Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘MOL’

Znacie regułę Pollyanny? Jej zabawę w radość i dostrzeganie dobrych stron w najgorszej nawet sytuacji?

Pollyanna to bohaterka książek Eleanor H. Porter. Dziewczynka marzyła o lalce, i któregoś dnia dostała wprawdzie przesyłkę z Koła Opieki, ale były w niej jedynie… drewniane kule dla inwalidów. Jak pocieszył zrozpaczoną Pollyannę ojciec? Pokazał jej, że w każdej, najgorszej nawet sytuacji można znaleźć jakiś pozytywny aspekt. W jej przypadku tym pocieszeniem powinno być to, że te kule inwalidzkie nie są jej potrzebne! 🙂
Od tej pory Pollyanna zaczęła zabawę w radość i namawiała do niej innych.

Zagram więc i ja:  Jaka jest pozytywna strona pracy z domu, mimo że nie mogę wypożyczać książek ani mieć bezpośredniego kontaktu z czytelnikami?

Mogę zrobić to, na co nie miałam czasu w ostatnim roku (przez sprawy bieżące i inwentaryzowanie 1000 książek z Empiku). Nareszcie mogę wpisywać do programu MOL retrospektywne opisy książek! Zostało mi jeszcze około 8000 egzemplarzy z biblioteki podstawówki i 1800 tych, które przeniosłam tam ze zlikwidowanego Gimnazjum nr 3.

W Gimnazjum wpisywanie 11000 książek zajęło mi prawie 3 lata. (Pomagała mi koleżanka, która sprawdzała najpierw dane w inwentarzu – rok wpisania i cenę, a ja wprowdzałam wszystkie dane do MOL.) Będę więc miała co robić nawet wtedy, gdyby ten okres przestoju potrwał dłużej, niż zapowiadają (a przecież mam jeszcze dodatkowe obowiązki wicedyrektora w tym trudnym czasie).

Damy radę! 🙂

Książka o Pollyannie została również zekranizowana (w 1960 i 2003 r.) Wersję filmu z 2003 r. można zobaczyć tutaj.

—-

EDIT: 11 kwietnia 2020 r. w GW ukazał się wywiad Michała Nogasia z Olgą Tokarczuk „Coś nas testuje”. Tokarczuk wspomina tam właśnie o Pollyannie w kontekście obecnej sytuacji:

—-

Bibliotekarze szkolni, pamiętajcie, że możecie wypożyczyć sprzęt szkolny – laptop lub zestaw komputerowy z biblioteki do pracy w  domu na mocy Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 25 marca 2020 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 – treść tutaj.

Read Full Post »

Stało się. Od dwóch dni wypożyczam Wam książki, używając już tylko kodów kreskowych. Korzystam niniejszym z możliwości programu bibliotecznego MOL i każdym „piiiik” przy odczytywaniu kodu pozycji, zapisującej się na koncie czytelnika, wynagradzam sobie dotychczasowe męki hurtowego wpisywania opisów bibliograficznych do programu.

Wprowadziłam już ponad 4,5 tysiąca opisów najbardziej chodliwych książek, a więc nowości, lektury, księgozbiór podręczny. Przede mną jeszcze duuużo innych woluminów, które stoją na regałach niczym wyrzut sumienia.

 

Ostatnie podrygi bibliotecznych kart tradycyjnych

Żegnam się stopniowo, w miarę napływu czytelników, z tradycyjnymi kartami czytelnika i książek. Kartami, które śniły mi się po nocach, kiedy byłam małą dziewczynką, bo były poza moim zasięgiem, a bardzo chciałam je mieć w swojej prywatnej bibliotece (fiołka na punkcie pracy w bibliotece nabyłam już we wczesnym dzieciństwie). Robiłam je więc metodą chałupniczą: wycinałam z bloku technicznego (co było raczej pogrążające finansowo), czerpiąc prawdziwą przyjemność z odmierzania odległości, łączenia punktów w  linie.

 

To karty robione przeze mnie 20 lat temu, kiedy jako mały brzdąc prowadziłam swoją bibliotekę prywatną, a książki pożyczałam znajomym i sąsiadom...

Trochę później odkryłam sklep z drukami akcydensowymi, w którym zaopatrzyłam się w prawdziwe karty książek w liczbie sztuk: 300 i karty czytelnika – sztuk 100. Koleżanki, które wybrały się ze mną wtedy do Katowic, patrzyły na mnie trochę dziwnie, jak z nabożną czcią liczę i gładzę te rubrykowane kawałki brystolu. Moją radość po tamtych zakupach można porównać chyba tylko ze współczesną radością posiadania najnowszego modelu laptopa. Albo raczej samochodu.

Pamiętam też, jak zmyśliłam dane do rachunku za te karty, bo sprzedająca powiedziała, że musi wpisać nazwę instytucji, a nie prywatną osobę. Podyktowałam więc: „Biblioteka prywatna”, mając nadzieję, że nikt nie skontroluje prawdziwości danych…

 

Zachowałam pierwszy rachunek za zakup kart do mojej dziecięcej biblioteki. Jak widać - to pasja intensywna i trwała, na którą już od najmłodszych lat wydawałam dziesiątki tysięcy złotych... 🙂

Przestaję więc używać kart i żegnam się z mitycznym zapisem krzyżowym. Łza kręci mi się w oku, bo z  tajnikami tego zapisu (na karcie czytelnika notuje się numer książki i datę wypożyczenia, na karcie książki – numer czytelnika i datę) zapoznawałam się w 3 klasie szkoły podstawowej na zajęciach aktywu bibliotecznego. Najpierw pod okiem bibliotekarek, później już samodzielnie, zapisywałam wszystkie dane na dziesiątkach kart. Ile to czasu przepłynęło mi przez palce podczas wpisywania tych cyferek w tysiącach kombinacji w bibliotece szkolnej, a później w  miejskiej, gdzie oczywiście też odbywałam „przedwczesne praktyki biblioteczne”! Teraz wystarczy już mgnienie czytnika, które załatwia wszystko – i wpisy, i statystykę.

Nie będzie już spinania się kart czytelniczych ze sobą i nerwowych poszukiwań tej właściwej, kiedy czytelnik stoi nad biurkiem i czeka, nie będzie przeszukiwania całej kartoteki, żeby odkryć, kto przetrzymuje książkę, na którą wszyscy polują. I uczniowie nie będą więcej szperać w kartotece (Mogę? Mogę? Proszęęęę!), żeby policzyć sobie, ile książek już wypożyczyli. Nic już się nie wysmyknie ze spinacza, nie stracę dniówki na zliczanie statystyk w pionie i poziomie – wszystko będzie przebiegało bardzo szybko, bardzo sprawnie i bardzo nowocześnie. I uczniom się podoba, i bibliotekarce 😉

Podoba się aż do chwili, kiedy jakiś cichy wirus nie przypełznie nagle po kabelku i nie żeżre ze smakiem wszystkich danych.  Archiwizacjo, obym pamiętała o tobie każdego dnia!

Read Full Post »