Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Katowice’

Wcale nie tak dawno temu, za górami, za lasami stała sobie ogromna i piękna biblioteka. Po wejściu do środka nie było jednak widać tam ani jednej książki (może poza tą na witrażu na wprost schodów, albo na jakimś plakacie). Większość z nich trwała zaklęta w letargu na wysokiej wieży, gdzie straż pełniła najwspanialsza bibliotekarka świata – wielka mechaniczna łapa z krainy zwanej Magazynem Wysokiego Składowania.

Łapa była zawsze do dyspozycji, nigdy nie brała zwolnienia, nie było też widać po niej oznak zmęczenia. Pracowała ciężko, cierpliwie wyszukując książki w zawieszonych wysoko koszach, i wkładając je do wagoników, które zjeżdżały do wypożyczalni i licznych czytelń. Do rąk własnych mógł je dostać tylko ten śmiałek, który pokonał smoka o nazwie OPAC i – fechtując odpowiednio klawiaturą – był w stanie zamówić książkę, a potem to zamówienie poprawnie wysłać.

Biblioteka Śląska

Wolumin lądował w rękach spragnionego czytelnika w najbardziej niebibliotecznej wypożyczalni, jaką kiedykolwiek stworzono – oddzielającej bibliotekarza od reszty świata wysoką, pancerną szybą, niczym w aptece. Wyczekaną książkę, pożądaną jak księżniczkę z wieży, pracownik podawał petentowi wąską luką między szybą a ladą. Dopiero wtedy można było – zakrywając ją rąbkiem torby bawełnianej – zakrzyknąć (przyciszonym jednak głosem): moja ci ona! i uprowadzić ją na rączych rumakach do swoich domostw.

Ale oto w królestwie książek zapanował nowy król. I nastąpiło małe trzęsienie ziemi, a poddani wzdychali w zachwycie (jedni), albo wybuchali oburzeniem (inni). Król zaproponował, żeby przestrzeń wypełnioną do tej pory kilometrami katalogów klamrowych – ciekawych tylko dla bibliotekoznawców, ożywić Strefą Otwartą.

Od tej pory każdy poddany będzie mógł bezpośrednio po wejściu do budynku od razu wybrać tam coś dla siebie z gorących bestsellerów, starannie wydanych komiksów, albo odetchnąć 3 minuty, zachęcając do sięgnięcia po nowe, piękne książki dziatki, wiszące u szyi 24 godziny na dobę. Będzie też można wysłuchać audiobooków, na wygodnej sofie obejrzeć film, albo przeglądać swobodnie prasę bez konieczności wypisywania na każdy tytuł rewersu z poprzedniego wieku.

Do tej pory za ladą była rejestracja, a w głębi ciągnęły się rzędy katalogów klamrowych.

Duży wybór komiksów!

Po prawej za drzwiami wypożyczalnia z szybą. Wśród książek wystawionych do zabrania można znaleźć prawdziwe perełki. Ja wyszłam stamtąd ze stosikiem, niczym z Targów Książki 🙂

Czy są tu jacyś miłośnicy historii Elbląga?

Zabrać książkę można też od strony wypożyczalni.

Kącik przy informatorium, gdzie przeniesiono teraz teraz katalogi klamrowe.

 

Katalogi klamrowe wylądowały w towarzystwie katalogów kartkowych, Przewodnika Bibliograficznego, Bibliografii Zawartości Czasopism czy Polskiej Bibliografii Literackiej, do których zaglądają tylko studenci i naukowcy.

Karta w katalogu klamrowym.

Znaleźli się i tacy, którym nie w smak obecne rozwiązanie. Jako że książek, które trafiają do Strefy Otwartej nie można zamawiać elektronicznie, czytelniczka z dalekich stron powiedziała, że to powrót do średniowiecza(!), bo zanim ona dojedzie po książkę, na której jej zależy, ktoś ją sobie może spokojnie wziąć z półki i ona jej nie dostanie.

Myślę, że ten głos zatonie w powodzi innych, pełnych zachwytu nad Strefą Otwartą BŚ.

BRAWO dla nowego dyrektora Biblioteki Śląskiej – Zbigniewa Kadłubka!

O Strefie Otwartej na stronie BŚ:  http://www.bs.katowice.pl/pl/strefa_otwarta

Reklamy

Read Full Post »

Nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Pierwszy raz podczas ogólnopolskiej Nocy Muzeów swoje podwoje dla zwiedzających otworzyła Biblioteka Główna Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. I chociaż znam to miejsce, to nigdy nie byłam w zakamarkach, do których dostęp oferowano tego wieczoru i nocy.

Zwiedzający dopisali, wprowadzając w przyjemne zdziwienie pracowników, którzy liczyli co prawda na zainteresowanie, ale jego ogrom jednak trochę ich zaskoczył. Mieszkańcy Katowic i okolic byli zapewne ciekawi, co kryje się w budynku, który ma całkiem ciekawą historię i został wpisany do rejestru zabytków (w 1989 r.) I – co ważne – zazwyczaj był dla szerszego grona nieodstępny, bo albo znajdował się w rękach prywatnych, albo był siedzibą banków, więc nie było możliwości zgłębienia jego tajemnic.

Justyna i Ania, które oprowadzały zwiedzających, ciekawie mówiły o jego historii: został wybudowany w 1900 roku według projektu Hugo Grünfelda, jako willa mieszkalna w stylu neoklasycystycznym, ale nawiązującym do baroku. Budynek usytuowano na rogu ówczesnych ulic Friedrichstrasse i Schulstrasse, w północnej części działki. Na pozostałym obszarze zaaranżowano ogród. Willa posiadała dwie kondygnacje i koronujący gzyms o motywach roślinnych. Parter i piętro miały wysokość aż 4,5 m, poddasze natomiast – zaledwie 3,3 m. 😉 Wejście do budynku znajdowało się od strony obecnej ulicy Szkolnej. Dzisiejsza fasada budynku odbiega znacznie od pierwotnego wyglądu.

Budynek zmieniał właścicieli: w 1931 roku został odkupiony od Grünfelda i przystosowano do potrzeb Państwowego Banku Rolnego. W 1938 roku gruntownie przebudowany w stylu modernistycznym, według projektu architekta Mariana Lalewicza.  W czasie wojny mieścił się tam Commerz Bank, po wojnie znowu Państwowy Bank Rolny. W 1951 r. budynek został przejęty przez Skarb Państwa – wprowadził się do niego Narodowy Bank Polski, a w latach 90. – Bank Śląski. Na potrzeby tego ostatniego budynek ocieplono, a zniszczoną elewację zastąpiono płytami z jasnego granitu.  Modernizację dla potrzeb Biblioteki Głównej SUM przeprowadzono w 2012 roku. Starano się w minimalnym stopniu ingerować w zabytkową strukturę budynku.

Najwięcej emocji wzbudziła opowieść o orle, który jest widoczny na fasadzie, a który po raz pierwszy pojawił się tam w czasie przebudowy w 1938 r. Była to geometryczna płaskorzeźba ptaka trzymającego w szponach snopy zboża. W czasie wojny orzeł został zdjęty, powrócił w l. 50, natomiast na zdjęciach widać, że w czasach Banku Śląskiego orła pozbawiono snopów zboża. Ostatecznie płaskorzeźba rozpadła się podczas demontażu w trakcie remontu przeprowadzanego przez Bank Śląski w roku 1996, kiedy pracami nie kierował jeszcze konserwator zabytków. Kiedy Śląska Akademia Medyczna przejmowała budynek (2001 r.) na fasadzie nie było płaskorzeźby. Ostatecznie orzeł powrócił na fasadę, ale nie jest to replika orła Lalewicza.

Justyna i Ania pokazują stare plany budynku.

 

Dokumentacja architektoniczna fasady.

Pozostałość po Państwowym Banku Rolnym – ogromny sejf. W środku zabytkowa posadzka.

Fragmenty oryginalnej posadzki znajdują się też na samym dole, w obecnych magazynach biblioteki. Na co dzień są zabezpieczone przed zniszczeniem.

 

W Noc Muzeów można było zwiedzać gmach Biblioteki Głównej SUM od samej piwnicy…

 

 

…aż po ostatnie piętro…

 

…a nawet wyżej: to oryginalne schodki prowadzące z ostatniego piętra na dach.

 

…skąd taki widok.

 Oprócz odkrywania zakamarków budynku zwiedzający mieli też możliwość uczestniczenia w maratonie czytelniczym w sejfie: czytano wiersze, fraszki, fragmenty powieści i książek o tematyce medycznej. Wiele osób wzięło udział w cyklu wykładów na temat zdrowia prezentowanych przez pracowników Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Potem można było sprawdzić się w konkursie wiedzy o zdrowiu, albo – co cieszyło się ogromnym powodzeniem – przeglądać interaktywny, trójwymiarowy atlas anatomii, który dostępny jest w czytelni biblioteki.

Była też wystawa książek NAJ – czyli najmniejszych, największych, najstarszych czy najintensywniej użytkowanych przez spragnionych wiedzy studentów 🙂

…najgrubsza…

 

…najintensywniej czytana…

 

… i najstarsze 🙂

Nośniki wiedzy medycznej – wiek XX i XXI.

Przyłączenie się przez bibliotekę SUM do Nocy Muzeów to był strzał w dziesiątkę. Wróżę, że biblioteka zyska nowych czytelników spośród tych, którzy mogli tego wieczoru i nocy przekonać się, jakimi bogatymi zasobami (tradycyjnymi i elektronicznymi) dysponuje.

A pracownikom biblioteki zazdroszczę, że mają możliwość pracy w takim miejscu – ciekawym historycznie i nowocześnie pięknym. 🙂

Read Full Post »

Niedawno z wielką pompą otwarto nowy budynek dworca PKP w Katowicach. Byłam w nim dopiero wczoraj, skuszona wcale nie tym, żeby na własne oczy zobaczyć, jak wraz z nowym rozkładem jazdy rozregulowano połączenia na Śląsku. Trafiłam tam po trosze z łakomstwa, to prawda (o tym na końcu), ale głównym celem wizyty było jednak skonfrontowanie dworcowych wspomnień książkowych z rzeczywistością.

Ci, którzy mieszkają w tym regionie i korzystali z kolei na pewno wiedzą, że w holu starego dworca PKP przez lata istniała księgarnia – antykwariat. Cieszyła się ogromnym powodzeniem, bo – jak to w antykwariacie – można tam było trafić na prawdziwe rarytasy książkowe, co sprawdzał z zamiłowaniem wielotysięczny tłum przelewający się przez to miejsce.

Kupowałam tam nie raz, ale dopiero, gdy na łamach prasy ogłoszono, że to już ostatnie miesiące funkcjonowania starego budynku, wybrałam się z aparatem, żeby uwiecznić coś, czego za chwilę miało nie być.

Zdjęcia zrobiłam prawie trzy lata temu, w lutym 2010 r., ale dopiero teraz jest sens, żeby je opublikować: mogę zestawić je tak, żeby widoczne było to, co przed i to, co po. Ten antykwariat przeniósł się chyba z dworca na ul. Piotra Skargi, kilkaset metrów od dawnego miejsca. Poprawcie mnie, jeżeli się mylę.

 PKP_Katowice01

PKP_Katowice02

PKP_Katowice03

PKP_Katowice

PKP_Katowice04

Mniej więcej w tym miejscu, gdzie dawniej można było przebierać w książkach, są teraz takie widoki (wśród punktów gastronomicznych i kiosków jest też mała księgarnia „Matras”!):

PKP_Katowice06

PKP_Katowice05

PKP_Katowice07

Nowy dworzec kolejowy w Katowicach jest świeży, ładny i przytulny, ale – jak dla mnie – stracił cały klimat. Tamte przestrzenie, i przede wszystkim widok na wszystkie kielichy (teraz widać ledwie część z tych zrekonstruowanych) miały w sobie urok, którego nie zrekompensuje nowość. A wystarczyło wszystko domyć…

Kto  sentymentalny, może przypomnieć sobie jak dawniej było na dworcu PKP w Katowicach.

Jedyne, co ratuje to miejsce przed całkowitym skreśleniem go przeze mnie jest pewien mały szczegół. Otóż w nowym budynku dworca pojawiło się coś, co uwielbiam, a za czym do tej pory musiałam jeździć m.in. do Bydgoszczy, Poznania lub Łodzi: cukiernia Sowa i jej najpyszniejsze torty świata.

Cukiernia Sowa w Katowicach. Nareszcie!

Cukiernia Sowa w Katowicach. Nareszcie!

W zasięgu 10 km znalazł się więc mój ulubiony dakłas (dacquoise), truflowy, pralinowy, kawowy, czekoladowy… Mam nadzieję, że ten dystans będzie odpowiedni, żeby jeść te torty wtedy, kiedy tylko jest ku temu okazja, ale jednocześnie uniknąć tego, że kiedyś mi się przejedzą.

(Już tyle razy polecałam – między innymi tutaj – torty bydgoskiego cukiernika Adama Sowy, że chyba powinnam dostać jakiś za tę reklamę ;-))

Read Full Post »

Zazdroszczę obecnym studentom katowickich uczelni. Nie tego, że są ode mnie młodsi, ale tego, że mają możliwość korzystania z najnowocześniejszych i zapierających dech w piersiach miejsc, oferujących dostęp do wiedzy i różnego rodzaju źródeł informacji – z cudownych bibliotek. Poprzednio pisałam o jednej z nich, teraz pora na kolejną, której oficjalne otwarcie odbywa się właśnie dziś – to Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka.

Zdarzało się, że podczas moich studiów bywałam na wykładach katowickiego Wydziału Nauk Społecznych, gdzie okna jednej z auli wychodziły na szkaradne i zaniedbane, stare lodowisko. Oczywiście, że nie dałabym sobie wtedy wmówić, że za kilka lat w tym miejscu będzie stała cudowna i najprzystępniejsza biblioteka w okolicy!

Budynek zaprojektowała pracownia HS99 – Dariusz Herman, Piotr Śmierzewski i Wojciech Subalski.

CINiBA reklamuje się jako biblioteka otwarta i nie jest to żadna ściema (jak bywa z reklamami), tylko rzeczywistość.

Wszystko pracuje tutaj na tę otwartość: rozwiązania architektoniczne, wolny dostęp do zbiorów i niesamowita atmosfera. Na mnie to działa. Chodziłam tam z otwartą ze zdumienia i szczęścia buzią, jak dziecko, któremu zafundowano wyjazd do Disneylandu. To jest od dziś mój biblioteczny Disneyland ;-).

Od momentu przekroczenia drzwi budynku potrzeba nam kilka sekund na zostawienie rzeczy w szafkach lub tradycyjnej szatni. (Szafki działają na 1 lub 2 zł. Żeby je zamknąć nie trzeba być świeżo po skoku na bank i mieć przy sobie całych 5 zł – tak jak w Bibliotece Śląskiej ;-)) A potem wystarczy pójść w miejsce, gdzie znajduje się to, co nas interesuje: książka, czasopisma czy multimedia. I brać, ile wlezie – tak po prostu – żadnych rewersów wypisywanych w pocie czoła.

Choć budynek jest ogromny, łatwo wszędzie trafić, bo na właściwy trop (i dział) naprowadzają punkty informacyjne, które wyróżniają się kolorystyką na tle futurystycznej i bardzo modnej szarości betonowych ścian. Układ książek jest działowy, wg UKD, czyli taki, jak w bibliotekach publicznych. I najważniejsze: żeby skorzystać z biblioteki na miejscu nie potrzebujemy żadnej karty! Po prostu wchodzimy i już! (Zupełnie odwrotnie, niż np. w BŚ).

Efekt otwartości widoczny już po wejściu do budynku. Półki z książkami od holu głównego oddzielają ściany z szyb.

Punkt informacyjny – po prawej. Miejsca między regałami jest tyle, że można tu jeździć na wrotkach 😉

To z pewnością będzie znak rozpoznawczy tej biblioteki – kręte schody na wyższe poziomy.

Na wszystkich trzech poziomach użytkownicy mają wolny dostęp do zgromadzonych materiałów – to znaczy, że zarówno książki do skorzystania na miejscu, jak i te do wypożyczenia, można wziąć sobie z półki samemu, przejrzeć i zadecydować, czy tego właśnie szukaliśmy. (Brak tutaj tradycyjnego podziału na książki w wypożyczalni i czytelni – wszystko jest tu wielką, ogólnodostępną czytelnio-wypożyczalnią.)

Łatwo zorientować się, czego nie można ze sobą zabrać do domu, bo oznaczone jest czerwoną kropką na grzbiecie. Oczywiście są też magazyny, które obsługują wyłącznie pracownicy – zgromadzono tam książki starsze, albo takie, które są rzadko wypożyczane.

Poziom 0, czyli parter: widok na książki z działów 7-Sztuka,Rozrywki, Sport i 8 – Językoznawstwo, Nauka o literaturze, Literatura piękna.

Z książek z czerwonymi kropkami na grzbietach można korzystać tylko na miejscu.

Na końcu regałów znajdują się pomarańczowe pudełka – miejsca na odłożenie książki wziętej wcześniej z regałów. Ich ponownym umieszczeniem w odpowiednim dziale zajmują się bibliotekarze. Tylko oni wiedzą, gdzie jest miejsce każdego woluminu 🙂

Poziom 1.

Czytelnia na poziomie 1.

Cudnie. Szarości, przestrzenie i wygodne miejsca do siedzenia.

Na poziomie 0 znajduje się tradycyjna wypożyczalnia, gdzie można odebrać książki zamówione z magazynów przez katalog online, a pozostałe, do których mamy swobodny dostęp, wrzucamy na swoje konto za pomocą samowypożyczalni (self-check) – urządzenia, do którego wkładamy kartę biblioteczną, a potem kładziemy na nim książkę. I już.

Wypożyczalnia tradycyjna, którą obsługują bibliotekarze.

A to już wypożyczalnia bezzałogowa – self-check 🙂

W nowoczesnej bibliotece należy być przygotowanym na najbardziej przyjazne dla człowieka udogodnienia i praktycznie nic nie powinno nas zadziwić. A jednak, kiedy zobaczyłam tę studentkę przy urządzeniu Bookeye, która skanowała na swoje potrzeby niezbędne fragmenty książek, a potem po prostu zapisywała to na pendrive’ie, zapłakałam w duszy nad sobą, moimi koleżankami i kolegami z roku. My siedzieliśmy w czytelni Wydziału Filologicznego nad tekstami dostępnymi tylko na miejscu i robiliśmy z czytanego tekstu dokładne notatki. CAŁYMI GODZINAMI. (Bo w końcu ileż można kserować?)

W bibliotece brakuje jednej rzeczy.

Tak jak do dyspozycji czytelników są kabiny do pracy indywidualnej i wrzutnia całodobowa do zwrotów książek, tak powinny być również dostępne 24 godziny na dobę boksy dla maniaków czytelniczych i miłośników tego miejsca. Dla tych, którzy po przyjściu do CINiBA dostali fioła na jej punkcie, jeszcze większego na punkcie łatwości i dostępności tego, co dotychczas tak dostępne nie było, a jedynym ich marzeniem jest teraz przebywać tam dzień i noc, i czytać, czytać, czytać, a w krótkich chwilach pomiędzy – przysypiać na wygodnej sofie ;-). (Oprócz sofy w takim boksie powinien znajdować się oczywiście jeszcze ekspres do kawy!)

Wrzutnia do zwrotu książek o każdej porze dnia i nocy.

Ktoś powiedział, że w nocy biblioteka wygląda, jak książki ustawione na półkach. Wszystko się zgadza.

W CINiBA jest też oczywiście sala seminaryjna, konferencyjna czy dydaktyczna. Na pewno będzie odbywało się tam wiele ciekawych spotkań, czego nie mogę się już doczekać.

Zastanawiam się, jak studenci będą nazywać to miejsce. Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka, czyli CINiBA, czego oczywiście nikt nie będzie wymawiał w pełnej wersji, zostanie pewnie już niedługo zastąpione jakimś krótkim Cin, albo Cinka. A może (czytając od tyłu): Baci – co byłoby miłe, bo po włosku znaczy to „całuski”.

Studenci Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego (BUŁ) nazywają swoją bibliotekę Bułą ;-), a ci z Warszawy – Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego – po prostu Buwem. Tu nazwa jest bardziej skomplikowana, bo trzeba pamiętać, że to nie biblioteka jednej uczeni, a dwóch: Uniwersytetu Śląskiego i Ekonomicznego z Katowic.

Zwał jak zwał, nieważne, najistotniejsze, że jest tam cudnie, o czym możecie przekonać się sami, bo to biblioteka bardzo OTWARTA na nowych użytkowników!

CINiBA w liczbach:

  • 54 km półek z książkami.
  • Obecnie jest tam 800 tysięcy woluminów (z tego 340 tysięcy w strefie wolnego dostępu).
  • Miejsca wystarczy jeszcze na milion książek…
  • W budynku może przebywać jednocześnie 1000 osób.

Dziękuję za pozwolenie na zrobienie zdjęć rzecznik CINiBA, Pani Jadwidze Witek.

Read Full Post »

Na drugich Targach Książki w katowickim Spodku jest więcej wystawców, więcej spotkań z pisarzami i więcej imprez towarzyszących, niż w roku poprzednim. Już przy wejściu miło się zdziwiłam, bo zobaczyłam do kasy kolejkę, jaką widywałam tylko podczas tego typu imprezy w Krakowie. Wewnątrz odniosłam jednak wrażenie, że nie ma wcale wielu odwiedzających. Zobaczymy, organizator na pewno poda ostateczne statystyki po zakończeniu targów.

Odlotowe wejście na Targi Książki.

W tym roku wydrukowano nawet wielki spis wystawców, program targów i plan hali.

Publiczność wyrastała nagle, jak spod ziemi, kiedy na scenie głównej pojawiały się popularne osoby: tak było na przykład, kiedy na sofach zasiedli profesor Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek. Jak sami zapowiedzieli już na wstępie: przyszli na targi książki… bez książki. Dopiero w październiku ukaże się owoc ich długich rozmów o „języku i poczuciu humoru”, z którego to wydawnictwa podczas redakcji wycięto podobno wszystko o gramatyce, a zostawiono same żarty. Książka będzie nosiła tytuł „Kiełbasa i sznurek” – w nawiązaniu do popularnej niegdyś wyliczanki: Jurek, ogórek…

Profesor Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek.

Michał Ogórek, znany felietonista, powiedział, że siadając do rozmów z profesorem nie wiedział, co powiedzieć, ani do czego dojdą. Na co profesor Bralczyk rzucił, że to bardzo dobrze, bo rozmowa powinna być przyjemnością, a dziś panuje kult rozmowy skutecznej, którą się PRZEPROWADZA. Należy przywrócić przyjemność rozmowie! – zaapelował.

Miło było słuchać obydwu panów, mam nadzieję, że równie miło będzie się czytało ich książkę. Zgromadzonych co rusz rozśmieszały ich opowieści, na przykład o tym, jak to Michał Ogórek cytował Żeromskiego, a później okazało się, że Żeromski wcale takich słów nie napisał. Profesor Bralczyk skomentował wtedy, że świadczy to tylko przeciwko Żeromskiemu. 🙂 Sam profesor często używał w książce cytatów, a kiedy okazało się, że są one trochę przekręcone, i redaktor zabrał się za ich poprawę, profesor kategorycznie mu tego zabronił, twierdząc, że to świadczy o ich rzeczywistości. I dodał, że w „Lalce” jest wiele cytatów z Mickiewicza, a wszystkie z błędami, bo Prus pisał je z pamięci.

-Profesor ma cytat na każdą okazję – powiedział Michał Ogórek. Publiczność podrzucała więc hasło, a profesor miał odpowiedzieć na nie cytatem z „Pana Tadeusza”, którego ma największy zbiór wydań w Polsce. Wyglądało to mniej więcej tak:

Z rozmowy dowiedzieliśmy się też, że profesor Jerzy Bralczyk ma trochę sentymentu do PRL-u (co wynika pewnie z samego sentymentu do czasów młodości, które przypadły na tamten czas), z kolei Michał Ogórek, chociaż urodzony w Stalinogrodzie (czyli w Katowicach), sentymentów takich nie ma.

-Mnie się podobało to, co mówiłem w tej rozmowie – podsumował pracę nad książkę profesor 🙂 Jako że autorzy „Kiełbasy i sznurka” przybyli bez książki, profesor zadeklarował, że zamiast się podpisywać, może udzielać autografów ustnych, czyli autofonów 😉

Ja poszłam krok dalej i poprosiłam profesora Bralczyka o autograf metodą wideo:

Pan Michał Ogórek podpisał się za to chętnie na zbiorze swoich felietonów wydanych kilka lat temu przez „Znak” – „Najlepszy ogórek” i był zadowolony, że książka okazała się lekko sfatygowana po otwarciu, co znaczy oczywiście, że była często czytana, a to przecież dla każdego autora najważniejsze.

Pod sceną główną targów zapełniło się oczywiście także podczas spotkania z Andrzejem Pilipiukiem, który z rozbrajającą szczerością odpowiedział na pytanie, co właściwie mobilizuje go do pisania: ogromny kredyt, który zaciągnął. Póki co udaje mu się żyć z pisania, co w Polce jest dosyć trudne, bo trzeba w takim wypadku pisać dużo i dobrze. Jak powiedział skromnie, pisze książki, które sam chciałby przeczytać, czyli: nieskomplikowane, z sympatycznymi bohaterami i fajnymi przygodami. Jego twórczość ma tak wielu zwolenników, że po rozmowie pisarz jeszcze bardzo długo składał autografy.

Andrzej Pilipiuk.

Chyba ponad godzinę swoje książki podpisywał też spec od przyrody, czyli Adam Wajrak. Jego opowieści o zwierzętach kupowali chętnie i mali, i duzi.

Kolejka do Adama Wajraka.

Wydawnictwa nauczyły się już, że podczas targów trzeba przyciągnąć czytelnika dobrą ofertą cenową. Książki sprzedawane w cenie detalicznej (lub prawie detalicznej) to nie jest zabieg, który zwiększy liczbę kupujących. Z przyjemnością skorzystałam więc w tym roku z oferowanych zniżek. Wydawnictwo „Literatura” przygotowało dla bibliotek biorących książki na fakturę rabat 45%, a na stoisku granice.pl za każdą zakupioną książkę można było wybrać sobie kolejną – gratis!.

Nagroda blogerów książkowych „Złota Zakładka” w kategorii książka dziecięca powędrowała do Joanny Papuzińskiej za „Asiunię” (Wyd. Literatura).

W tym roku wydawca „Kodu władzy” starał się przyciągnąć czytelników za pomocą niestandardowych sposobów.

Jednak jak zwykle najwięcej zainteresowanych było przy książkach na stoiskach antykwariatów, które rozlokowały się w holu głównym Spodka, i gdzie można było wyszperać coś za kilka złotych.

Myślę, że w kolejnych latach Spodek może nam zaserwować prawdziwy odlot z książkami – to przecież dopiero druga edycja targów, podczas których głównym bohaterem jest coś, co u większości społeczeństwa nie cieszy się wielką popularnością. I jak nie wierzę w spodki latające, tak wierzę, że książki powrócą jeszcze do łask.

A na koniec najładniejszy obrazek targowy:

Read Full Post »

Nie zapomnijcie, że od piątku do niedzieli w Spodku trwają drugie już Targi Książki w Katowicach.

Chętni mogą zapoznać się ze szczegółowym programem i listą wystawców tutaj.

Relację z ubiegłego roku można przeczytać tu.

Read Full Post »