Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego’

Pranie nad jeziorem Nidzkim oglądam zawsze trochę oczami Kiry Gałczyńskiej. Latem, wracając z Mazur, zatrzymujemy się w tej najsłynniejszej literackiej leśniczówce, gdzie mieści się Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Nie ma już takich Mazur jak kiedyś – smucę się, myśląc o latach 90.

Nie ma już takich Mazur jak kiedyś – pisała w książce córka Gałczyńskiego, mając na myśli lata 50. i 60. Wtedy, kiedy  były jeszcze dzikie i nie zajechane przez turystykę, kiedy były prawdziwym azylem dla pisarzy, artystów, przyjaciół rodziny. Jak wtedy było, Kira opisała w nostalgicznej książce „Nie wrócę tu nigdy czyli pożegnanie z Mazurami” (Książka i Wiedza, 1998).

Odkąd ją przeczytałam tęsknota za Mazurami mojej młodości tylko wzrosła.

Pranie jest leśniczówką najpiękniej chyba położoną na Mazurach. Dom stoi na wzniesieniu, w dole – jezioro, nad nim – gęsty starodrzew. Pustka, spokój. Każdy, kto dociera tu po raz pierwszy, staje oczarowany miejscem, rozlokowaniem domu, budynków gospodarskich. Wszystko z pruskiej czerwonej cegły, zbudowane jak cały klucz podobnych gospodarstw na początku wieku.
(„Nie wrócę…”, s. 55)

To z „Nie wrócę…” dowiaduję się o książkach, które powstawały na Mazurach, albo były nimi inspirowane. Rok temu jechałam nad jeziora z książką „Nostalgie mazurskie” Bohdana Czeszki, a w tegoroczne wakacje – z „Kroniką olsztyńską” KIG. Na media społecznościowe wstawiałam wiersze z tego zbioru Gałczyńskiego, które ilustrowałam moimi zdjęciami wakacyjnymi. Doskonale pasowały.

K. I. Gałczyński „Kronika olsztyńska”
(fragment XIII)

Jeszcze tyle byłoby do pisania,
nie wystarczą tu żadne słowa:
o wiewiórkach, o bocianach,
o łąkach sfałdowanych jak suknia balowa,
o białych motylach jak listy latające,

o zieleniach śmiesznych pod świerkami,
o tych sztukach, które robi słońce,
gdy się zacznie bawić kolorami;

i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie,
czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć,
patrzy w las jak w śmieszny rysunek

i przeciera oślepłe oczy,
dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy
i na serce kładzie mech jak opatrunek.

Kiedy w te wakacje w drodze powrotnej do domu jedziemy do Prania – widzę te same wiersze. Towarzyszą im czarnobiałe zdjęcia. Na płocie przy reanimowanym właśnie bistro powiesili je jego nowi właściciele. Bar z ogromnym zdjęciem Gałczyńskiego przy ladzie mieści się tuż przy parkingu przed Praniem. Tam trzeba zostawić auto, żeby dojść do leśniczówki leśną aleją. To przejście aleją to rytuał na pożegnanie wakacji, którego nie potrafię sobie odmówić.

Z „Nie wrócę…” dowiedziałam się, że w cienkiej książeczce Mirosława Żuławskiego „Opowieści mojej żony”, na którą kiedyś trafiłam (ale tylko ją podczytywałam) – jest wiele stron o puszczy mazurskiej i jeziorach. Czyli dobrze mnie ciągnęło. (Autor był ojcem Andrzeja Żuławskiego i dziadkiem Xawerego.)

Dowiaduje się też, że Spychowo, przez które zawsze jechaliśmy autokarem na obozy żeglarskie dopiero po wojnie zmieniło nazwę, bo nazywało się Puppen (potem po polsku: Pupy).

Jest tam wiele opowieści, które przenoszą mnie do czasów, kiedy po Mazurach pływało się tylko na drewnianych łódkach, potem co najwyżej na omegach. Nie ma silników, benzyny w jeziorze, hałaśliwych turystów oblegających każdy skrawek szuwarów. Jest cisza i spokój, którego tak łakną przyjaciele Gałczyńskich. Dzięki książce „Nie wrócę tam nigdy…” zaglądam też do miejscowości Krzyże, i tylko sobie wyobrażam, jak kiedyś wyglądało to miejsce, do którego tak chętnie przyjeżdżały ukryć się przed światem np. Agnieszka Osiecka, Olga Lipińska czy Krystyna Sienkiewicz.

Ja pamiętam jeszcze takie Mikołajki… Z Orionami na pierwszym planie i popękanym, starym chodnikiem. Fot. z wystawy w centrum Mikołajek w 2020 r.

Czytam też o spotykanym podczas Targów Książki w Krakowie Andrzeju Strumiłło, wybitnym malarzu i ilustratorze – sąsiedzie i przyjacielu Leśniczówki. Rok przed jego śmiercią kupiłam kubek z pejzażem Prania jego autorstwa. Można więc powiedzieć, że pijając herbatę, Pranie codziennie przychodziło mi na myśl. Dzięki Kirze Gałczyńskiej widziałam go jednak nie takim, jak na zdjęciach przywiezionych z wakacji, ale takim, jakie było dawno temu, dzikie i jeszcze przez chwilę anonimowe, po prostu Leśnictwo Pranie, Nadleśnictwo Maskulińskie. I dałabym góry złote, żeby przenieść się w czasie i pobyć tam wówczas chociaż przez chwilę.

Były też i inne pożegnania z Mazurami… kiedy nadmiar ludzi, huk motorów na Nidzkim, wrzask dzieci i radioodbiorników zamieniał głuszę w powtórkę Juraty czy Sopotu. Kiedy coraz trudniej było wytrzymać, bo zamiast samotności, na każdym kroku spotykało się kogoś, kto nie powinien tutaj wędkować, pływać, mieszkać… („Nie wrócę…”, s. 65)

Dawnego Prania i Mazur nie ma, i nie będzie. Nie da się tam wrócić. I Kira Gałczyńska też już tego nie zrobi. Pożegnała się na zawsze – zmarła 20 grudnia 2022 roku.

Fot. z książki Kiry Gałczyńskiej „Konstanty syn Konstantego”. Nasza Księgarnia 1983.

Read Full Post »