Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘księgarnia’

Nieuchronnie zbliża się ten dzień, w którym nasze gimnazjum przestanie istnieć. Od wielu dni robimy porządki w dokumentach, materiałach, pomocach naukowych. Są też stare zdjęcia – większość z imprez szkolnych, wycieczek albo klasowe. Ale znalazłam też wśród nich prawdziwe perełki. Przywracają wspomnienia, więc akurat dla mnie są drogocenne…

Dwa pierwsze niech będą ilustracją do opowieści o pewnym dniu sprzed lat – z książką w tle, a jakże!

To było wtedy, kiedy biegłam szczęśliwa w dół tej ulicy, którą widzicie na zdjęciu poniżej – wtedy jeszcze Alberta Dzijaka, teraz Brata Alberta. Może nawet mijał mnie autobus linii 16, który wówczas tamtędy jeździł, a ja minęłam na pewno ten przystanek, który jest widoczny po lewej stronie – w tamtych czasach był bliżej skrzyżowania z ulicą Sienkiewicza, niż teraz. Metalowy, z czerwoną literą „A” malowaną na boku za pomocą szablonu. Biegłam w dół jak na skrzydłach, bo wreszcie udało mi się uzbierać pieniądze na wymarzony słownik oglądany wielokrotnie w księgarni.

Ulica Alberta Dzijaka (obecnie Brata Alberta) w Będzinie, widok od strony stacji PKP Będzin Miasto.

Przeszłam przez dworzec PKP, który jest zaraz za plecami robiącego to zdjęcie, a potem wyszłam na główną ulicę miasta –  Małachowskiego, i skręciłam w prawo. No i już zaraz po lewej była ta księgarnia, którą znalazłam na maleńkim zdjęciu, i której w pierwszej chwili nie poznałam, bo w oczy rzuciły mi się tylko litery „ĘGAR” – i już myślałam, że to jakiś sklep na Węgrzech. 😉

Księgarnia przy ul. Małachowskiego 58 w Będzinie. Czyżby lata 80.?

A tu w cienu skryta koncówka – i wszystko jasne! To moja ulubiona księgarnia, gdzie na początku lat 90. kupowałam wiele książek z przeceny, zalegających wówczas w Składnicy Księgarskiej, żeby zasilić nimi moją bibliotekę powstałą dopiero co w schowku pod schodami. Spójrzcie na te kraty w drzwiach i na wystawie – a logo z przekreślonym lodem dyndające obok informacji o godzinach otwarcia? Pamiętam je doskonale. I jeszcze ta kosteczka na ścianach wokół – urocza!

Ten słownik, który wtedy kupiłam, nie był z przeceny – kosztował 55 000 zł (!), ale nie żal mi było ani złotówki, bo śniłam o nim odkąd go zobaczyłam. Możecie nie wierzyć, ale pamiętam doskonale drogę powrotną do domu z nim pod pachą – zawsze miałam w głowie to wspomnienie, jak idę ulicą Dzijaka pod górkę, minęłam już przystanek, jestem na wysokości tego domu, który za nim, i chce mnie rozerwać z radości, że wreszcie się spełniło – mam nowy, mój osobisty „Słownik wyrazów obcych” Władysława Kopalińskiego – wydanie XX! Takie miałam dziwne marzenia w roku 1990… W domu czytałam go najchętniej na wyrywki, od przodu i od tyłu, otwierając na chybił-trafił, a to przyzwyczajenie zostało mi do dziś. 🙂

W fakturach zakupu książek w naszej biblio udało mi się znaleźć pieczątkę z tej księgarni – stąd wiem, że mieściła się przy ul. Małachowskiego 58.

 

Gdybym, wychodząc z księgarni, nie wróciła do domu, a obok dworca poszła prosto, trafiłabym na ulicę Bema. Dzieciaki uwielbiały wycieczki w te rejony, bo mieściła się tam (i na szczęście nadal istnieje) słynna cukiernia „U Tkacza”, gdzie kupowaliśmy pyszne lody gałkowe – wtedy jedyne w mieście, oraz cudowne pączki, których sława wykracza już poza granice naszego miasta. A właśnie naprzeciw tej cukierni stoi ogromny budynek policji – który znalazłam na kolejnym zdjęciu.

Ul. Bema w Będzinie. Widok na budynek (wtedy) milicji. Na ulicy pustki, pomyka po niej jedynie nyska (na dole w środku).

I gdybym skręciła stamtąd w prawo, na ulicę Szolca (teraz 11 Listopada), to za kilka minut doszłabym do basenu, gdzie nie jeden raz z chęcią taplałam się w wodzie o kolorze zielonoburym, ciepłej nie tylko od słońca, i gdzie sama nauczyłam się pływać.

Basen przy OSiR w Będzinie.

A już zupełenie niedaleko, bo przed zamkiem, który stamtąd widoczny był jak na dłoni, przechodzi aleja Kołłątaja, którą kojarzą nawet ci, co tu rzadko przyjeżdżają, bo to ta ulica, przy której stoi będziński zamek i zabytkowy kościół na górce, czyli parafia św. Trójcy. I gdyby tak wjechać na tę aleję niedaleko wiaduktu, pod którym tory kolejowe, co biegną na ten dworzec, przez który przechodziłam w drodze po słownik, to wyglądało by to tak:

Aleja Kołłątaja w Będzinie. Zdjęcie z czasów, kiedy na reklamach numery telefonu w naszym mieście rozpoczynały się od 67 zamiast 267.

I gdyby jeszcze nagle przenieść się w czasie, i przejechać tą ulicą trochę dalej, pod górkę, a potem lekko w dół, to akurat na wysokości kościoła, kilkanaście lat wcześniej, wyglądało by to tak:

Aleja Kołłątaja w Będzinie. Widok na wysokości kościoła św. Trójcy na pozostałośc po będzińskim rynku.

I to już koniec wycieczek po mieście. Przed snem przekartkuję jeszcze mój stary słownik. 🙂

Może umieszczone tu zdjęcia zobaczy ktoś, kto je robił, bo nie ustaliłam ich autorstwa.

Read Full Post »

Niedawno z wielką pompą otwarto nowy budynek dworca PKP w Katowicach. Byłam w nim dopiero wczoraj, skuszona wcale nie tym, żeby na własne oczy zobaczyć, jak wraz z nowym rozkładem jazdy rozregulowano połączenia na Śląsku. Trafiłam tam po trosze z łakomstwa, to prawda (o tym na końcu), ale głównym celem wizyty było jednak skonfrontowanie dworcowych wspomnień książkowych z rzeczywistością.

Ci, którzy mieszkają w tym regionie i korzystali z kolei na pewno wiedzą, że w holu starego dworca PKP przez lata istniała księgarnia – antykwariat. Cieszyła się ogromnym powodzeniem, bo – jak to w antykwariacie – można tam było trafić na prawdziwe rarytasy książkowe, co sprawdzał z zamiłowaniem wielotysięczny tłum przelewający się przez to miejsce.

Kupowałam tam nie raz, ale dopiero, gdy na łamach prasy ogłoszono, że to już ostatnie miesiące funkcjonowania starego budynku, wybrałam się z aparatem, żeby uwiecznić coś, czego za chwilę miało nie być.

Zdjęcia zrobiłam prawie trzy lata temu, w lutym 2010 r., ale dopiero teraz jest sens, żeby je opublikować: mogę zestawić je tak, żeby widoczne było to, co przed i to, co po. Ten antykwariat przeniósł się chyba z dworca na ul. Piotra Skargi, kilkaset metrów od dawnego miejsca. Poprawcie mnie, jeżeli się mylę.

 PKP_Katowice01

PKP_Katowice02

PKP_Katowice03

PKP_Katowice

PKP_Katowice04

Mniej więcej w tym miejscu, gdzie dawniej można było przebierać w książkach, są teraz takie widoki (wśród punktów gastronomicznych i kiosków jest też mała księgarnia „Matras”!):

PKP_Katowice06

PKP_Katowice05

PKP_Katowice07

Nowy dworzec kolejowy w Katowicach jest świeży, ładny i przytulny, ale – jak dla mnie – stracił cały klimat. Tamte przestrzenie, i przede wszystkim widok na wszystkie kielichy (teraz widać ledwie część z tych zrekonstruowanych) miały w sobie urok, którego nie zrekompensuje nowość. A wystarczyło wszystko domyć…

Kto  sentymentalny, może przypomnieć sobie jak dawniej było na dworcu PKP w Katowicach.

Jedyne, co ratuje to miejsce przed całkowitym skreśleniem go przeze mnie jest pewien mały szczegół. Otóż w nowym budynku dworca pojawiło się coś, co uwielbiam, a za czym do tej pory musiałam jeździć m.in. do Bydgoszczy, Poznania lub Łodzi: cukiernia Sowa i jej najpyszniejsze torty świata.

Cukiernia Sowa w Katowicach. Nareszcie!

Cukiernia Sowa w Katowicach. Nareszcie!

W zasięgu 10 km znalazł się więc mój ulubiony dakłas (dacquoise), truflowy, pralinowy, kawowy, czekoladowy… Mam nadzieję, że ten dystans będzie odpowiedni, żeby jeść te torty wtedy, kiedy tylko jest ku temu okazja, ale jednocześnie uniknąć tego, że kiedyś mi się przejedzą.

(Już tyle razy polecałam – między innymi tutaj – torty bydgoskiego cukiernika Adama Sowy, że chyba powinnam dostać jakiś za tę reklamę ;-))

Read Full Post »