Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Śląska Prohibicja’

Na początku maja wszystko jeszcze stało na swoim miejscu.

Pod koniec wiosny dostałam zielone światło na I rozbiór naszej Książkolandii. Przeszłam więc bibliotekę wzdłuż i wszerz, wysuwając z półek książki, które chciałam wziąć do nowego miejsca pracy w Szkole Podstawowej nr 8.

Zaraz potem przyjechały koleżanki bibliotekarki z będzińskich podstawówek, żeby wybrać coś dla swoich bibliotek. I tak podpisane stosy rosły w górę, na podłodze zaś wszerz gęstniały pudełka.

Potem było dużo innej pracy: trzeba było pisać scenariusz i przygotować uroczystość zakończenia roku i zamknięcia gimnazjum. Próby zabierały dużo czasu, ale książki są cierpliwe. Czekały, aż ostatni absolwenci opuszczą mury szkoły, a ja zabiorę się wreszcie za nadawanie każdej z nich kolejnego numeru ubytku i wpiszę na listy przekazania.

Nie szło to tak szybko, jak można się było spodziewać – żeby uwolnić jeden wolumin z księgozbioru gimnazjum, trzeba się naklikać jak w Mienecrafcie. Lepiej poszło wtedy, kiedy moja Dyrektor uciekła na moment od tony papierów wymaganych do wypełnienia przy likwidacji placówki, i zasiadła obok mnie przy pudle wielkości szafy, podając mi książki otwarte już na kodzie kreskowym. W ten sposób przypomniałyśmy sobie stare dobre czasy, kiedy współpracowałyśmy przy wprowadzaniu ich do systemu. Księgozbiór topniał.

Potem nadszedł czas na przewożenie mebli do drugiej szkoły. Tam z kolei wszystko należało ogarniać na bieżąco, żeby nie zatarasować sobie dostępu do pomieszczenia. Czerwona sofa ożywiła na moment smutny samochód do przewożenia mebli, żeby za chwilę rozbłysnąć purpurą na tle zieleni przed swoim nowym domem.

Najciekawiej było jednak z ladą biblioteczną, której gabaryty całkowicie zaskoczyły i ekipę przewożącą, i mnie. Po gładkim przejściu przez gardziel dwuskrzydłowych drzwi przedwojennej szkoły lada odmówiła przeciśnięcia się przez wąską futrynę biblioteki w tysiąclatce. Odbył się szybki demontaż, a ja udawałam wtedy, że nie dostaję zawału na ten widok. Ponowny montaż wyrównał rytm serca.

Próbowałam znaleźć jeszcze nowy dom dla książek z darów, tych niezarejestrowanych w inwentarzu, z których często korzystałam, kiedy nie było czegoś w księgozbiorze biblioteki. Absolwenci, nauczyciele, znajomi, a nawet restauracja Śląska Prohibicja uratowali większość z nich, przygarniając pod swoje dachy.

Większość lipca upłynęła sprawiedliwie dzielona na pół: rano i po południu w gimnazjum, wieczorem w podstawówce. Z narażeniem życia testowałam wytrzymałość rodziny na takie praktyki. Prawie się mnie wyrzekli. Co tam! – ważne, że prace posuwały się do przodu, a ich koniec majaczył gdzieś na końcu wakacji…

W połowie sierpnia byłam już z powrotem. Dwutygodniowy reset wakacyjny zresetował się samoczynnie w jednej chwili, kiedy powiodłam znów wzrokiem po marnych resztkach bibliotecznych rozproszonych w nieładzie po parkiecie.

To była ta część księgozbioru, co jej nie chciała już żadna szkoła, żadna instytucja ani nikt – nikt zupełnie! Została wykasowana specjalną pieczątką i zubytkowana, czyli skreślona z inwentarzy. Bez litości, jedna za drugą: kilka tysięcy, aż mogłam w MOL-u zaznaczyć opcję „wartość księgozbioru” – a program odpowiedział „brak”. I ten wydruk zaniosłam księgowej, co oznaczało, że to już koniec, i zamykamy ten rozdział mojego życia, i ten dział w księgowości.

I potem już ta reszta zgromadzona na środku biblioteki, jak na szafocie w rynku miasta, została poprowadzona na ścięcie, to jest przeniesiona w workach i pudłach, albo gołymi zupełnie rękami, na pakę auta, co ją zawiozło tam, gdzie kontener mówi „dobranoc”. I to był II rozbiór.

Wszystkie te książki musiały kiedyś przejść przez moje ręce, bo dawno temu, kiedy nikt nie śnił o zmianach, a przynajmniej nie o tak dobrych, przez trzy lata wprowadzałam je do systemu bibliotecznego MOL. Nadawałam sygnaturę, nanosiłam ołówkiem dział UKD i z pietyzmem wklejałam kod kreskowy, żeby było łatwiej i ładniej je wypożyczać. A teraz skończyły w czeluściach kontenera skupu złomu i metali kolorowych, który na szczęście przyjmuje też makulaturę (jest coraz mniej takich skupów, bo się nie opłaci…).

Jedyna pociecha, że chociaż część tych książek i stamtąd ktoś uratuje. Zaraz po oddaniu ich na stracenie widziałam, jak wydobywali je z kontenera dobrzy ludzie, żeby dać im jeszcze jedną szansę. Jeszcze raz wydobyć na słońce i jeszcze raz włożyć w ręce jakiegoś czytelnika.

I niech tak będzie!

Reklamy

Read Full Post »