Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘„Tak sobie myślę…”’

Jeszcze pod koniec kwietnia tego roku Jerzy Stuhr dokonywał w zeszycie, który podarowała mu córka Marianna, ostatnich zapisków, a już w połowie czerwca notatki z okresu choroby ukazały się drukiem w Wydawnictwie Literackim.

Podobno redaktor z wydawnictwa wiedziona przeczuciem sama zgłosiła się do aktora z prośbą o kontynuację współpracy (WL wydało w 2008 r. książkę „Stuhrowie. Historie rodzinne”). Notatki były już zaczęte, a aktor postanowił zakończyć je w momencie narodzin wnuczki, czyli córki Marianny – tej samej, która podsunęła ojcu zeszyt do zapisków, wiedząc, że najgorszą karą jest dla niego nicnierobienie. Zapisując pierwsze strony był przeświadczony, że będą to czytali tylko jego bliscy. Kiedy wiedział już, że wszystko to ujrzy jednak światło dzienne, zaczął – jak sam powiedział – troszczyć się o formę zapisu.

15 czerwca w Muzeum „Manggha” w Krakowie odbyła się promocja książki „Tak sobie myślę…”. Salę zapełnili przyjaciele, znajomi i wielbiciele Profesora, bo trzeba wiedzieć, że Jerzy Stuhr jest nie tylko aktorem i reżyserem, ale również profesorem zwyczajnym (czyli tym najwyższym w hierarchii). Wykłada na PWST w Krakowie i wydziałach tej uczelni, m.in. w Bytomiu. I to właśnie studenci z Bytomia przywitali go na początku spotkania z pieśnią na ustach 😉

Jerzy Stuhr witany brawami w Muzeum Manggha Krakowie. W tle zdjęcie z jego książki. Spotkanie prowadziła Aleksandra Pawlicka.

A to studenci z Bytomia, którzy mu zaraz potem zaśpiewali.

O jego walce z chorobą wiedział cały kraj – informowały o tym media, ukazały się też wywiady – ale dopiero wtedy, kiedy było już wiadomo, że walkę z rakiem udało mu się wygrać (sam podkreśla, że udało się póki co). W tym ciężkim dla siebie czasie Jerzy Stuhr otrzymał liczne dowody sympatii i ogromne wsparcie, co niewiarygodnie go wzmacniało. Były nawet zadziwiające deklaracje, takie jak ta od dzieci z kliniki hematologii: Jesteśmy dumne, że mamy taką samą chorobę, jak Pan Stuhr. To wszystko dawało mu taką wielką siłę, że myślał po prostu: Ja tych ludzi nie mogę zawieść, ja nie mogę umrzeć!!! – co było jednak ciężko wytłumaczyć lekarzom. 🙂 Bo ci, rozmawiając z pacjentem o chorobie, uderzają z reguły w pesymistyczne tony. Tak mówił o tym sam bohater wieczoru:

[youtube:http://youtu.be/XffT_k-NbIg%5D

Wszystko to działa też w drugą stronę. Aktor mówił, że ma teraz do zagrania najważniejszą rolę, jaką dostał od życia. Jest potrzebny ludziom, którzy sami cierpią tak, jak on, a jego choroba i zdrowienie dają siłę i nadzieję, jakiej nie mogą dać pacjentowi nawet lekarze.

Stuhr wspominał dziewczynę, która przyszła do niego w szpitalu po autograf. Podpisując się, aktor powiedział do niej zupełnie spontanicznie: wyzdrowiejesz! Następnego dnia pani doktor pytała, jak udało mu się tak diametralnie zmienić nastawienie tej młodej osoby do choroby? Podobno cała promienieje, chce brać leki, bo wie, że wyzdrowieje. Stuhr jej to powiedział! To wtedy aktor zaczął po raz pierwszy zastanawiać się nad tą specyficzną „mocą”, którą posiada.

Sam do swojej choroby podszedł bardzo rzeczowo: kiedy dowiedział się, co mu jest, przede wszystkim zapytał doktora, co trzeba robić, i do kiedy to potrwa. Po prostu postawił przed sobą zadanie, które zamierzał zrealizować.

Co w jego życiu zmieniła choroba? Ze słownika zniknęły niektóre wyrażenia, takie jak: na pewno, jestem przekonany, a zastąpiły je: mam nadzieję, chciałbym bardzo. Przede wszystkim jednak wzrosła radość z przeżywania dnia. Wzrósł mu czynnik tolerancji (np. na zacietrzewionych polityków), stara się też każdego zrozumieć. Sam podsumował, że zmienił się całkowicie, nastąpiła w nim jakby wymiana wszystkich komórek.

 Swoim „testem powrotu” Jerzy Stuhr chciałby uczynić występ w transmitowanym na żywo Teatrze Telewizji. Miałby to być spektakl, który wystawia Teatr Polonia, a przygotowany był na 40-lecie jego debiutu scenicznego. To „32 omdlenia” Antoniego Czechowa, gdzie występuje też Krystyna Janda i Ignacy Gogolewski. Jerzy Stuhr chciałby to zagrać przede wszystkim dla tych, którzy na siódmym piętrze onkologii w gliwickim szpitalu będą oglądali go w pidżamach, myśląc, że jeszcze niedawno i on był tam wśród nich. Dla nich właśnie będzie grał.

Wątek pidżamy pojawił się w opowieści Stuhra jeszcze raz. Otóż wiele lat wcześniej aktor leczył się w szpitalu kardiologicznym w Rabce. Potem kupił tam dom. Kiedy w czasie swoich późniejszych pobytów grywał tam w tenisa, lekarze masowo wysyłali pod kort swoich pacjentów „z serca”, aby popatrzyli, jak on gra. Mówili im przy tym: Idźcie popatrzeć, jak tam Stuhr teraz gra, a jeszcze niedawno leżał tutaj, gdzie i wy. Zazwyczaj było to koło południa, kiedy aktor, zmachany na korcie, spostrzegał w oddali, ciągnące grupkami, nieśmiało, postaci w pidżamach. Myślał: O, znowu lekarze wysłali tych z serca, żeby mnie sobie pooglądali! 🙂

Tak się więc jakoś składa, że aktor odgrywa, oprócz tych ról, jakie przypadły mu na ekranie i deskach teatrów, najważniejszą chyba rolę – taką, w której gra siebie samego. A w roli tej zachwyca szczególnie: nadzieja dla chorych i optymizm, którego im czasami brak.

Profesorowi Stuhrowi życzę, aby już nie stracił tej radości z życia, którą zyskał w ostatnich miesiącach!

Po spotkaniu ustawiły się dwie kolejki do autografów.

Można by przypuszczać, że podpisywanie ponad setki książek jest dosyć nużące, ale Pan Jerzy Stuhr powiedział mi, że to bardzo przyjemne 🙂

Read Full Post »