – właśnie „Puder i pył”.

Tutaj przeczytacie wywiad z autorem.

Oczywiście kupiłam do biblio dwa tomy powieści Zbigniew Białasa – tak jak obiecywałam we wpisie o Zaczytanych Katowicach! Są też nowości, o które prosiła młodzież:

???????????????????????????????

korzeniec_dedykacja

W książkach dla biblioteki obiecane dedykacje. W prywatnej – dedykacja tak miła, że nie mogłam się powstrzymać, żeby jej tu nie zamieścić 😉

Pan Profesor Białas i Wasza bibliotekarka :)

Pan Profesor Białas i Wasza bibliotekarka 🙂 Fot. Marek Mierzwiak.

W sobotę na Targach można było też spotkać córkę Agnieszki Osieckiej, Agatę Passent, prezes Fundacji Okularnicy, która wydaje (nie tylko) książki poetki, ale jest też organizatorem konkursu wokalnego „Pamiętajmy o Osieckiej”. Za dwa tygodnie w księgarniach pojawi się pierwszy tom „Dzienników” Osieckiej – będzie miał ponad 500 stron. Prace nad przygotowaniem do druku zapisków, które mała Agnieszka zaczynała prowadzić jeszcze w 1945 r., jako mała dziewczynka, trwały dwa lata.

TK_Katowice07

Wracając do moich utyskiwań na początku tego wpisu: gdzie szukać pomysłu na to, żeby następne Targi Książki w Katowicach cieszyły się wysoką frekwencją? Żeby były wydarzeniem, które sprawi, że Spodek poderwie się do odlotu? Nie wiem – może idea jest całkiem blisko, mijana jak kafelek z Sosnowca, który przez lata leżał sobie spokojnie na posadzce w bramie, aż stał się inspiracją do napisania książki? Trzeba tylko pospieszyć z jego odnalezieniem, bo następne Targi już za rok. Zatem: do bram! 😉

TK_Katowice13

I jeszcze migawki targowe:

TK_Katowice11

Skórzane gadżety w formie książki robi Krystyna Zimnal: http://www.zimnal.com. Ja mam broszkę! 🙂

TK_Katowice05

Zakładki wykonywane tajemniczą, opatentowaną techniką…

TK_Katowice10

Tasza na maszkety…

Stoisko z gadżetami śląskimi: gryfnie.com

… na stoisku z gadżetami śląskimi: gryfnie.com

Były też koty :)

Były też koty 🙂

A poza płyta stoiska akcja - Mickiewicz chciał, żeby książki zbładziły pod strzechy, a nie na palety!

A poza płytą główną Spodka akcja Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Księgarzy, Odział Śląski – Adam Mickiewicz marzył kiedyś, by książki trafiły pod strzechy, a nie na palety!

Read Full Post »

Dziś zaczynają się spodkowe 😉 spotkania z książkami, pisarzami, wydawcami – ruszają Targi Książki w Katowicach!

Program targów znajdziecie tutaj.

Tak było w Spodku w tamtym roku: Odlot z książkami. 

A tak podczas pierwszej edycji: Migawki z Targów Książki.

Read Full Post »

Pamiętacie moją relację z tegorocznych Targów Książki w Katowicach i opowieść o antykwariuszu, którego tam spotkałam?

W najnowszym, grudniowym numerze czasopisma „Lampa” można przeczytać, jak Krzysztof Jastrzębski przygotowywał się do wizyty na Śląsku, i jak z jego perspektywy wyglądały konfrontacje wystawców z czytelnikami – po raz pierwszy odbywające się we wnętrzu kosmicznego Spodka. Ale nie tylko o tym.

Autor pisze też np. o wizycie w Lipinach – dzielnicy Świętochłowic, gdzie najlepiej nie wybierać się samemu…

Pod koniec tekstu znajdziecie też wzmiankę o … hmmm… „iskiereczce z Będzina”, to znaczy autorce tego bloga (w artykule zamieszczono nawet zdjęcie, które zrobiono nam na tle stoiska antykwariusza z Żoliborza).

Artykuł w formacie pdf czytaj tutaj: lampa.

Read Full Post »

…Kiedy wychodziłam już z Targów Książki w Katowicach, bo spieszyłam się na umówioną wizytę do znajomych, spostrzegłam na lewo od wyjścia stoisko antykwariatu, które wcześniej dziwnym trafem przeoczyłam. Zdziwił mnie trochę widok wystawcy-antykwariusza, bo na Targach w Krakowie nigdy żadnego nie widziałam. A potem wcisnęłam się między osoby, które przeglądały tam upchane na półkach książki maści wszelakiej. I całe szczęście…  Mój biblioteczny instynkt  zawsze zaprowadzi mnie tam, gdzie ostatecznie powinnam się znaleźć…

 

Czy znacie nagradzany kilkakrotnie film „Antykwariat” Macieja Cuske z 2005 roku? Jeżeli nie, nawet się do tego nie przyznawajcie i jak najszybciej nadróbcie zaległość. Możecie obejrzeć go na You Tube, a jeżeli filmik zniknie kiedyś z sieci, zawsze będziecie mogli posłuchać jeszcze reportażu radiowego „Bukinista” Eweliny Karpacz-Oboładze. Bo osoba, o której tutaj opowiadam, jest tak barwną i znaną już postacią, że robi się o niej filmy i reportaże, pisze artykuły.

To człowiek – osobowość, człowiek- historia, człowiek – instytucja. Krzysztof Jastrzębski, najsłynniejszy antykwariusz żoliborski. Co tam żoliborski – warszawski! O ile nie najsłynniejszy antykwariusz polski.

Pochodzi z Opola Lubelskiego (o którym napisał trzy grubaśne tomy). Pracował m.in. w Dąbrowie Tarnowskiej – jako nauczyciel historii, oraz w Chorzowie – na stanowisku kierownika Hotelu Robotniczego nr 2 Huty Batory (o czym również napisał we wspomnieniach „SOC wudejot.prl”).

Brak pracy i dotkliwy niedobór gotówki w pewnym momencie jego życia spowodował, że zaczął wyprzedawać swój księgozbiór (a było to w dawnych czasach, których gimnazjaliści nie pamiętają, kiedy to inicjatywa prywatna nie miała prawa bytu). I tak to się zaczęło. Najpierw handlował pokątnie, jako spekulant, na targowisku: z toreb, potem ze stołu, a kiedy nastała normalność, czyli w 1991 roku – został antykwariuszem z własnym kioskiem (i o tym wszystkim napisał również w kultowej już książce „Wspomnienia żoliborskiego antykwariusza”, której spore fragmenty przedrukowało czasopismo „Lampa”).

Kiedy zobaczyłam go siedzącego obok swojego stoiska targowego w Spodku, a na linii mojego wzroku znalazła się ta właśnie książka – właściwie już tylko pro forma zagadnęłam: to pan jest bohaterem filmu „Antykwariat”? Po twierdzącej odpowiedzi od razu spytałam, czy mogę zrobić mu zdjęcie, na co chętnie przystał. Zrobiłam więc, takie oto:

Oczywiście od razu też poinformowałam, że zdjęcie zostanie zamieszczone na blogu. Wtedy otworzył teczkę z jakimiś papierami i poprosił o podyktowanie adresu.

http://www.bibliotekarka.bedzin…. – dyktuję.

– Będzin? Pani jest z Będzina? – spytał, wyraźnie ożywiony.

– Tak – powiedziałam, a było to „tak” wypowiadane z taką dumą, jakbym zapewniała właśnie, ze jestem rodowitą paryżanką 😉

– Ależ ja dobrze znam Będzin! – uradował się Jastrzębski. –  Nawet ostatnio tam byłem, rozmawiałem dużo z pewnymi osobami i piłem w centrum piwo z menelami!

(Nie jesteście chyba oburzeni, że o tym piszę? Gimnazjaliści znają przecież doskonale zarówno słowo „piwo” jak i „menel”, oraz wiele innych słów, których – wolelibyśmy – aby jednak nie znali.)

Po czym zaczął kartkować swoją książkę „SOC”, żeby pokazać mi, że i w niej wspomniał o Będzinie:

 

Kiedy mieszkał w Chorzowie, jako człowiek ciekawy świata i ludzi, robił sobie wycieczki do pobliskich miasteczek. Tak w końcu lat 70. trafił do Będzina. Jak wspominał – po tej wycieczce jego koledzy – Ślązacy – załamywali ręce i pytali: Chopie, na pierona’s na tyn altreich jechol? My by tam nigdy niy jechali! (Po coś tam pojechał? My byśmy tam nigdy nie pojechali!)

Wiem, co jest na rzeczy, bo nawet teraz, kiedy na Śląsku spotykam kolegę, który pochodzi z Chorzowa i uważa się za Ślązaka, ale nie Polaka, niby żartem pyta zawsze: a pokazywałaś paszport przy przekraczaniu granicy? (Gimnazjalistom wyjaśniam, że przed I wojną m.in. na znanej Wam rzece Czarna Przemsza w Będzinie przebiegała granica między Polską a Śląskiem.) Ślązacy najlepiej czują się jednak u siebie,  Zagłębie to dla nich inny, obcy świat.

– Mam w Będzinie kolegę, mieszka na Syberce. Zna pani Syberkę? – pyta Jastrzębski, mówiąc o jednym z naszych osiedli mieszkaniowych. – A dlaczego tak się nazywa? Wie pani? – przepytuje mnie dawny nauczyciel historii –   Bo wieje jak na Syberii – śmieję się, a Jastrzębski dokłada do tego jeszcze jedną wersję, którą oczywiście też znam – że na tych terenach gromadzono ludzi przed wywózką na Sybir.

Rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, a pan Krzysztof zachowuje się zupełnie tak samo, jak w filmie: mówiąc do mnie, wycenia książki, przyjmuje należność, odpowiada na pytania klientów. Antykwariusz wieloczynnościowy.

Opowiadam mu o pamiętniku naszej Rutki Laskier, bo myślę, że jako historyka i księgarza zainteresują go jej dzieje. Rzeczywiście. Niektóre z moich wypowiedzi nagrywa nawet na dyktafon. Mówi, że ciągle jeszcze zbiera materiały do kolejnej książki  – „Antykwariat”, którą planuje wydać na 20-lecie swojej firmy. Robimy sobie też wspólne zdjęcie. Takie właśnie:

Dostaję od pana Krzysztofa kserokopię wspomnień z „Lampy” i „Kuriera Dąbrowskiego” oraz płytę z filmem nie do zdobycia, czyli „Człowieka z antykwariatu” Tadeusza Arciucha, który jednak nie powtórzył sukcesu wcześniejszego obrazu Cusaka.

I tak sobie miło gawędzimy, a że jestem coraz bardziej spóźniona do znajomych, kończę rozmowę, robiąc przedtem jeszcze jeden zakup – za ostatnie pozostałe mi pieniądze. Między książkami antykwariusz wystawił bowiem do sprzedaży rzecz niesamowitą: oryginalnie zapakowaną w Polsce kawę, której rok przydatności do spożycia minął w 1981 roku… Prawdziwy rarytas! Moi przyjaciele są smakoszami tego napoju i wyobrażam już sobie, jakie wrażenie zrobi na nich ta mała paczuszka rodem z PRL-u, w której ziarenka reglamentowanego wtedy towaru tkwią zamknięte już od 30 lat. I rzeczywiście – „Extra – Selekt” robi tego wieczoru furorę! 🙂

Oprócz kawy można tu było kupić mydło i ... kropidło 🙂

Były też breloczki i herbata "Madras"...

... oraz kufle i czarownica. Przednie zestawienie!

Następnego dnia wracam na Targi z nową porcją gotówki tylko po to, żeby kupić „Wspomnienia żoliborskiego antykwariusza”. Dostaję taką oto dedykację i zapewnienia kontaktu i współpracy – cokolwiek by to miało oznaczać.

Dla Kultowej Bibliotekarki Będzińskiej od szalonego warszawskiego antykwariusza... 🙂

Stronę antykwariusza znajdziecie tutaj.

Read Full Post »

Przyzwyczajona do kilkugodzinnego zazwyczaj snucia się po krakowskich Targach Książki, moją wizytę na Targach w Katowicach nazwałabym pośpieszną i raczej krótką. Mogłam pojechać tam dopiero w sobotę po pracy, bo odrabialiśmy przyszły poniedziałek, zyskując w ten sposób przedłużony weekend.

 

Nie zdążyłam więc na kilka spotkań z pisarzami, w których chciałam uczestniczyć – podchodząc do błyszczącego nowymi łuskami Spodka, na telebimie zewnętrznym zobaczyłam, że trwa spotkanie z Kazimierzem Kutzem. Za chwilę okazało się, że ma się już raczej ku końcowi.

Spotkanie z Kazimierzem Kutzem.

Taki prezent Kazimierz Kutz dostał od wdzięcznej za autograf czytelniczki...

Póki co, Targi Książki w Katowicach nie mogą równać się z tymi odbywającymi się w Krakowie czy Warszawie – w stolicy Śląska było zaledwie 70 wystawców, stosunkowo niedużo zwiedzających, co może być winą niezbyt intensywnej reklamy tej imprezy i – jak to bywa na początku – braku popularności, ale pewnie kiedyś się to zmieni.

Pomysł umieszczenia stoisk targowych na płycie hali sportowej, zamiast w otaczających ją holach, był rewelacyjny. Dzięki temu mogliśmy oglądać takie oto widoki targowe:

Widok z tyłu.

Widok po wejściu na halę. Ma się wrażenie, że za chwilę coś tu jeszcze wyląduje 🙂

W holu ulokowały się za to  oblegane non stop stoiska z książkami mocno przecenionymi i w promocyjnych cenach. Takich tłumów nie widziałam przy żadnym wydawnictwie prezentującym się na płycie.

Tutaj ciągle był tłok.

Z czytelnikami spotkała się Marta Fox, autorka miejscowa, czyli ze Śląska, pisząca i dla młodzieży, i dla dorosłych. Pytana, dla jakiego czytelnika pisze jej się lepiej, odpowiedziała, że obecnie – dla dorosłych. Zaczynała tworzyć dla młodzieży, ale wynikło to niejako spontanicznie, bo pisała dla swoich dzieci. Była wtedy blisko ich problemów i blisko ich języka. Młodzież jest wybredna, a autor musi czytelnika uwieść. Może się to udać tylko wtedy, kiedy młodzi odnajdą w książce swoje problemy, opisywane dodatkowo ich językiem. I tu pojawia się pewien zgrzyt, bo gdyby nagrać dziś na dyktafon współczesny język uczniów, żeby użyć go potem w powieści, znajdowałyby się w niej same miejsca wykropkowane…

Po prawej Marta Fox, czyli jazzy babcia.

Przy okazji tematu słownictwa uczniów: wnuczek Marty Fox zapytał ją podobno, dlaczego chodzi z kijkami do lasu. – Bo chcę być taką „cool” babcią – odpowiedziała. – Babciu, teraz już nie mówi się „cool”, tylko „fresh” albo „jazzy”. To wiadomość dla tych, którzy chcą nadążyć za młodzieżowym slangiem. Prawdopodobny czas obowiązywania: może rok? Potem znowu „fresh” odejdzie do lamusa, a pojawią się inne, nowe określenia.

Marta Fox powiedziała też, że czytelnictwo młodzieży jest tak niskie, że jeżeli w całej klasie czytają trzy osoby – to jest to rewelacyjny wynik. Też tak myślę 😉

Pisarka mówiła, że najbliższa jej sercu jest bohaterka książki „Karolina XL”. Może dlatego, że jako osoba puszysta miała trudniejsze życie i musiała dokonywać trudniejszych wyborów? (Po tym zdaniu na widowni rozległy się oklaski). Przeciwwagą dla Karoliny jest  bohaterka innej jej książki – Iza Anoreczka, której matka wymarzyła sobie, że jej córka zostanie modelką. „Anoreczka” jak „sikoreczka” – Fox wymyśliła takie zdrobnienie, żeby złagodzić wyraz pejoratywnego określenia „anorektyczka”.

Marta Fox prowadzi również bloga – mówiła, że w tym wypadku najważniejsza  jest systematyczność. Jeżeli w tygodniu pojawiają się na nim 2 wpisy, to jest to rytm akuratny. Wspomniała przy okazji, że kiedyś opublikowała na nim historię sprzed 18 lat, kiedy to będąc przejazdem u koleżanki w Gdańsku, wyprała (jeszcze w pralce marki „Frania”) swoje rzeczy po podróży. Mąż koleżanki kategorycznie zaprotestował, żeby pranie wywiesić, mówiąc, że w niedzielę się u nich nie pierze. I Fox prania nie powiesiła. Blogowy wpis o praniu niewywieszonym przesłał swoim znajomym opisywany tam mąż i niedługo potem okazało się, że przeczytano go 16 ooo razy… A kiedy pisarka stara się i w pocie czoła pisze np. o książkach, ma dziennie około 150 wejść… Taaa…  skądś to znam 😉

Potem było jeszcze spotkanie z Małgorzatą Szejnert, byłą reportażystką „Gazety Wyborczej”, obecnie autorką trzech książek: „Czarny ogród”, „Wyspa klucz”, „Dom żółwia. Zanzibar”. Jak powiedziała sama: to tryptyk, bo w każdej z nich opisuje… wyspę. W przypadku „Czarnego ogrodu” taką „wyspą” była dzielnica Katowic – Giszowiec. Bo poza pojęciem geograficznym, wyspa to również teren, który ma ograniczoną i poznawalną przestrzeń, sprzyjającą wewnętrznym napięciom. To, co dookoła wyspy, ma wpływ na nią, a sama wyspa pozwala drążyć informacje o ludziach i historii – w głąb. Wszystko to rzuca z kolei światło na to, co znajduje się poza terenem wysp.

Szejnert wyznała, że kocha reportaż, ale w jej książkach nie mamy do czynienia z jego czystą postacią. Sąsiaduje on tutaj z wywodami historycznymi, aczkolwiek pisarka stara się, żeby pozostać w kontakcie z rzeczywistością bieżącą. Szuka też w opowiadanej historii bohatera, poprzez którego chce tą historię przedstawić. I tak w najnowszej książce o Zanzibarze opisuje na przykład pochód niewolników, którzy nieśli ciało zmarłego Davida Livingstone’a  1500 km przez pustynię, aż do najbliższego portu, żeby odesłać ciało swojego obrońcy (L. walczył z niewolnictwem) statkiem do domu i umożliwić pochowanie go w miejscu, gdzie żył.

Są też polskie wątki: pani, która zajmowała się w Zanzibarze edukacją czarnych kobiet, a której ojciec miał przed wojną aptekę w Mysłowicach, czy polski poeta romantyczny, Henryk Jabłoński, który w XIX wieku był tam konsulem Francji.

Małgorzata Szejnert podpisuje swoją książkę.

Pisarka zdradziła też plany na przyszłość – chciałaby w końcu odpocząć, bo w ciągu ostatnich 6 lat napisała 3 grube książki, co według niej jest lekką przesadą. Nie wiem, jak długi to będzie odpoczynek, bo podobno w pociągu podczas podróży na Targi Kazimierz Kutz podsunął jej pomysł na kolejną książkę. Zdradziła tylko, że ma on związek ze Śląskiem Opolskim.

Zaciekawiła mnie odpowiedź Małgorzaty Szejnert na pytanie pewnego czytelnika: jakie znaczenie miała dla niej nagroda „Hanysy”, którą otrzymała przed laty po publikacji „Czarnego Ogrodu”? Okazało się, że to wyróżnienie było dla niej bardzo istotne, bo to ważna nagroda Ślązaków, a kiedy przyznają jej coś w Warszawie – nie ma poczucia, że dostaje nagrodę za uczciwość w podejściu do tematu…

Podczas  Targów miałam też miłe spotkania z dwoma Agnieszkami. Pierwsza to koleżanka ze studiów, która pracuje teraz w bibliotece pedagogicznej w Rudzie Śląskiej, i którą serdecznie stąd pozdrawiam! 🙂

Druga Agnieszka to znajoma z czasów liceum, która razem z mężem napisała właśnie książkę o ich wspólnych podróżach,  m.in. do Norwegii, Szwecji, Szkocji, Hiszpanii, Holandii, Danii, Nowej Zelandii. Ci zapaleni podróżnicy wydali ją własnym sumptem – jak piszą na swoim blogu – jako prezent na drugą rocznicę ślubu.

Agnieszka i Grzegorz ze swoim dziełem.

„Podróże małe i duże” Agnieszki i Grzegorza Prucia kupiłam do biblioteki – możecie poczytać więc o ich szalonych wyprawach. Autorzy mieszkają w Będzinie i twierdzą, że kochają to miasto. Ich książka zaczyna się tak:

Jest takie małe miejsce na Ziemi. Nazywa się Będzin. Jak każde miasteczko, wywołuje sprzeczne uczucia. Jest w nim wiele ciekawych miejsc, ale część niestety bardzo zaniedbanych. Momentami bywa urokliwie, a chwilami nie do zniesienia. Nie wiadomo dlaczego, akurat ono przyciągnęło do siebie dużo nietuzinkowych, utalentowanych ludzi, by… następnie ich od siebie odepchnąć (…). Nam też czasem bywa ciasno i szaro w Będzinie, ale nieodmiennie wracamy, bo dla nas to miejsce ma w sobie wiele ukrytego uroku. Poza tym tu są nasze korzenie i tu jesteśmy u siebie!

Może Wy, gimnazjaliści i absolwenci – dołączycie kiedyś do grona tych utalentowanych, którzy stąd nie wyjadą, tylko zrobią coś fajnego dla miasta? A potem sami napiszecie własną książkę?

Dedykację dla naszej biblioteki wpisuje Grzegorz. Nawet wtedy Agnieszka podróżuje... palcem po globusie 🙂

W Spodku trafiłam jeszcze na:

...harcerzy, którzy przyglądali się czerpaniu papieru na stoisku Art Papier.

...Koziołka Matołka - czyli statuetkę Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego, którą prezentowało dumnie Wydawnictwo Literatura. W tym roku przyznano mu ją za książkę Pawła Beręsewicza "Tajemnica człowieka z blizną".

...przeurocze kartki, które na stoisku Miejskiej Biblioteki Publicznej w Piekarach Śląskich można było dostać i wysłać za darmo!

...tajemniczych ludzi w kapeluszach promujących tajemniczą książkę na tajemniczym stoisku. Victor Orwellsky to podobno pseudonim czynnego polityka. Jakiego - to tajemnica.

...gotowych do ruchu w krainę gry RPG rycerzy na koniu i tych w niepełnym rynsztunku.

Stoisko Biblioteki Śląskiej - w gablocie bliskie memu sercu czasopismo"Guliwer". Chwalebne, że i sami wystawcy czynnie promują czytelnictwo 🙂

Na Targach spotkać można też było kobiety w dworskich strojach.

Kiedy wychodziłam już z Targów, bo właśnie spóźniałam się na umówioną wizytę do znajomych, spostrzegłam na lewo od wyjścia stoisko antykwariatu, które wcześniej dziwnym trafem przeoczyłam. Zdziwił mnie trochę widok wystawcy-antykwariusza, bo na Targach w Krakowie nigdy żadnego nie widziałam. A potem wcisnęłam się między osoby, które przeglądały tam upchane na półkach książki maści wszelakiej. I całe szczęście…  Mój biblioteczny instynkt  zawsze zaprowadzi mnie tam, gdzie ostatecznie powinnam się znaleźć.

Bo to stoisko należało do kogoś, komu warto poświęcić cały następny wpis na tym blogu. Albo i niejeden nawet…

Przywleczone z Targów.

Read Full Post »