Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘„Dżolly i spółka”’

Cała Polska czyta dzieciom o zwierzętach. A ja czytam też sobie. Jak to zazwyczaj bywa, do rąk przez zupełny przypadek trafił mi odziedziczony po bibliotece gimnazjalnej egzemplarz “Dżolly i s-ka” Antoniny Żabińskiej (Czytelnik, 1950). Twarda oprawa introligatorska z płóciennym wykończeniem uratowała go przed rozpadem, trwa więc w dobrym stanie jeszcze dziś, 70 lat po wydaniu.

„Dżolly” trafił ówczesnej SP nr 5 w Będzinie „Za pomyślne wyniki w nauce”…

Książkę opublikowano po raz pierwszy w roku 1939. Potem zaś historia warszawskiego zoo oraz państwa Żabińskich potoczyła się w sposób nieprzewidywalny, ale o tym niżej.

W tej niezwykłej rodzinie najwięcej o zwierzętach napisał oczywiście Jan Żabiński, mąż Antoniny, dyrektor stołecznego zoo od 1929 roku. Był zoologiem i fizjologiem, spod jego pióra wyszło ponad 60 książek popularnonaukowych. Niektóre z nich, wydawane głównie w latach 50. XX wieku, stoją jeszcze pewnie na półkach wielu bibliotek szkolnych, ocalone przez bibliotekarki, które znają ich wartość.

Antonina Żabińska po “Dżollym” opublikowała dla najmłodszych jeszcze dwie książki o zwierzętach: Rysice(1948) i “Borsunio” (1964). W 1968 Czytelnik wydał jej wspomnienia “Ludzie i zwierzęta”. To na ich podstawie Diane Ackerman oparła swoją książkę „The Zookeeper’s Wife” (2007), której polskie tłumaczenie ukazało się w 2009 roku pod tytułem “Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”.

Ten tytuł mówi wszystko. Podczas wojny, kiedy niektóre zwierzęta z zoo zginęły, inne zostały przetransportowane do Niemiec, Żabińscy otworzyli na terenie zoo hodowlę świń na potrzeby gestapo. Było to doskonałe alibi, bo pod tą przykrywką ukrywali  zbiegłych z getta Żydów. Cała ta historia była tak niezwykła, że w 2017 roku doczekała się wreszcie zasłużonej ekranizacji. Trzeba też dodać, że w 1965 za tą szczególną pomoc Żabińscy otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Ale wracając do “Dżollego” – z tych krótkich opowiastek o małych mieszkańcach zoo, które z jakichś powodów muszą trafić na przechowanie do domu dyrektorostwa i pielęgnowane są z wielkim wyczuciem i miłością przez Antoninę, bije jakaś sielskość tamtych czasów. Zieleń lat trzydziestych ubiegłego wieku zdaje się być bardziej soczysta niż dziś, zapachy bardziej intensywne i życie jakieś bardziej prawdziwe, skupione na czynnościach podstawowych i ważnych, których nie rozpraszają wynalazki naszych czasów.

Bohaterowie to kolejno: Dżolly – nowo narodzona hienka, której nie chciała karmić matka (a wykarmiła żona dyrektora), i która stała się ulubieńcem rodziny, mały lew o imieniu Kali, którego zbyt mocno przygniotła łapą lwica, szympansica Lusia, lamparcica Kleo, która przybyła z Angoli i musiała się zaklimatyzować, więc dyrektorostwo decyduje zabrać ją do ogrodu przy domu. Jest też dog – Dora, i koza – Białka. Między tą menażerią kręci się ktoś szczególny, co prawda o zwierzęcym imieniu, ale to istota ludzka – mały Ryś – wówczas trochę ponad roczny synek Antoniny. Jak sama napisała – nadała mu takie imię, bo pierwszym jej sukcesem w zoo było ocalenie dwóch rysiczek. Małego trzeba było ciągle pilnować, żeby zwierzęta nie zrobiły mu krzywdy i żeby nie wpakował się w jakieś tarapaty. Szczególnie rozczuliło mnie zdjęcie, na którym Ryś ściska się z Lusią.

Ryś i Lusia. Foto w: Antonina Żabińska „Dżolly i s-ka”, Warszawa 1950, s. 32.

Opowieści Antoniny Żabińskiej pisane są przepięknym językiem, obrazowym, plastycznym, wypływają z czułości i miłości do zwierząt, a po trosze pewnie z jej charakteru: łagodnej stanowczości, która pozwalała jej oswajać dzikie stworzenia. Książka kończy się nagle, i pewnie nie tak, jak spodziewa się czytelnik…

W Ninatece znalazłam krótki fragment kroniki filmowej – stadko lwów z warszawskiego zoo i ich treser, który daje im lekarstwa. Z dużym prawdopodobieństwem to ten sam opisany w “Dżollym” człowiek – film jest z 1937 roku, a wtedy mniej więcej musiała powstawać książka. W materiale widać nawet wspomnianą w tekście “rózeczkę”. Niestety, to pewnie też te same lwy, które w w czasie wojny musiały zostać odstrzelone, podobnie jak inne groźne zwierzęta…

Warszawskie zoo posiada również swojego trenera, który zaczął właśnie pracę z grupą młodych lwów. Z początku lewki przyjęły nowego przybysza z podejrzliwą nieufnością i strachem, lecz szybko oswoiły się z jego szczupłą i giętką sylwetką, łagodnym, stanowczym głosem i spokojnymi ruchami. Od chwili zjawienia się czarnowłosego chłopca z cienka, krótką rózeczką w ręku, przebywanie na wybiegu, pełne nudy i jednostajności, przerywanej drzemką i jedzeniem, stało się pasmem nowych wrażeń, niekiedy pełnych napięcia i uwagi, a niekiedy wesołych i beztroskich. („Dżolly i s-ka” Warszawa 1950, s. 40-41.)

Read Full Post »