Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Miejska Biblioteka Publiczna w Dąbrowie Górniczej’

Wyznawcy Mariusza Szczygła stawili się tłumnie. W auli dąbrowskiej biblioteki zabrakło wczoraj miejsc, a niektórzy przysiedli nawet na podeście, skąd pisarz czarował całą salę.

Starsi pamiętają go jako prowadzącego pierwszy w telewizji polskiej talk-show „Na każdy temat” (w Polsacie), inni jako autora doskonałych książek o Czechach, ale przede wszystkim reportażystę. „Na każdy temat” nie oglądałam, bo nie miałam telewizora, a zresztą byłam wtedy zbyt niedojrzała, żeby docenić kunszt dziennikarski Szczygła, który w konkursie na prowadzącego wykosił m.in. Huberta Urbańskiego. Za to teraz uwielbiam twórczość literacką autora „Gottlandu”, a od jego cotygodniowych felietonów w „Dużym Formacie” jestem po prostu uzależniona.

MS
Paradoksalnie, przez ból kolana Mariusza Szczygła spotkanie zrobiło się dosyć dynamiczne i interaktywne, bo pisarz wolał stać lub chodzić, niż siedzieć w fotelu na scenie.  Wykorzystując panią w czerwonym sweterku udowadniał empirycznie, że żaden reportaż nie może być obiektywny, bo to, na co zwróci uwagę dziennikarz, zawsze będzie zależało od wielu czynników – humoru, pogody, zmęczenia. Prowokował śmiech publiczności, czytając fragmenty swojej doskonałej książki „Zrób sobie raj”, w której obywatele czescy powszechnie nie odbierają urn z prochami po kremacji swoich bliskich (70% to nieodebrane matki…), a pewna Czeszka daje wykład o rozpełzających się po całym świecie Polakach.

MS1

Prowadząca przepytała bohatera wieczoru ze wszystkiego – począwszy od seksu (to właśnie on, jako pierwszy, użył na antenie słowa „orgazm” zamiast „satysfakcja”), sąsiadów ze Złotoryi (skąd pochodzi), pracy w telewizji (która, co prawda, pozwoliła zarobić mu na mieszkanie, ale doprowadziła do nadciśnienia), przez reportaż, aż po znienawidzone przez niego pytanie „Jak się u Pana zaczęła miłość do Czech?” Dowiedzieliśmy się, że uwielbienie do naszych sąsiadów rozpoczęło się od wywiadu z piosenkarką Martą Kubišovą. Ponieważ nie mógł przeprowadzić go po angielsku (oboje nie znali tego języka), w rok nauczył się więc czeskiego. No i tak poleciało.

Jeżeli chodzi o reportaż pisarz podkreślił, że dziennikarz nie może ani kopać, ani poklepywać, powinien przedstawić racje obu stron. Ma dać wiedzę i emocje. To czytelnicy sami będą oceniać. Uważa, że ludzie zawsze będą czytać reportaże – po to, żeby przez chwilę być kimś innym i pożyć życiem innego człowieka. Taki rodzaj kulturalnego podglądactwa.

Dlaczego dobrze czyta się teksty Mariusza Szczygła, bez względu na ich temat i długość? Bo wszystko, co pisane z pasją (i oczywiście talentem!) czyta się wyśmienicie. Sam M. S. zaznaczył, że jest w nim tak ogromna potrzeba pisania, że gdyby nie było gazet, pisałby… na murach! 🙂 Mariusz Szczygieł uczy w Polskiej Szkole Reportażu – w tekstach swoich studentów uzasadnia wszelkie skreślenia, a na dobrą drogę pisarską naprowadza, pisząc ich dobre zdania w wersjach: lepszych i najlepszych. Chciałoby się zostać uczniem tego pana!

MS3
W ostatnich latach pisarz był dosyć zajęty. Pracował m.in. nad 3-tomowym dziełem „100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”, prowadzi z kolegami wydawnictwo „Dowody na Istnienie” i klubo-księgarnię „Wrzenie Świata”, dlatego nie wydał żadnej swojej nowej książki. Ale powoli się do tego zabiera – tym razem na tapetę weźmie porwania samolotów, które w latach 80. i 90. były w naszym kraju podobno niezwykle popularne! Notabene córka Doroty Terakowskiej, Kaśka T. Nowak, jest właśnie w trakcie pisania powieści na ten sam temat – wraz z przyjaciółmi próbowała porwać samolot z Balic w roku 1980. (O Jezu! Muszę swoją napisać szybciej! – powiedział M.S., kiedy się o tym dowiedział).

Był też miód na serce młodzieży. Tymi opowieściami pisarz demoralizuje podobno uczniów na spotkaniach autorskich. Mowa o ogromnej niechęci do matematyki i szkolnych z nią problemach. Po takich spotkaniach młodzi zaczynają chyba wierzyć w siebie, bo skoro można być nogą z matmy, a później odnieść taki sukces w innej dziedzinie, to może jednak jest nadzieja?

Naśladowanie matematyka podczas matury

Naśladowanie matematyka podczas matury 😉

Podczas składania autografów ujawniły się wielkie fanki felietonów Szczygła w „Dużym Formacie” (w tym i ja). Nasze zapewnienia o ich szczególnym uwielbieniu połączonym z ceremoniałem rozpoczynania lektury dodatku właśnie od nich legły u podstaw pomysłu, żeby wydać je drukiem. Tak, to by wiele rozwiązało. Na przykład u mnie w domu moja druga połowa nie musiałaby wreszcie konkurować o cenne metry kwadratowe z wszechobecnymi „DF” (a przynajmniej do czasu ich ponownego namnożenia utrudniającego zamieszkiwanie).

Odnajduję cechy wspólne z Mariuszem Szczygłem (porównywać się do guru – co za tupet!): 1. Matematyka była także moją zmorą licealną. Gdyby nie „boska” pomoc na maturze z matmy, może nie zdałabym na wymarzone studia i nie robiła teraz tego, co uwielbiam. 2. Też wolę pisać, niż mówić. 3. No i mam problem z prawym kolanem. 😉

I jeden wątek wspólny z naszą szkołą: pisarz przyjaźnił się z Gaygą, piosenkarką pochodzącą z Będzina, nauczycielką muzyki  w naszej szkole (zanim przekształcono ją w gimnazjum). Zagrał nawet w teledysku Gaygi do piosenki „Niebo – piekło” – przechadza się tam w ciemnych okularach z plecakiem:

Spotkanie w Dąbrowie było świetne – miałam wrażenie, że to nie wizyta autora poczytnych książek, a nagranie do nowego talk-show. 😉

Read Full Post »

Za równowartość 120 kg makulatury do naszej biblioteki trafiła właśnie najnowsza książka „Jak robić dobrze” Szymona Hołowni. To opowieść o Afryce, gdzie od lat wspomaga potrzebujących działaniami swoich dwóch fundacji: Kasisi i Dobra Fabryka.

DSC_0020

Na spotkaniu z autorem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Dąbrowie Górniczej w ramach Festiwalu Kultury „Zagłębie Wood” sala zapełniona była po brzegi, ludzie siedzieli też na podłodze i stali w drzwiach. I tak całe dwugodzinne spotkanie, podczas którego Szymon Hołownia przetwarzał na najwyższych obrotach. Zresztą mógłby tak do rana – jak obwieścił na samym początku. Facet jest naładowany pozytywną energią, a jego baterie chyba nigdy się nie wyczerpują.

DSC_0012

Głównym tematem była oczywiście Afryka, chociaż dyskutowano też o Bogu, świętych, śmierci, która nie jest zaśnięciem i (oczywiście!) poruszono temat najbardziej nielubiany przez autora, czyli jego status celebryty wypracowany bez trudu dzięki programowi „Mam talent!”. 😉 Żartował sobie, że gdyby u bram niebieskich spotkał świętego Piotra, który – jak niemal wszyscy dookoła – zagadnąłby do niego: ależ pan wysoki, a w telewizji obok Marcina Prokopa wydaje się pan taki niski!– to chyba jednak udałby się gdzie indziej.

Szymon Hołownia bardzo prosto namawia do pomocy powtarzając, że najlepszą metodą walki ze złem jest czynienie dobra. Jego fundacje, które działają na zasadzie dobrowolnych składek od wielu ludzi (crowdfunding), pomagają konkretnym osobom w sprecyzowanym celu. Czym przekonuje setki ludzi do tej pomocy? Namawia, żeby nie zaprzestawać swojego dotychczasowego życia i – Boże broń! – nie rozdawać majątku biednym!

Nie rezygnuj z wakacji, nadal chodź do kina i pij wino do kolacji. Nie oddawaj potrzebującym wszystkiego – dziel się z nim drobniakami, ułamkiem tego, co masz. Ale rób to regularnie.

Wy zrobicie, jak chcecie, ale mnie przekonał.

Kasisi-baner-www

Polska jest podobno 24. najbogatszym krajem świata, a każdy, kto zarabia ponad 1500 zł miesięcznie należy do grona 15 % najbogatszych ludzi naszego globu. Nie zauważymy więc nawet, że przekażemy 10 zł miesięcznie komuś, kto na drugiej półkuli nie ma co jeść, albo jak się wyleczyć. Najwyżej nie kupimy sobie kolejnej kawy w markowej i kosmicznie drogiej sieciówce.

Trzeba dawać wędkę, a nie rybę! – grzmią mądre głosy, które nie popierają tego, co H.S. robi w Afryce. A jak ktoś nie ma siły trzymać wędki? – ripostuje Hołownia.

Opowiadając o Afryce Szymon Hołownia próbował przekonać niedowiarków, że tutaj, gdzie sobie żyjemy, jest całkiem dobrze, tylko tego nie doceniamy. Jakiś starszy pan zadał więc autorowi pytanie: Jaki jest w Afryce czas oczekiwania na specjalistę? – zaznaczając, że jak się tego dowie, to pewnie będzie mu lżej. Pan powinien ze szczęścia ulecieć chyba pod sufit, bo odpowiedź Szymona H. nie pozostawiała wątpliwości, kto ma więcej szczęścia – my tutaj, czy oni tam.

W Afryce nie ma specjalistów, a za każdą wizytę trzeba zapłacić. Nie ma karetek, które do ciebie przyjadą, a jeżeli jest wypadek, i ktoś w dobroci swego serca nie załaduje cię na pakę samochodu i nie podwiezie do szpitala albo punktu medycznego – to trudno, umarłeś.

Naprawdę nie doceniamy tego, co mamy – umiemy tylko narzekać. W Afryce większość osób chodzi uśmiechnięta, w Polsce – z zaciętymi twarzami. Taka nasza maska narodowa.

DSC_0024

I tak przez pół godziny.

Szymon Hołownia mówił jeszcze o mailach pełnych nienawiści, które do niego przychodzą, gdzie po stekach wyzwisk zdarza mu się czytać ze zdziwieniem dopisek „z modlitwą” i podpis jakiegoś księdza. W ogóle zawsze siedzi okrakiem i ze swoimi poglądami jest pomiędzy, raczej nikt nie powie o nim: dobrze facet mówi! Dla jednych jest za bardzo konserwatywny, dla innych zbyt liberalny.

Na spotkania autorskie Szymon Hołownia wozi nawet terminal do kart! W końcu połowa ceny książki trafia do fundacji i potrzebujących.

Na spotkania autorskie Szymon Hołownia wozi nawet terminal do kart! W końcu połowa ceny książki trafia do fundacji i potrzebujących.

Kiedy prosiłam o autograf na książce dla naszej biblio i powiedziałam, że jest warta 120 kg makulatury, Szymon Hołownia bardzo się zdziwił i powiedział, że pogada z Bogiem o pieniądze na książki dla nas. To bardzo miło, i już wiem, że ta rozmowa przyniesie skutek – zapowiada się przecież spory zastrzyk gotówki w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa! 🙂

Ziomom z Gimnazjum nr 3 w Będzinie :-)

Ziomom z Gimnazjum nr 3 w Będzinie 🙂

Ależ jest Pan wysoki! A w telewizji przy Marcinie Prokopie..." ;-)

„Ależ jest Pan wysoki! A w telewizji przy Marcinie Prokopie…” 😉

Read Full Post »

Po wczorajszym spotkaniu z satyrykiem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Dąbrowie Górniczej zatrzymałam się jeszcze na moment przed wejściem głównym, żeby zrobić zdjęcie plakatu (tego obok). Właśnie wtedy budynek opuszczał gość wieczoru – w sportowej kurtce, czapce z daszkiem, z plecakiem; założył rękawiczki i poszedł w kierunku centrum miasta.

I gdyby chwilę wcześniej nie minął mnie całkiem blisko, co pozwoliło na identyfikację, i nie odpowiedział „dobranoc” tym charakterystycznym głosem, którego nie da się pomylić z żadnym innym, to obserwując jego sprężysty krok, wyprostowaną sylwetkę, dałabym sobie głowę uciąć, że to maszeruje jakiś dwudziesto- lub trzydziestolatek. I głowę, niestety, bym straciła, bo Jacek Fedorowicz urodził się w 1937 roku! I chociaż na spotkaniu nie było o tym mowy, to wiem, że pisarz regularnie biega, ba!, startuje nawet w maratonach – i to pewnie dzięki tej aktywności porusza się jak młodzik. O Jego bieganiu można poczytać tutaj i tutaj.

Jacek Fedorowicz to najpierw artysta malarz (dyplom ukończenia Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku otrzymał w 1960 r.), aktor (podczas studiów razem z Bogumiłem Kobielą i Zbigniewem Cybulskim założył studencki teatr „Bim-Bom”, potem zagrał w kilku filmach, np. „Do widzenia, do jutra” czy „Nie ma róży bez ognia”, do kilku napisał też scenariusze), artysta estradowy (występował w programach rozrywkowych TVP), radiowy (współautor magazynu satyrycznego „60 minut na godzinę” nadawanego w Programie III Polskiego Radia).

To autor „Dziennika Telewizyjnego”, programu satyrycznego, który w minionej dekadzie cieszył się dużą popularnością, w końcu pisarz: opublikował kilka książek, głównie felietonów, bo najlepiej czuje się w krótkich formach. Dosłownie przed chwilą ukazała się jego książka wspomnieniowa „Ja, jako wykopalisko”, która stałą się pretekstem do spotkania w Dąbrowie Górniczej.

Jest też zdobywcą Superwiktora (w 2005 r.), Nagrody Kisiela w kategorii „publicystyka” i wielu innych nagród, o których można poczytać w internecie. Jednym słowem: nie da się Jacka Fedorowicza opisać jednym słowem 🙂 Dobrze, że wykonuje wiele zawodów, bo pisząc o nim, mogę ich nazw używać wymiennie, nie eksploatując nadmiernie jednego określenia, co zazwyczaj bywa kłopotliwe stylistycznie.

Kiedy do wypełnionej szczelnie publicznością auli wszedł pisarz, zażartował (oczywiście!), że biblioteka, która umieszcza w holu zdjęcia zaproszonych osobistości pod napisem „Nasi goście”, jego zdjęcie powinna powiesić pod „Nasi części goście” – bo w Dąbrowie satyryk był całkiem niedawno, czyli 3 lata temu.

Jacek Fedorowicz to artysta wszechstronny, dlatego podczas spotkania nie było czasu na improwizację: spotkanie zostało dokładnie zaplanowane i przeprowadzone według zamysłu. Uczestnicy nie musieli się martwić, że pisarz usiądzie za stolikiem (w rzeczywistości stał przez 1,5 godziny), w kilku zdaniach opowie o książce, a potem poprosi o pytania, w związku z czym na sali natychmiast zapadnie krępująca cisza. (Zapadła tylko na moment).

Tak naprawdę nie było to spotkanie autorskie, tylko „Jacek Fedorowicz Show”. Szkoda, że programy, które w tytule używają tego angielskiego słówka na „s” nie trzymają takiego poziomu, jak Fedorowicz. No, ale taki poziom trudno osiągnąć, cóż dopiero utrzymać…

Artysta zapewniał, że historia publikacji „Ja, jako wykopalisko” jest autentyczna: podobno rok temu znalazł w szafie wśród papierzysk  skoroszyt przebitki (kalkowa kopia pisanego na maszynie tekstu) zatytułowany „Jak zaczynałem”. Przeczytał w nim ze zdziwieniem, że tekst popełnił w 1972 r., kiedy to zdawało mu się, że jest u szczytu sławy.

Jak powiedział: miał być to instruktaż dla ówczesnej młodzieży, jak zrobić karierę w PRL-u (nie stając się przy tym świnią). A w tamtych czasach nie było to tak bajecznie proste jak dziś, kiedy do zrobienia „kariery” wystarczy zaistnieć dostatecznie silnie na portalu plotkarskim i w prasie kolorowej, która chętnie odtajnia to, co raczej ściśle tajne.

Zdjęcie z książki Jacka Fedorowicza "Ja jako wykopalisko" (Wyd. "Świat Książki")

Jacek Fedorowicz napisał książkę 40 lat temu za namową wydawnictwa „Nasza Księgarnia” i podkreślił, że w latach 70. publikacja była niesamowitą nobilitacją, w przeciwieństwie do czasów obecnych, kiedy może zrobić to każdy, kto tylko dysponuje odpowiednią ilością gotówki. „Nasza Księgarnia” tekstem bardzo się zachwyciła i zapragnęła go wydać, ale…

Artysta ośmielił się opisać czasy schyłku stalinizmu, którego – jak większość ówczesnego społeczeństwa – szczerze nienawidził. Korzystając zaś z racji wykonywanego zawodu z charakterystycznych środków wyrazu, starał się tę smutną rzeczywistość ubrać w szaty satyry. Na takiej modzie zupełnie jednak nie znał się ówczesny zastęp cenzorów, wtykających palce uzbrojone w ołówki wszędzie, gdzie ktokolwiek skreślił kilka słów w celu jakiejkolwiek publikacji. Tekst miał się więc ukazać, ale po stosownych (i wcale nie gustownych) cięciach. Na to Fedorowicz nie mógł jednak pozwolić bo – jak sam powiedział – „odezwał się w nim autor-grafoman zakochany w tym, co napisał”. I tak z powodu miłości własnej książka nie ujrzała wtedy światła dziennego (a tylko „szafiany” mrok).

Na maszyny drukarskie skierowała ją za to skłonność wydawnictwa „Świat Książki” do „atakowania starców” (tak wyraził się sam pisarz!), czyli naciski na znane osoby, żeby coś napisały, skoro się już starzeją (i nabyte doświadczenie przekazali innym). Atakowano w ten sposób i Jacka Fedorowicza, więc po znalezieniu przebitki zdecydował, że dawny tekst ze współczesnymi wyjaśnieniami nadawał się będzie doskonale, żeby zaspokoić prośby wydawnictwa. Oczywiście dopiski były konieczne, żeby objaśnić tym, którzy tamtych lat nie odczuli na własnej skórze, dlaczego Fedorowicz musiał pisać o śmierci Stalina „umarł mąż stanu”, zamiast nazywać rzecz po imieniu…

Książka wyszła, „jest bardzo dobra” (co podkreślił sam autor), o czym świadczą nie tylko pozytywne recenzje, ale i ta miara jej popularności, którą jest wyczerpany nakład oraz takiż dodruk. Wspomnienia kupiłam (dostałam nawet autograf), na razie tylko przejrzałam (zaśmiewając się z zamieszczonych tam fotografii), ale już za moment przeczytam. Po kilku zdaniach wyrwanych z kontekstu to tu, to tam, wiem już, że to literatura, którą się pochłania na raz – tak ciekawie jest napisana.

„Zawsze denerwuję się, o co zapytają mnie na spotkaniu. Ale zazwyczaj tak bywa, że na forum nikt nie chce zadać pytania, za to potem, przy podpisywaniu książki – każdy ma coś do powiedzenia!” – powiedział felietonista. Jak przewidział, kiedy poprosił o zadawanie pytań – zapadła cisza. Ponieważ na kolejną zachętę pisarza również nikt nie zareagował, pytanie ośmieliłam się zadać ja. Zapytałam, który z programów satyrycznych emitowanych teraz w TVP ogląda, i który podoba mu się najbardziej.

Artyście trudno było odpowiedzieć, bo niezręcznie przecież wypowiadać się o konkurencji, ale ostatecznie… Otóż pisarz obserwuje zalew kabaretów w II programie TVP, które w celu zdobycia poklasku idą na łatwiznę. Rozumie jednak, że to twarda walka o byt. Komedia jest specyficznym gatunkiem, który dostaje recenzję natychmiast, w postaci śmiechu (akceptacji) widowni. Recenzji tych słuchają ci, którzy angażują, artyści robią więc wszystko, żeby angaż zdobyć. Uciekają się więc do używania zamiast puenty słów na „k” i na „p”, co publika bardzo lubi. I to jest smutne. Ale rozumie, że trudno kabareciarzom wypośrodkować wszystko tak, żeby zaspokoić gusta publiczności, zostać na rynku, nie przekraczając jednocześnie linii obciachu.

Wśród artystów kabaretowych ma oczywiście ulubieńców, np. Roberta Górskiego z „Kabaretu Moralnego Niepokoju”, który rzucił go na kolana występem o sprzedaży drzwi, czy numerem o ankiecie, w którym wymianę zdań dotycząca siekieratki nazwał mistrzowską! Też tak uważam. Oto ten występ:

 

Pisarz przestrzegł zgromadzonych na spotkaniu: „Pamiętajcie! Artysta ma jeden ukochany temat do opowieści – jest nim on sam. Trzeba odstrzelić, żeby skończył mówić.” Strzały nie padły, a oprócz historii książki „Ja, jako wykopalisko” Jacek Fedorowicz przedstawił nam również autorską interpretację kilku felietonów (o obserwacjach językowych, przygotowaniu do Euro 2012,  kontroli na lotnisku oraz o „przyjaznym” użytkownikowi komputerze) oraz opowiadania „Pies mojej żony”.

Artysta przywiózł też na spotkanie 3 filmiki –  fragmenty jego „Dziennika Telewizyjnego” z lat 2003 – 2005. Ponadczasowych, bo chociaż program bazował na wypowiedziach polityków, to odpowiedni montaż i ich absurdalne zestawienie powodowały, że nie trzeba było znać postaci ani kontekstu, żeby śmiać się z efektu końcowego. Oto  jeden z odcinków „Dziennika”:

 

Fedorowicz powiedział, że program był śmieszny do pewnego momentu – mianowicie do chwili, kiedy politycy dbali jeszcze o to, żeby nie pleść bzdur na antenie. Kiedy przestali już się tym przejmować i migawki z sejmu nie wymagały raczej montażu, stracił rację bytu. 😉 Pracę nad DTV wspomina jako nieustającą harówkę i gehennę – robił go tydzień w tydzień przez 11 lat…

W ogóle satyryk jest człowiekiem bardzo pracowitym – podobno zarabia na siebie od 17. roku życia. Pomogło mu to w zdobyciu żony, którą poznał na studiach. Ponieważ ona była młodsza i nie pracowała, a on starszy i dorabiał – pożyczał jej pieniądze. „Jak doszła do 1600 zł, nie miała z czego oddać i musiała za mnie wyjść” – śmiał się Fedorowicz.

Małżeństwem są już 53 lata – a wszystko zaczęło się bardzo niewinnie, od zaocznego castingu, który Fedorowicz przeprowadził w sekretariacie swojego wydziału. Jako student trzeciego roku kazał sobie pokazać wszystkie podania dziewcząt, które zapisały się na rok pierwszy… Obejrzał załączone do nich zdjęcia i wyłowił z nich (nieświadom) swoją przyszłą żonę. Szczęście, że wybranka odwzajemniła jego zainteresowanie.

Tak mi teraz przyszło na myśl, że tak naprawdę Jacek Fedorowicz wyprzedził znacznie swoją epokę, bo czy przeglądając zdjęcia dziewczyn, oceniając je i wybierając, nie był prekursorem współczesnych portali randkowych, a może nawet Facebooka? 😉

Read Full Post »

Na wczorajsze spotkanie z Wandą Chotomską w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Dąbrowie Górniczej przyszły zarówno małe dzieci (nawet dwuletnie) jak i młodzież, która już dawno dorosła (czyli sześćdziesięciolatki z wnukami).

Pisarka, na której wierszach wychowuje się już trzecie pokolenie, powitała wszystkich z Jackiem i Agatką – postaciami stworzonymi ongiś przez siebie, których telewizyjne występy pamiętali tylko najstarsi uczestnicy spotkania.

Chotomska rewelacyjnie  poprowadziła spotkanie sama ze sobą – dobrze bowiem wie, że w przypadku najmłodszych taka impreza nie może przebiegać w sposób tradycyjny: recytowała więc wiersze (ulubione przez dzieci „Kurcze blade” oraz „Dlaczego cielę ogonem miele”), śpiewała piosenkę („Jajecznica z sześciu jaj”), pokazywała książeczki. Zaprosiła też do wystąpienia w „musicalu” –  do piosenki „Na majówkę”, której słowa napisała, dzieci pokazywały scenki rodzajowe (w roli koca piknikowego wystąpił szal zdjęty z szyi pisarki).

W bardzo sprytny sposób przeszła od części zabawowej do tradycyjnego zadawania pytań. Dzieci miały wyobrazić sobie, że są dziennikarzami, odbywa się konferencja prasowa i teraz mogą pytać autorkę o różne rzeczy. Najmłodsi obdarzyli Chotomską zaufaniem i uznali chyba za prawdziwego eksperta w każdej dziedzinie, bo pierwsze pytanie brzmiało: „Dlaczego Ziemia jest okrągła?”, a później: „Ile pająki mają nóg?” Odpowiedź brzmiała: „za dużo!”, ale przy okazji wyniknęła bardzo istotna kwestia liczby pajęczych rąk, bo przecież nogą nie da się utkać sieci! 🙂

Późnej pytania były już zdecydowanie standardowe, a dzięki dociekliwości dzieci dowiedzieliśmy się, że:

  • Wanda Chotomska ze wszystkich przedmiotów w szkole lubiła najbardziej jeden: dzwonek. I to ten po matematyce! (Jakże bliskie mi są te odczucia! 🙂 )
  • Najtrudniejsza była dla niej do napisania książka „Dzieci pana Astronoma” – żeby mogła powstać, pisarka pobierała u męża korepetycje m.in. z matematyki.
  • Ma dużo zwierząt, ale… wszystkie w książkach. Z powodu częstych podróży nie może sobie pozwolić np. na posiadanie psa.
  • Czytać nauczyła się w wieku 4 lat. Pochłaniała chętnie utwory Brzechwy i Tuwima. Chcąc stworzyć własne wiersze, początkowo zbierała same rymy, bo nie wiedziała, że najważniejszy jest pomysł, czyli to, o czym chce się pisać.
  • Pierwszy wiersz, jaki napisała, poświęcony był ojcu, który wychodził często wędkować i zapominał o całym świecie. Wtedy na jego poszukiwania wyruszała mama Wandy, pozostawiając dzieci same sobie. Wiersz kończył się tak: „…a biedne dziatki są pozbawione opieki matki.”
  • Najchętniej pisze w pozycji leżącej, nocą, kiedy wszyscy już śpią.
  • Ulubione książki to „Iliada” i „Odyseja” Homera.
  • Jej nowa książka poświęcona będzie przysłowiom. Pomysł na nią pojawił się, kiedy siostrzeniec Rysio poczęstował pewną sąsiadkę ciastem, mówiąc: „Masz babo placek!”
  • Na pytanie, czy miała trudne dzieciństwo, odpowiada zawsze, że nie, ale za to dorośli mieli z nią trudną dorosłość…

Po spotkaniu wszyscy obecni na sali ustawili się w kolejce po autograf. Wanda Chotomska traktuje bardzo poważnie swoich czytelników – w każdej książeczce (niektórzy przynieśli bądź kupili kilka!) wpisywała długą dedykację (często rymowaną), więc podpisywanie trwało ponad godzinę…

Stojący po prawej chłopczyk (Antoni), ten w okularach, nie dość, że grał piknikowego pieska, to jeszcze ujął nas, popędzając pisarkę przy wydawaniu autografów i zwracając się do niej: "Pani Wando Chotomsko!". A kiedy w końcu stanął przy biurku, czekając na autograf, powiedział: "Pani jest moją fanką!" 🙂

Patrząc na te wszystkie dzieci, które dostają autografy, i ja postanowiłam zdobyć jeden dla siebie. Kupiłam książeczkę „Moja babcia gra na trąbie” i dowiedziałam się przy okazji, że tak niewinna opowieść zatrzymana była kiedyś przez cenzurę, co we wpisie zaznaczyła sama autorka:

O ciekawym wywiadzie z Wandą Chotomską pisałam już wcześniej.

Read Full Post »