Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu’

Kto zacz Marcin Świetlicki należy gimnazjalistom wyjaśnić – nie wszyscy muszą znać tę postać, to przecież celebryta nie z ich rocznika. Otóż jest to klasyk literatury polskiej –  jak powiedział na wstępie (pewnie, żeby się przypodobać ;-)) Wojtek Brzoska, prowadzący spotkanie w ramach IX Sosnowieckich Dni Literatury.

Najkrócej o Marcinie Świetlickim można tak: poeta, pisarz i wokalista zespołu „Świetliki”, który założył z Grzegorzem Dyduchem w 1992 roku. Sam dodał, że jest też autorem rysunków (o czym pewnie mało kto wie), a także, że świetnie tańczy, głównie tańce ludowe ;-). Oprócz „Świetlików” poeta nagrał kilkanaście piosenek z innymi artystami, m.in. z Mikołajem Trzaską, Kasią Nosowską, Tymonem Tymańskim. (Póki co zarzucił pomysł o wydaniu na jednej płycie swoich utworów poza-„Świetlikowych”).

Swietlicki01

W okularach: Marcin Świetlicki, bez okularów: Wojtek Brzoska.

Wczorajsze spotkanie z poetą, który po długim milczeniu wydał właśnie nowy tomik wierszy „Jeden” (i którego nie przywiózł na spotkanie, bo wydawca zwodzi z terminem) nie było podobne do żadnego z wcześniejszych spotkań w sosnowieckiej bibliotece. Oczywiście nie mogło być podobne, skoro bohater wieczoru szczególny: niepokorny, nieskromny, niesforny. Tak – na pewno podobałby się uczniom.

W 2011 roku Świetlicki opublikował wybór swoich poezji z lat ubiegłych (ukazywały się od lat 90.), a w tegorocznym tomiku zamieścił 88 wierszy, które napisał od 2010 roku (z czego większość w 2012).

Poeta pisze, kiedy mu jest źle, albo kiedy mu dobrze – powiedział Świetlicki – okres przejściowy, stagnacja nie sprzyjają twórczości. Dlatego kiedy rozstał się w zeszłym roku z wieloletnią narzeczoną i poznał kogoś innego napisał tych wierszy aż 78! Przez poprzednie trzy lata –  tylko 10.

Swietlicki02

Czy poezja jest odkrywaniem, czy zakrywaniem? – zapytał poetę Świetlickiego poeta Brzoska. – Odkrywaniem – powiedział Świetlicki. Sam pisze bardzo intymne rzeczy, ale z najnowszego tomiku wyrzucił 30 najintymniejszych utworów (jak będzie umierał, to je Brzosce prześle – powiedział, i dodał zaraz: ale ja nigdy nie umrę). Zostały tylko te, które sugerują intymność.

W wierszach myli tropy knajpiane – wie, że kiedy wymieni jakąkolwiek nazwę krakowskiego lokalu zaraz będą tam na niego czyhali dziennikarze z Warszawy. Ostatnio poszedł zjeść coś w restauracji nieopodal domu. Następnego dnia restauracja zamieściła na Facebooku zdjęcie pisarza chwaląc się, że jada u nich. Nigdy więcej już tam nie poszedł.

Na pytanie, jakich poetów czyta poeta odpowiedział, że nie czyta! Bo po lekturze tekstów innych małpuje ich, i to mu przeszkadza, więc kiedy chce przeczytać dobry wiersz, to… sam go sobie pisze! 😉  Poza tym łaknął twórczości innych do 19. roku życia, kiedy się jeszcze poezji uczył, potem nie była mu już potrzebna. (W wywiadzie udzielonym Piotrowi Bratkowskiemu do „Newsweeka” wśród ulubionych poetów Świetlicki wymienia: Gałczyńskiego, Grochowiaka.) Czyta za to kryminały – wyciągnął nawet z plecaka dwie grubaśne cegły, żeby zaprezentować, co akurat ma na tapecie (jedną z nich był kryminał szwedzkiego autora, Arne Dahla).

Artykuł "Jestem  obszczymurem" w Newsweeku" 18/2013.

Wywiad P. Bratkowskiego z M. S. „Jestem obszczymurem” w Newsweeku” 18/2013.

Jego rysunki inspirowane są twórczością Franciszki Themerson (zadeklarował nawet, że jest jej wcieleniem) i podobno potrafi się rozpłakać przy oglądaniu jej prac. Może bierze się to stąd, że pamięta z dzieciństwa książki, które ona ilustrowała.

Jak pisze? Różnie: czasami długo nosi wiersze w głowie, potem przelewa je tylko na papier (kiedyś w jedną noc spisał tak aż 9 wierszy), innym razem zmienia i poprawia wszystko na kartce.

Każdy z wierszy w tomiku „Jeden” mieści się na jednej stronie. Przy składaniu książki okazało się, że jeden z nich „wystaje”. Co zrobił więc Marcin Świetlicki? Wyciął wybraną losowo zwrotkę, żeby wszystko ładnie pasowało. 😉  Śmiał się, że wyda potem w osobnym tomie utrącone zwrotki. W ogóle poeta uważa, że „muszą wiersze wyglądać” – więc przy pisaniu pilnował się, żeby wersy nie były nazbyt szerokie.

Marcin Świetlicki nie lubi, jak ktoś czyta jego wiersze. Nie pozwolił więc zrobić tego prowadzącemu. Czytał je sam:

Na pytanie, czy to właśnie w poezji radzi sobie najlepiej odpowiedział, że najlepiej radzi sobie w kuchni. W każdej dziedzinie jestem amatorem, ale wszędzie sobie radzę – dodał skromnie.

Na koniec zdradził, że od kwietnia napisał 20 stron nowej powieści (do tej pory opublikował m.in. trzy kryminały: „Dwanaście”, „Trzynaście” „Jedenaście”). Jej bohaterką jest dziesięcioletnia dziewczynka, która ma sto lat… Pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy z okna mieszkania obserwował starą, pustą kamienicę. Wydało mu się, że od wielu lat mieszka tam właśnie mała osóbka o nadzwyczajnych właściwościach – nigdy się nie starzeje, ciągle jest w tym samym wieku, chodzi po Krakowie i wszystko obserwuje. Pisanie o niej sprawia mu wielką frajdę  – powiedział, że pisząc to sam czuje się, jak mała dziewczynka. 😉 Powieść będzie nosiła tytuł „Ul”.

Nie było – jak to jest zazwyczaj na spotkaniach z pisarzem – grzecznego składania autografów na podsuniętych książkach. Marcin Świetlicki prosto z fotela na auli wystrzelił przed budynek biblioteki, żeby zapalić. Tam o fotki czy autografy zagadywali go natręci.

Co mam napisać? - pyta M. Świetlicki, kiedy podsuwam mu do podpisania artykuł. -Cokolwiek - odpowiadam. Więc napisał.

-Co mam napisać? – pyta M. Świetlicki, kiedy podsuwam mu do podpisania artykuł. -Cokolwiek – odpowiadam. Więc napisał.

Marcin Świetlicki macha do wszystkich, którzy oglądają to zdjęcie ;-)

Marcin Świetlicki macha do wszystkich, którzy oglądają to zdjęcie 😉  Fot. Wojtek Brzoska.

Read Full Post »

Na ubiegłorocznej gali ogłoszenia zwycięzcy Nagrody Literackiej Nike Marek Bieńczyk pomyślał, że ma tylko minutę na wymyślenie tego, co powie po odebraniu statuetki, ale także, że musi koniecznie zapiąć guzik marynarki (który jak na złość właśnie nie dawał się zapiąć). A potem, kiedy ruszyli na niego fotoreporterzy, przemknęło mu przez myśl, że należy do nich machać (podobnie jak robią to sportowcy na podium). Tak na środowym spotkaniu w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sosnowcu opowiadał czytelnikom, co zapamiętał z tamtego październikowego wieczoru.

Profesor Dariusz Nowacki, który prowadził spotkanie, zapytał pisarza, jak zmieniło się jego życie po nagrodzie. Marek Bieńczyk powiedział, że sąsiadka, która do tej pory brała go za durnia, patrzy na niego teraz trochę przychylniej, a listonosz, który już od lat pojawia się z listami, nagle zaczął mu się baczniej przyglądać i mówić „gdzieś już pana widziałem…” :).

Bien_Sosn03

Nie zapraszają go co prawda na wywiady do tak popularnych czasopism jak „Gala” czy „Viva”, ale za to w magazynie o książkach „Papermint”, gdzie sam publikuje felietony, zaproponowano mu sesję fotograficzną z książką…w wannie. Odmówił. Znajomi podobno podsumowali wiadomość o przyznaniu mu nagrody Nike krótkim stwierdzeniem: jesteś skończony.

Prowadzący pytał Bieńczyka o stosunek do pisania. Ten powiedział, że obce są mu postawy tzw. „życiopisania” – czyli całkowitego podporządkowania wszystkiego literaturze, czy „pisania krwią” – bo to raczej postulat historyczny czy ideowy. Jednak życie nie dzieje się gdzie indziej, a z zaklętego kręgu słowa nie da się wydostać.

Rozmawiano o tym, że Bieńczyk nie umie pisać „na sprzedaż”. Dariusz Nowacki mówił, że nie spotkał się jeszcze z jakąkolwiek niepochlebną opinią na temat twórczości autora (pewnie w końcu jakaś się pojawi, bo wywyższony musi zostać poniżony, odpowiedział pisarz), aczkolwiek ci, którzy go czytają mówią, że pisze nieodpowiednie rzeczy, to znaczy felietony zamiast powieści. Tak naprawdę Marek Bieńczyk zaczynał od tego gatunku literackiego – miał wtedy siedem lat i napisał o przyjaźni białego chłopca z Indianinem. Ilustracje do tekstu zrobił kolega, który miał zdolności plastyczne.

Bieńczyk powiedział, że powieść to zbyt poważna sprawa, żeby można ją sobie ot, tak napisać. Irytuje go nadmiar powieści, zwłaszcza że większość z nich to literatura jednorazowa. Podał przykład Francji, gdzie wydaje się ich około 600 rocznie.

Z pisaniem powieści u Marka Bieńczyka jest tak, że chociaż zaczyna coś jak powieść (np. wydaną w 2007 r. „Przezroczystość”), to ostatecznie kończy się na esejo-powieści.

Pisarz zaznaczył jednak, że chciałby teraz powieść napisać. Musi mieć jednak do tego osobisty powód, a chwilowo nie ma takiej sprawy, z którą mógłby się rozprawić. Jest oczywiście kilka tematów, ale nie mają one takiej siły uczuciowej jak np. w jego wcześniejszym utworze „Tworki”. Mówił, że przy pisaniu prozy musi mieć uczucia rozgrzane do białości. Na razie jest przyczajony przed nowym – jak Jerzy Kulej skryty za podwójną gardą w nadziei, że za chwilę walnie serię.

Ma umowę na napisanie książki, ale zaznaczył, że życzy jej napisania bardziej sobie, niż nam. Chciałby móc powiedzieć, że nie ma w związku z tym nerwicy (jak niegdyś powiedział mu Milan Kundera, którego książki tłumaczy dla nas z francuskiego), ale jednak chyba trochę ma…

ktBienOpowiadając o przekładzie „Niebezpiecznych związków” przez Boya- Żeleńskiego (napisał o tym w jednym z esejów zamieszczonych w nagrodzonej „Nike” „Książce twarzy”) wyszło na jaw, że Marek Bieńczyk ma fiksum dyrdum na punkcie stosowanych w swoich tekstach znaków interpunkcyjnych czy akapitów. Muszą zostać tam, gdzie autor je postawi. Podobno zdarzyło mu się też nakrzyczeć na redaktorów, którzy np. rozbili jeden jego akapit na trzy, żeby czytelnikowi lepiej się czytało. Według niego jest to niedopuszczalne.

Profesor Dariusz Nowacki rozpływał się w zachwytach, że teksty Bieńczyka nie są w stylistycznym konflikcie bez względu na ich tematykę. Autor „Książki twarzy” jest genialnie jednojęzyczny, pisząc zarówno o kajakach, jak i romantykach. A trzeba dodać, że pisarz jest też enologiem i publikuje teksty o winach – wydał pierwszy polski przewodnik „Wina Europy”.

Bien_Sosn02

Spotkanie nie trwało długo, bo pisarz musiał jeszcze tego samego wieczoru wracać z Sosnowca do Warszawy, ale czytelnicy zdążyli zadać mu kilka pytań. Na przykład o ulubione lektury. W odpowiedzi nie padły jednak żadne szybkie wyliczanki. Bieńczyk długo się zastanawiał, po czym wymienił Diderota i Flauberta (z mistrzowską „Panią Bovary”), a ze współczesnych W. G. Sebalda (zdradził, że chciałby napisać jego „Austerlitz” ;-)).

Powiedział, że póki co żyje w rozproszeniu lekturowym i na razie robi sobie w głowie kupkę książek do przeczytania. Znajduje się tam m.in. najnowsze wydanie dzienników Susan Sontag.

Bien_Sosn01

Bieńczyka zapytano też, co powiedziałby sobie, gdyby miał możliwość spotkać dziś siebie samego z okresu przed pisaniem. Po krótkim namyśle powiedział, że chyba radziłby młodemu Markowi: „mniej futbolu, więcej czytania”, albo może: „żyj odważniej!”? Ciekawe… Może to jest właśnie odpowiedni temat na oczekiwaną powieść?

Read Full Post »