Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Poradnioteka’ Category

Z naszej biblioteki korzystają czasem absolwenci. Jedna z byłych uczennic przychodzi w odwiedziny wtedy, kiedy postanawia nie trafić danego dnia do swojej obecnej szkoły. (Wyobrażacie sobie? Na wagary do biblioteki!). Jakiś czas temu wypożyczyła „Nad Niemnem”.

Żeby wprowadzić ją w klimat dzieła Orzeszkowej zaleciłam jej obejrzenie jednego z odcinków Kabaretu Moralnego Niepokoju pt. „Biblioteka”, gdzie natrętny bibliotekarz przepytuje czytelnika z treści oddawanych książek (O „Nad Niemnem” czytelnik ten zapewnia: Czytełem! Oj, podobała mi się, ależ mi się podobaaaała! Taka gruba, ale mi się podobała! Orzeszkowa powinna więcej pisać! Na co bibliotekarz: A jak pan myśli? Dlaczego tyle świata przyrody u Orzeszkowej?…)

Wczoraj absolwentka przyszła oddać książkę. Ciekawa byłam tylko (wzorem tego natręta z kabaretu), czy dała radę powieści – nie ma co ukrywać – nie znajdującej się na liście ulubionych lektur szkolnych.

-Obejrzałam film i przeczytałam streszczenie – powiedziała.

-Wiesz, że film nie jest nigdy wiernym odzwierciedleniem tekstu? – zapytałam.

-Tak, wiem – zapewniła, i jakby chcąc mnie uspokoić, że jednak udało jej się dobrze poznać treść utworu, do powyższych metod zaznajomienia się z nim dodała jeszcze jeden:

– Rozmawiałam z osobami, które to przeczytały.

Rozbroiła mnie tym argumentem zupełnie. 😉

Sposobów, żeby poznać treść książki, jak widać, jest wiele. Jednym z nich pozostaje jednak ciągle czytanie – bryków czy innych opracowań. Kiedyś ukazała się nawet pozycja o tym, że można prowadzić ożywione dyskusje o lekturach, o których się nie ma pojęcia. Napisał ją Pierre Bayard, a nosi tytuł „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało” (Wyd. PIW, 2008).

W takiej dyskusji może być w pewnym sensie pomocny mój niedawny zakup: „Mikstura czyli komiks i literatura” (Wyd. G+J, 2008). To niekonwencjonalny, satyryczny zbiór streszczeń 55 arcydzieł literatury światowej dokonany przez Roberta Jazze Niederle. Każdy z jego krótkich tekstów zilustrowany jest komiksem. W oryginale książka ukazała się w Austrii. Na potrzeby polskiego przekładu wydanie poszerzono o kilka tytułów, a rysunki do nich stworzyli polscy rysownicy.

Znajdziemy tam omówienia (chociaż w tym przypadku użycie słowa „omówienie” będzie chyba nadużyciem) m.in. takich książek: „Pachnidło”, „Imię Róży”, „Władca pierścieni” „Biblia”, „Iliada” oraz… „Pippi Langstrump”.

Tak to wygląda - po lewej krótki opis, po prawej komiks o danym dziele.

Tytuły wybrało, jak wyjaśnia we wstępie Niederle, paru czytających Austriaków, którzy zastanawiali się, „jakie są najbardziej godne lektury, a tym samym najcenniejsze dzieła literatury światowej.”

Oto próbka tego, na co możemy trafić w książce Roberta J. Niederle, autora z dużym poczuciem humoru:

Don Kichot ma nierówno pod sufitem. Wkłada stary zardzewiały pancerz, wsiada na szkapę i wyrusza w świat, ubzdurawszy sobie, aby naśladować czyn swoich bohaterów z powieści rycerskich. Dzięki temu staje się sympatycznym, cudacznym bojownikiem o wszystko, co szlachetne i piękne. (…) Chociaż Don Kichot wychodzi z każdej walki posiekany niczym befsztyk tatarski, jakby zamalował graffiti nowojorskiego gangu ulicznego, nigdy nie daje się zbić z tropu, a tym bardziej pokonać.


Romeo dowiaduje się o śmierci swej najmilszej, pędzi do jej grobu i rozpoznaje jej rzekome zwłoki. Życie traci dla niego sens. Wyciąga flakonik z trucizną – który każdy dżentelmen powinien nosić przy sobie – i odbiera sobie życie obok pozornie martwej. Julia budzi się, widzi Leonarda DiCaprio i ze zgryzoty zatapia nóż w swym sercu.

Cena wydrukowana na książce to 34 zł. Kupiłam ją (oczywiście na wyprzedaży „Matrasowej”) za 9,90, co i Wam polecam zrobić!

Read Full Post »

Kobiety to ogromnie zdolne bestie. Nie ma w tym zdaniu żadnej ironii czy złośliwości. To po prostu fakt. Zawsze były zdolne, ale kiedyś nie wolno było im się z tym ujawniać. Musiały udawać, że szczytem ich możliwości jest  wyhaftowanie inicjałów na chusteczkach czy komplecie pościeli, ewentualnie brzdąknięcie kilku nut na pianinie i fantazyjne ułożenie kwiatów w wazonie.

Piszę o tym, bo ostatnio okazało się, że używając przy gimnazjalistach słowa „emancypacja” (kobiet) wprowadziłam ich w zakłopotanie – nie wiedzieli po prostu, co to znaczy. A to znaczy m.in., że dziś kobiety nie muszą już udawać, że kochają robić właśnie to, co powyżej, wtedy, kiedy nie cierpią tych zajęć. No chyba, że akurat uwielbiają – a to już zupełnie inna sprawa.

Kobiety zawsze były innowacyjne i twórcze. W końcu zmuszały je do tego okoliczności. Już w czasach, kiedy mężczyźni wyruszali ze swoimi zabawkami, aby pobawić się w myśliwych, one zostawały w obejściu i główkowały, jak poradzić sobie z ogarnięciem wszystkiego w pojedynkę. I tak rodziły się świetne rozwiązania, pomysły na wiele urządzeń ułatwiających pracę.

O kobietach i ich osiągnięciach historia milczała bardzo długo. Pisze o tym wszystkim Deborah Jaffé w książce „Niezwykłe kobiety. Od nalewki na szafranie do latających maszyn” (Wyd. Muza SA, 2007).

Analizuje setki patentów – głównie krajów anglojęzycznych, choć nie tylko. I co się okazuje? Że kobiety wynajdowały rzeczy wszelkiego rodzaju: ubrania, gadżety, sprzęt medyczny i sanitarny, materiały edukacyjne i zabawki. Tylko że w latach, o których wspomina autorka, czyli między XVII a XIX wiekiem, kobietom raczej nie wolno było rejestrować wynalazków. A przynajmniej było to niezwykle utrudnione, albo raczej: niemile widziane. Bo jak to? KOBIETA coś wymyśliła? Ha, to przecież niemożliwe, a przede wszystkim niestosowne! I dlatego wiele patentów zostało przyznanych nie ich autorkom, ale np. ich mężom czy pracodawcom…

Wiecie, że to kobieta wykonała pierwszą pracę na komputerze i odkryła pierwszego wirusa komputerowego? Była to Grace Murray Hopper w 1947 r. Niejaka Stephenie Kwolek wynalazła „kevlar”, czyli włókno o właściwościach stali, którego używa się m.in. w produkcji kamizelek kuloodpornych i kasków. Kobiety wynalazły też np. ciasteczka – pieguski (Ruth Wakefield w 1930 r.), czy zmywarkę (Josephine Cochran w 1872 r.). Ten ostatni patent jakoś w ogóle mnie nie dziwi… 😉

A tutaj garść rysunków z tej niezwykłej książki o niezwykłych kobietach. Niektóre patenty są wprost powalające…

Patent Adelaide Turner. Urządzenie do pozbycia się drugiego podbródka...

I coś z mojej dziedziny: stół z pulpitem na książkę 😉 Autor: Mary Claxton.

Mocowany na kolanie pulpit na nuty. Patent Marianne Stephenson.

Lampa uliczna, w której spalano trujące wyziewy ze ścieków. Autorka: Elizabeth Corbett.

Miliony patentów do przejrzenia tutaj: http://www.google.com/patents

Read Full Post »

Mam dziś dla Was jednego tylko pączka. I choć trochę zapomnianego, to bynajmniej nie czerstwego:  Krzysztofa Pączka, ucznia klasy czwartej, bohatera książki Anny Onichimowskiej „Krzysztofa Pączka droga do sławy”.

Wydanie z 1981 roku.

Młody Pączek to osoba z dużym poczuciem humoru; pisze pamiętnik, a marzy o tym, żeby być kiedyś sławnym. Drogi do tej sławy upatruje w karierze pisarskiej.

Wysoko mierzy, ale z dzisiejszej perspektywy ocenilibyśmy go pewnie: naiwniak! Sławny dzięki pisaniu? Teraz recepta na sławę leży na zupełnie innej drodze, oznaczonej tabliczką z napisem „X Factor”, „You Can Dance” czy „Mam talent”.

No tak, ale w 1981 roku, kiedy książka została opublikowana, młodzież oglądała raczej „Teleranek” i program „5-10-15”, a ich idolami rzeczywiście mogli być (i byli) pisarze.

Wydanie z 1997.

Dziś sławę łatwo zdobyć, ale równie łatwo stracić. A kiedy myślę o sławie w kontekście obecnych czasów przed oczyma staje mi takie wydarzenie:  w restauracji, gdzie kolację jadła Wisława Szymborska, laureatka literackiej Nagrody Nobla, tłum zainteresowanych gęstniał, ale wokół Andrzeja Gołoty, który przez przypadek też był w tym lokalu. A wokół stolika Szymborskiej – pustki…

To doskonale obrazuje, kto dziś bywa sławny.

Wracając zaś do przywołanego na początku bohatera: dzielę się z Wami tym Pączkiem.

W wydaniu z 1997 roku znalazłam ilustrację o temacie, który jest mi szczególnie bliski:

Rys. Bohdan Butenko.

A oto jedna z ilustracji z książki wydanej w 1981 roku – bardzo adekwatna dziś, kiedy za oknami nareszcie przywaliło wszystko białym puchem i żeby zrobić sobie bałwana, wystarczy tylko trochę zagarnąć butem śnieg, który na wyciągnięcie nogi.

Krzysztof Pączek i bałwan. Rys. Tomasz Borowski.

Smacznych pączków i pięknych bałwanów!

Strona pisarki Anny Onichimowskiej.

Read Full Post »

Na stronie Wydawnictwa „Znak” można już pobrać kalendarz na nowy rok. Dostępny jest w dwóch wersjach kolorystycznych – beżowej i granatowej.

Na każdy miesiąc przewidziano inną tapetę na pulpit komputera – motywem przewodnim są oczywiście książki: pojedynczo, w stosach, z kotem, na drzewach, na talerzu –  jako danie główne i inne…

Tak wygląda kalendarzowa tapeta "Znaku" na styczeń.

Do kalendarza wybrano zdjęcia, które zwyciężyły w wakacyjnym konkursie fotograficznym zorganizowanym przez wydawnictwo.

Pamiętacie, jak pisałam Wam o wizycie w miasteczku książek – Redu, gdzie w każdym niemal domu właściciele prowadzą księgarnię lub antykwariat? Szczególnie urzekł mnie jeden z nich, w piwnicy, o pobielonym tylko suficie, zastawiony regałami i kartonami z książkami.  Pstryknęłam kilkanaście fotek i koniecznie chciałam też mieć  tam zdjęcie. No i mam.

Widnieje teraz na październikowej tapecie kalendarza „Znaku”, który można pobrać tutaj.

Hmmm, całkiem miło być motywem kalendarzowym 🙂

Gratuluję Pawłowi Zielińskiemu wygranej w konkursie!

Read Full Post »

Moja koleżanka koniecznie chciała przeczytać wydaną niedawno książkę Marka Niedźwieckiego.

Przed świętami wybrała się do księgarni i wzięła wspomnienia dziennikarza radiowego do ręki.

Otworzyła na pierwszej stronie, przebiegła wzrokiem i… nie kupiła. Powiedziała, że w święta chciałaby przeczytać coś optymistycznego, a te wspomnienia na pewno będą smutne.

To po tych zdaniach była o tym święcie przekonana:

Kiedyś myślałem, że to ja wybrałem samotność. Teraz podejrzewam, że to samotność wybrała mnie, a ja z czasem ją polubiłem.

Tylko że książka „Nie wierzę w życie pozaradiowe” (Wyd. Agora SA) nie jest smutną opowieścią.

To historia pewnego nieśmiałego chłopca z małej miejscowości Szadek, którego ojciec widział w przyszłości jako masarza, czyli pana od robienia wędlin. Młodzieniec zaś, zamiast wciskać mięsiwo w kiszki postanowił na kiszki oddziaływać w trochę odmienny sposób: puszczać ludziom w radiu taką muzykę, że im w brzuchu coś ściska z radości, wzruszenia, albo nostalgii. Dla mnie Niedźwiecki nie został masarzem –  ale masażystą muzycznym ludzkich dusz 🙂

Jego historia to historia wielkiej pasji i spełnienia – młody Marek marzył o pracy w radiu, a teraz, od wielu, wielu lat po prostu to robi (wiem, co to znaczy spełnienie zawodowe, bo doświadczam tego samego – na pewno nie jest to nic smutnego).

To bardzo oszczędne wspomnienia. Niedźwiecki mógłby napisać i tysiąc stron o tym, gdzie bywał, co zobaczył i z kim rozmawiał (a już na pewno o korespondencji od rozkochanych fanek) – a napisał tylko 150, z czego i tak trzeba odjąć trochę na zdjęcia, których jest w książce dużo.

Zamieszczono też wiele urywków z jego pamiętnika, prowadzonego od początku studiów, a więc już kilkadziesiąt lat!  Po lekturze książki wiem też, że uwielbia notować nie tylko oficjalne listy przebojów radiowych, ale tworzy na użytek własny (i czytelników przy okazji) inne zestawienia: najładniejszych miejsc z podróży, osobistą listę „muzyki ciszy”, czy przebojów związanych z pierwszym wylotem do Ameryki …

Podobno Pan Marek nie ma już tak pięknego charakteru pisma, jak kiedyś.

Dziennikarz radiowej Trójki uchyla nam trochę drzwi do swojej prywatności. Lubi powtarzalność czynności i nie lubi, kiedy ktoś ją zaburza. Jeżeli musi już znosić odwiedziny, to oczywiście raczej krótsze niż długie. Lubi: zaszyć się w domu pośród płyt, dobre wino do dobrego filmu – najlepiej amerykańskiego horroru, zapach pomidorów, jabłek, mango. Kiedy irytuje go jakaś audycja w radiu, włącza sobie smutną płytę i od razu jest mu weselej…

A to utwór nr 1 na osobistej liście Marka Niedźwieckiego, którą układał podczas lotu nad USA w 1987 roku.

Najlepsze jest to, że po lekturze tej książki, dzięki której poznajemy przecież trochę lepiej jej autora, i tak czuć niedosyt.

I dalej nie wiadomo, czy Marek Niedźwiecki to „Nocny Marek, outsider czy już dziwak? Młodzian w przydługim swetrze, którym zawładnęła pasja, czy introwertyk nieprzystosowany do życia w stadzie?”

I bardzo dobrze. Umielibyście napisać o sobie ponad sto stron a mimo tego pozostać tajemniczymi?

Blog Marka Niedźwieckiego

Read Full Post »

Na widok publiczny wystawiłam ostatnio książki, które nudzą się na regałach przez cały rok, aż do grudnia, czyli takie oto egzemplarze:


Znajdziecie tam inspiracje do przystrojenia stołu, choinki, pomysły na opakowanie prezentów, wiele przepisów i uwagi na temat zwyczajów świątecznych.

Największym hitem są chyba anioły wykonane z… butelek albo ośnieżone badyle 🙂 Te ostatnie łatwo będzie zdobyć i ośnieżyć na potrzeby domowe, bo dzięki sprzyjającej aurze pól i zarośli nie przykrywa gruba warstwa śniegu.  Żeby powiększyć zdjęcie wystarczy na nie kliknąć.

Mam w bibliotece jeszcze jedną, bardzo świąteczną książkę: „Na Gwiazdkę” Małgorzaty Musierowicz. To połączenie gawędy świątecznej z cytatami i przepisami.

We właściwy sobie ciepły sposób, który bardzo dobrze znają fani jej twórczości, autorka pisze o przygotowaniach do Świąt Bożego Narodzenia – adwencie, robieniu pierników, o mikołajkach i obdarowywaniu się łakociami. Musierowicz wspomina tony ozdób na choinkę tworzonych wspólnie z rodziną przy wielkim, drewnianym stole (ptaszki, aniołki) i wykonywane własnoręcznie prezenty. Przy tej okazji zdradza, że jej dzieci potrafiły znaleźć przygotowane dla nich upominki wszędzie, nawet w najbardziej nieprawdopodobnych schowkach.

Całość przeplatana jest odpowiednimi cytatami i przepisami – pisarka dzieli się z czytelnikami tymi, które sama wielokrotnie wypróbowywała i które dostała w spadku od rodziny.

We wstępie do książki tak pisze o zbliżającym się okresie:

Święta historia o Bożym Narodzeniu dla jednych jest prawdą, dla innych – tylko legendą lub opowieścią symboliczną. Jedni przeżywają ją całym sercem, inni pozostają obojętni, jeszcze inni – drwią. Nikt chyba jednak nie zdoła Bożego Narodzenia zignorować. Każdy musi się do niego w jakiś sposób odnieść – i nie może uniknąć chwili zastanowienia.

Na końcu wydawnictwa umieszczono kilka szablonów do samodzielnego wykonania choinkowych aniołków czy ptaszków.

Oto instrukcja stworzenia aniołka Gabrysia:

Read Full Post »

…każdy widzi. Wspaniałe z niebywałymi okazjami, ryzykowne z możliwością trafienia na nieuczciwego sprzedawcę.

Czasami robię tam zakupy dla biblioteki, i to nie tylko książkowe – za jego pośrednictwem kupiłam np. drewnianą podpórkę do ekspozycji nowości. Przy łucie szczęścia allegrowa cena książki łącznie z przesyłką potrafi być nawet połowę niższa niż w księgarni. Czasami też jakiś tytuł okazuje się być dostępny tylko tam – wtedy wybór jest jasny. Korzystam z allegro już ładnych parę lat i do tej pory udało mi się trafiać wyłącznie na uczciwych ludzi.

Miesiąc temu zamówiłam do biblio książkę „Biała jak mleko, czerwona jak krew” (oczywiście w świetnej cenie). Zapłaciłam od razu. Po dwóch tygodniach na horyzoncie nie widać było nawet cienia zamówienia. Weszłam na stronę sprzedającego, gdzie odkryłam w komentarzach wpis ostatniej, niezadowolonej klientki: że czeka już długo, a sprzedawca nie odpowiada na ponaglenia drogą mailową, zaś podany telefon jest namiarem na nieaktualne już miejsce pracy. Trochę się wkurzyłam, bo chociaż kilkanaście złotych to nie jest taki znów majątek, to z punktu widzenia zbieracza surowców wtórnych – jednak jest. Trzeba się trochę nazbierać i trochę nanosić.

– No, to pani wtopiła –  powiedział mi hurtownik, który przyjeżdża czasami z atrakcyjną ofertą książkową. – Bo oni tak sprzedają – kilka rzeczy w porządku, a potem lecą niezrealizowane zamówienia i konto im się zapełnia. Albo to może być też jakiś księgarz, który próbuje ratować psuty przez innych rynek: oferuje niskie ceny tytułów, które tanie nie są, ludzie się nabierają, wpłacają pieniądze, a po jakimś czasie, kiedy kupujący zaczyna się już denerwować brakiem zamówionego towaru, księgarz pisze, że nakład się właśnie wyczerpał i trzeba czekać trzy tygodnie. Wtedy klient życzy sobie zwrotu gotówki, a potem w ostateczności kupuje książkę w normalnej cenie. A o to księgarzom chodzi.

Ładne mi ratowanie zepsutego rynku śmierdzącymi sposobami!

Do mojego sprzedawcy napisałam maila pytająco-grożącego i udało mi się w nim nawet użyć biblioteki szkolnej jako argumentu! Byłam pewna, że książki nie zobaczę już na oczy, dlatego mile zaskoczyła mnie odpowiedź, że przesyłka została wysłana. No i rzeczywiście. W piątek odebrałam ją na poczcie. Dlatego wreszcie mam dla Was (prawie że pod choinkę):

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” autorstwa młodego włoskiego pisarza Alessandro D’Avenia. To historia pierwszej miłości i jak piszą – „współczesne love story”.

Jej bohaterem jest uczeń trzeciej klasy liceum humanistycznego – Leo, który zakochuje się na zabój w rudowłosej koleżance ze szkoły – Beatrice. Podziwia ją z daleka, marzy i nieustannie o niej myśli. Dziewczyna kojarzy mu się z czerwienią – nie tylko przez barwę włosów, po prostu czerwień to jego ulubiony kolor, w przeciwieństwie do białego, który jest dla Leo synonimem smutku, pustki. Nieoczekiwanie kolory te połączą się w jedno…

Jest jeszcze Silvia – przyjaciółka, która zawsze jest obok i kiedy trzeba wysłucha i doradzi, oraz Naiwniak – nauczyciel historii i filozofii. Pojawia się w szkole w zastępstwie za nieobecną

Okładka włoskiego wydania.

nauczycielkę a potem zostaje na stałe. To nauczyciel pasjonat, który potrafi zaciekawić uczniów, przekazać im trochę własnego zaangażowania w to, co robi, a nawet… skłonić do samodzielnego odrobienia pracy domowej – a nie tak, jak zwykle – odpisania jej od kolegów.

D’Avenia przedstawia historię z perspektywy Leo – łatwo było mu obrać ten sposób narracji, bo sam jest nauczycielem w mediolańskim liceum i z problemami uczuciowymi podopiecznych styka się na co dzień.

W powieści główny bohater wspomina o tym, że zagląda na blog swojego nauczyciela. Naiwniak wzorowany jest na samym autorze książki, który rzeczywiście prowadzi blog –  znajdziecie go tutaj.

Wyczytałam w nim, że w listopadzie ukazała się nowa powieść pisarza („Cose che nessuno sa” – „Rzeczy, których nikt nie wie”), a obecnie D’Avenia pracuje nad ekranizacją „Białej jak mleko…”. Film ma wejść do kin włoskich w 2012 roku.

Oto kilka cytatów z książki. O marzeniach:

„Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie.”  s. 24

„Chciałbym pozostawić po sobie jakiś ślad, a chyba tylko dzięki marzeniom, tym naprawdę wielkim, można to osiągnąć.”  s. 57

„Tak, mam pod oczami wory, które mi służą do przechowywania marzeń. Kiedy już znajdę moje marzenie, opróżnię worki i oczy zaczną mi błyszczeć, a spojrzenie stanie się lekkie.”  s. 60.

A tutaj możecie zobaczyć i posłuchać, jak autor czyta w klasie swoim uczniom pierwszy rozdział książki. Piękny jest ten język, cudowny po prostu:

Kto chciałby przeczytać pierwsze strony powieści może to zrobić na stronie wydawnictwa „Znak”, klikając w ikonę „Zajrzyj do książki”. A kto całość – zapraszam do biblioteki! 🙂

Jest nawet strona tej książki z materiałami dydaktycznymi dla uczniów i nauczycieli.

Read Full Post »

Po ostatniej służbowej wizycie w Krakowie (gdzie „Akapit Press” udzielił mi oszałamiającego rabatu) do naszej biblioteki trafiły m.in. następujące książki dla gimnazjalistów:

 

Wniosek z tego zakupu płynie taki, że warto wysyłać bibliotekarkę na wszelakie targi książki – nawet pomimo tego, że kiedy wizyta taka wypada w dniu roboczym, biblioteka jest wtedy zamknięta. Po spotkaniu z pisarką Martą Fox na Targach w Katowicach (na szczęście w sobotę!) uzmysłowiłam sobie, że mamy zbyt mało książek jej autorstwa i postanowiłam uzupełnić zbiory o  te powieści – uwielbiane przez nastolatki, doceniane przez tych, którzy literaturą zajmują się zawodowo: jej twórczość już dwukrotnie uhonorowano przez Polską Sekcję IBBY w konkursie Książka Roku.

Do waszej dyspozycji są więc opowieści o Karolinie XL – tytuł sugeruje, z jakim problemem przyszło jej się w życiu borykać. Bohaterka walczy o własną godność, ale też poszukuje akceptacji dla osób z nadwagą, co w czasach ogłupiającego kultu ciała wydaje się przedsięwzięciem karkołomnym.

Temat zgoła odmienny porusza Fox w innej książce –  „Iza Anoreczka” (autorka powiedziała, że starała się wymyślić zdrobnienie, które złagodziłoby wyraz pejoratywnego określenia „anorektyczka”). To opowieść o dziewczynie, która stara się zrobić karierę w świecie mody, w czym dopinguje ją matka, bo w karierze córki widzi też szansę dla siebie. Książka pisana jest w formie pamiętnika i to jej atut, bo gimnazjalistkom szczególnie podoba się proza pisana w ten sposób.

Ostatnia – „Paulina w orbicie kotów” to powieść o pewnej wielbicielce kotów, która prowadzi blog, i gdzie pewnego razu zamieszcza bardzo kontrowersyjny wpis: „Mam dwóch tatusiów…”.

Nie zapomniałam też o starszych – lub może: bardziej wyrobionych czytelniczo – odbiorcach. Dla nich kupiłam dwie książki Alice Munro wydane przez „Wydawnictwo Literackie” – „Zbyt wiele szczęścia” i „Widok z Castle Rock”.

Te opowiadania – dopiero od niedawna dostępne w Polsce –  doceniono już dawno na świecie (pisarka dostała m.in. prestiżową Man Booker International Prize, która przyznawana jest co dwa lata za całokształt twórczości).

Na okładce jej książki napisano: „To jedna z tych współczesnych pisarek, którą czytać się będzie i za sto lat”.  O dziwo zgadzam się z tą opinią i w tym przypadku nie skrzywiłam się po jej przeczytaniu (bo zazwyczaj takie notki zamiast do czytania zachęcać – skutecznie odpychają mnie od lektury, albo najzwyczajniej w świecie drażnią).

Munro pisze prosto i o zwykłych rzeczach, przeciętnych osobach (umie jednak literacko prześwietlić ich naturę niczym najnowszy tomograf),  banalnych wydarzeniach, w które nagle wdziera się „coś”, co każde nam poprawić się w fotelu (jeżeli akurat tam czytamy), zacisnąć mocniej palce na książce albo podejrzeć, za ile stron kończy się opowiadanie – bo chcielibyśmy jak najszybciej dowiedzieć się, co przygotowała dla nas pisarka przed postawieniem kropki w ostatnim zdaniu. Może to „coś” zabrzmiało zbyt mocno i wyobraziliście sobie, że Alice Munro stosuje chwyty rodem z powieści kryminalnych  – ale nic bardziej mylnego. To „coś” też jest zwykłe i bez znamion niesamowitości…

Jak napisała Joyce Carol Oates – a ja nie zrobię tego lepiej – „Munro posiada talent przemieniania tego, co zwyczajne, w dzieło sztuki”.

Jej opowiadania ujmują prostotą. Po ich lekturze nagle przypominamy sobie, że treść życia to nie wielkie chwile, na które czekamy, ale każdy bury poranek zwykłego dnia, o którym marzymy, żeby szybko się skończył.

Read Full Post »

W ubiegły czwartek na rynku pojawiła się książka o znamiennym tytule „Koniec epoki kredy” (Wydawnictwo „Agora SA”). Jej autorką jest Aleksandra Pezda, dziennikarka pisząca do „Gazety Wyborczej” o sprawach oświaty.

Jak nadążyć za pokoleniem, które urodziło się z myszką w dłoni i klawiaturą przyrośniętą do palców? Jak zrozumieć współczesne internetowe fascynacje dzieci i młodzieży, a potem oswoić je z pożytkiem dla nich i dla nas?

Podtytuł na okładce zdradza nam treść książki: „YouTube, Facebook, blogi, Wiki w klasie”. To przewodnik z pomysłami, jak wykorzystać możliwości internetu w pracy z uczniem. Jak urozmaicić nauczanie i aktywizować młodzież, sprawić, by wiedza wchodziła uczniom do głowy od niechcenia, przy okazji spędzania czasu w ich ulubiony sposób – kiedy są podłączeni do sieci.

Wszystkie rozdziały mają identyczny układ: krótkie wprowadzenie do danego zagadnienia (blog, Wikipedia itd.), przykłady tych, którzy wykorzystują te aplikacje do dzielenia się wiedzą,  proste wskazówki, jak dołączyć do grona obeznanych z tematem (korzystających z Facebooka, czy wrzucających filmik na YouTube).

Książka pisana jest z myślą o nauczycielach i rodzicach, ale według mnie to doskonałe kompendium dla wszystkich, którzy w prosty sposób chcą przyswoić wiedzę o najpopularniejszych usługach internetowych.

Szczególnie miło pisać mi o tej książce i polecać ją Wam, ponieważ w części poświęconej blogom, wśród zaledwie kilku opisanych przez autorkę, znalazł się również rozdział o tym, który czytacie w tym momencie – o blogu naszej biblioteki szkolnej!

Read Full Post »

Kupiłam ostatnio  w „Znaku” (na wyprzedaży, a jakże!) książkę Erin Einhorn „Ukryte stronice. Opowieść o jednym domu, dwóch rodzinach i Holokauście”. To tłumaczona z angielskiego opowieść, która ukazała się w USA w 2008 roku pod tytułem „The Pages In Between: A Holocaust Legacy of Two Families, One Home”.

Z notatki na okładce dowiadujemy się:

„Amerykańska dziennikarka Erin Einhorn przyjechała do Polski, aby odnaleźć rodzinę Skowrońskich, którzy ocalili jej matkę z rąk nazistów. Z jednej strony chciała doprowadzić do ponownego spotkania dwóch rodzin, z drugiej zaś obawiała się Polaków, których wyobrażała sobie jako antysemitów. Wizyty na krakowskim Kazimierzu, gdzie miała okazję poznać bliżej Polaków, przekonały ją, że wiele stereotypów jest fałszywych (…)”.

Dalej czytamy:

„Erin Einhorn wraz z przyjazdem do Krakowa musi zmierzyć się z przeszłością i teraźniejszością, rodzinną legendą i prawdą oraz wielką historią i prozaicznymi przeszkodami, które uniemożliwiają prawdziwe pojednanie.”

Z notek tych można wywnioskować, że książka dotyczy Krakowa, tymczasem – nic bardziej mylnego! Rozumiem zabieg krakowskiego wydawcy, który wspomina tylko o swoim mieście, w którym Einhorn mieszkała wprawdzie przez rok, ale powodem, dla którego autorka przyjechała do Polski, opisała historię matki i jej rodziny, była kamienica w Będzinie!!!

To właśnie tutaj urodzili się dziadkowie Erin, tutaj też na świat przyszła ich córka – Jehudt  (Irena) Frydrych. Urodziła się w 1942 roku na terenie istniejącego już wówczas getta. Przeżyła, ponieważ pewna Polka, Honorata Skowrońska, zgodziła się ukrywać ją podczas wojny.

Matka małej Irenki zginęła w Auschwitz, ale ojciec – Berek Frydrych przeżył i wrócił po swoją córeczkę. Zabrał ją do Szwecji, później zaś do USA, gdzie na stale zamieszkała. Pani Skowrońska w zamian za przechowanie Ireny dostała od Berka Frydrycha pełnomocnictwo upoważniające do zarządzania kamienicą przy ulicy Małachowskiego 20 w Będzinie. Frydrych nie wrócił do Polski po odzyskanie kamienicy należącej do jego rodziny. 60 lat później wraca tutaj jego wnuczka, Erin, która chciała poznać rodzinę Skowrońskich i miasto, gdzie na świat przyszła jej matka.

Nie będę zdradzała szczegółów, bo odebrałabym Wam przyjemność czytania, ale historia jest dosyć zawiła.

Dla mieszkańców Będzina ciekawe będą zapewne spostrzeżenia młodej dziennikarki zza oceanu dotyczące naszego miasta. Ciekawe i surowe, bez zbędnych uprzejmości. Książkę powinny przeczytać te wszystkie osoby, które mają dużo do powiedzenia o wyglądzie kamienic będzińskich, ale nie mają pojęcia, że ich nieuregulowany status prawny blokuje często możliwość renowacji czy remontu.

Strona autorki książki znajduje się tutaj.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »