Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2012

Zazdroszczę obecnym studentom katowickich uczelni. Nie tego, że są ode mnie młodsi, ale tego, że mają możliwość korzystania z najnowocześniejszych i zapierających dech w piersiach miejsc, oferujących dostęp do wiedzy i różnego rodzaju źródeł informacji – z cudownych bibliotek. Poprzednio pisałam o jednej z nich, teraz pora na kolejną, której oficjalne otwarcie odbywa się właśnie dziś – to Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka.

Zdarzało się, że podczas moich studiów bywałam na wykładach katowickiego Wydziału Nauk Społecznych, gdzie okna jednej z auli wychodziły na szkaradne i zaniedbane, stare lodowisko. Oczywiście, że nie dałabym sobie wtedy wmówić, że za kilka lat w tym miejscu będzie stała cudowna i najprzystępniejsza biblioteka w okolicy!

Budynek zaprojektowała pracownia HS99 – Dariusz Herman, Piotr Śmierzewski i Wojciech Subalski.

CINiBA reklamuje się jako biblioteka otwarta i nie jest to żadna ściema (jak bywa z reklamami), tylko rzeczywistość.

Wszystko pracuje tutaj na tę otwartość: rozwiązania architektoniczne, wolny dostęp do zbiorów i niesamowita atmosfera. Na mnie to działa. Chodziłam tam z otwartą ze zdumienia i szczęścia buzią, jak dziecko, któremu zafundowano wyjazd do Disneylandu. To jest od dziś mój biblioteczny Disneyland ;-).

Od momentu przekroczenia drzwi budynku potrzeba nam kilka sekund na zostawienie rzeczy w szafkach lub tradycyjnej szatni. (Szafki działają na 1 lub 2 zł. Żeby je zamknąć nie trzeba być świeżo po skoku na bank i mieć przy sobie całych 5 zł – tak jak w Bibliotece Śląskiej ;-)) A potem wystarczy pójść w miejsce, gdzie znajduje się to, co nas interesuje: książka, czasopisma czy multimedia. I brać, ile wlezie – tak po prostu – żadnych rewersów wypisywanych w pocie czoła.

Choć budynek jest ogromny, łatwo wszędzie trafić, bo na właściwy trop (i dział) naprowadzają punkty informacyjne, które wyróżniają się kolorystyką na tle futurystycznej i bardzo modnej szarości betonowych ścian. Układ książek jest działowy, wg UKD, czyli taki, jak w bibliotekach publicznych. I najważniejsze: żeby skorzystać z biblioteki na miejscu nie potrzebujemy żadnej karty! Po prostu wchodzimy i już! (Zupełnie odwrotnie, niż np. w BŚ).

Efekt otwartości widoczny już po wejściu do budynku. Półki z książkami od holu głównego oddzielają ściany z szyb.

Punkt informacyjny – po prawej. Miejsca między regałami jest tyle, że można tu jeździć na wrotkach 😉

To z pewnością będzie znak rozpoznawczy tej biblioteki – kręte schody na wyższe poziomy.

Na wszystkich trzech poziomach użytkownicy mają wolny dostęp do zgromadzonych materiałów – to znaczy, że zarówno książki do skorzystania na miejscu, jak i te do wypożyczenia, można wziąć sobie z półki samemu, przejrzeć i zadecydować, czy tego właśnie szukaliśmy. (Brak tutaj tradycyjnego podziału na książki w wypożyczalni i czytelni – wszystko jest tu wielką, ogólnodostępną czytelnio-wypożyczalnią.)

Łatwo zorientować się, czego nie można ze sobą zabrać do domu, bo oznaczone jest czerwoną kropką na grzbiecie. Oczywiście są też magazyny, które obsługują wyłącznie pracownicy – zgromadzono tam książki starsze, albo takie, które są rzadko wypożyczane.

Poziom 0, czyli parter: widok na książki z działów 7-Sztuka,Rozrywki, Sport i 8 – Językoznawstwo, Nauka o literaturze, Literatura piękna.

Z książek z czerwonymi kropkami na grzbietach można korzystać tylko na miejscu.

Na końcu regałów znajdują się pomarańczowe pudełka – miejsca na odłożenie książki wziętej wcześniej z regałów. Ich ponownym umieszczeniem w odpowiednim dziale zajmują się bibliotekarze. Tylko oni wiedzą, gdzie jest miejsce każdego woluminu 🙂

Poziom 1.

Czytelnia na poziomie 1.

Cudnie. Szarości, przestrzenie i wygodne miejsca do siedzenia.

Na poziomie 0 znajduje się tradycyjna wypożyczalnia, gdzie można odebrać książki zamówione z magazynów przez katalog online, a pozostałe, do których mamy swobodny dostęp, wrzucamy na swoje konto za pomocą samowypożyczalni (self-check) – urządzenia, do którego wkładamy kartę biblioteczną, a potem kładziemy na nim książkę. I już.

Wypożyczalnia tradycyjna, którą obsługują bibliotekarze.

A to już wypożyczalnia bezzałogowa – self-check 🙂

W nowoczesnej bibliotece należy być przygotowanym na najbardziej przyjazne dla człowieka udogodnienia i praktycznie nic nie powinno nas zadziwić. A jednak, kiedy zobaczyłam tę studentkę przy urządzeniu Bookeye, która skanowała na swoje potrzeby niezbędne fragmenty książek, a potem po prostu zapisywała to na pendrive’ie, zapłakałam w duszy nad sobą, moimi koleżankami i kolegami z roku. My siedzieliśmy w czytelni Wydziału Filologicznego nad tekstami dostępnymi tylko na miejscu i robiliśmy z czytanego tekstu dokładne notatki. CAŁYMI GODZINAMI. (Bo w końcu ileż można kserować?)

W bibliotece brakuje jednej rzeczy.

Tak jak do dyspozycji czytelników są kabiny do pracy indywidualnej i wrzutnia całodobowa do zwrotów książek, tak powinny być również dostępne 24 godziny na dobę boksy dla maniaków czytelniczych i miłośników tego miejsca. Dla tych, którzy po przyjściu do CINiBA dostali fioła na jej punkcie, jeszcze większego na punkcie łatwości i dostępności tego, co dotychczas tak dostępne nie było, a jedynym ich marzeniem jest teraz przebywać tam dzień i noc, i czytać, czytać, czytać, a w krótkich chwilach pomiędzy – przysypiać na wygodnej sofie ;-). (Oprócz sofy w takim boksie powinien znajdować się oczywiście jeszcze ekspres do kawy!)

Wrzutnia do zwrotu książek o każdej porze dnia i nocy.

Ktoś powiedział, że w nocy biblioteka wygląda, jak książki ustawione na półkach. Wszystko się zgadza.

W CINiBA jest też oczywiście sala seminaryjna, konferencyjna czy dydaktyczna. Na pewno będzie odbywało się tam wiele ciekawych spotkań, czego nie mogę się już doczekać.

Zastanawiam się, jak studenci będą nazywać to miejsce. Centrum Informacji Naukowej i Biblioteka Akademicka, czyli CINiBA, czego oczywiście nikt nie będzie wymawiał w pełnej wersji, zostanie pewnie już niedługo zastąpione jakimś krótkim Cin, albo Cinka. A może (czytając od tyłu): Baci – co byłoby miłe, bo po włosku znaczy to „całuski”.

Studenci Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego (BUŁ) nazywają swoją bibliotekę Bułą ;-), a ci z Warszawy – Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego – po prostu Buwem. Tu nazwa jest bardziej skomplikowana, bo trzeba pamiętać, że to nie biblioteka jednej uczeni, a dwóch: Uniwersytetu Śląskiego i Ekonomicznego z Katowic.

Zwał jak zwał, nieważne, najistotniejsze, że jest tam cudnie, o czym możecie przekonać się sami, bo to biblioteka bardzo OTWARTA na nowych użytkowników!

CINiBA w liczbach:

  • 54 km półek z książkami.
  • Obecnie jest tam 800 tysięcy woluminów (z tego 340 tysięcy w strefie wolnego dostępu).
  • Miejsca wystarczy jeszcze na milion książek…
  • W budynku może przebywać jednocześnie 1000 osób.

Dziękuję za pozwolenie na zrobienie zdjęć rzecznik CINiBA, Pani Jadwidze Witek.

Read Full Post »

Pamiętam remont tego miejsca. To było już dosyć dawno temu – było bardzo dużo gruzu i bardzo dużo kurzu. A potem oczom katowiczan odsłonił się pięknie odnowiony budynek stojący przy zbiegu ulic Warszawskiej i Szkolnej – siedziba dyrekcji Banku Śląskiego. Wychodzili z niego jedynie ważni panowie (i panie) z teczkami. Zwykły śmiertelnik mógł go sobie obejrzeć co najwyżej z zewnątrz, a o tym, co w środku – tylko sobie roić. Naturalnie, że zastanawiałam się, jak ślicznie musi być wewnątrz. Potem do budynku przeniósł się rektorat Uniwersytetu Medycznego, ale i wtedy nie było powodu, żeby go zwiedzić.

Dzięki temu, że w lipcu tego roku Biblioteka Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach zmieniła siedzibę, i z ul. Poniatowskiego, gdzie było już ciasno i coraz mniej nowocześnie, przeniosła się właśnie do tego pięknego miejsca, nie muszę już sobie wyobrażać, jak jest urządzone.

Dzięki uprzejmości Dyrektor Biblioteki, Pani Ewy Nowak, oraz mojej koleżanki ze studenckiej ławy, Justyny, która ma teraz przyjemność pracować w tym budynku, mogłam obejrzeć wszystko z bliska, zrobić dla Was zdjęcia i zamieścić je tutaj.

Zbiory przenoszono do budynku podczas wakacji, żeby wszystko mogło ruszyć od nowego roku akademickiego. Można sobie wyobrazić, ile napracowali się bibliotekarze, a mieli przed sobą również nie lada zadanie, bo należało zmienić układ całego księgozbioru – z dotychczasowego sygnaturowego na działowy (czyli bardziej przyjazny dla czytelników).

Oto wnętrza (tajemniczego do tej pory nie tylko dla mnie) budynku, obecnej siedziby Biblioteki SUM:

Prawda, że robi wrażenie?

Czytelnia książek nr 1. Uwagę wszystkich przyciąga od razu piękny żyrandol.

Czytelnia książek nr 2.

Czytelnia czasopism polskich.

Czytelnia czasopism zagranicznych. To regały o największej wartości, bo czasopisma zagraniczne potrafią kosztować majątek.

Czytelnia komputerowa. Tutaj wszyscy, którzy piszą jakiekolwiek prace, dostaną profesjonalnie wykonane zestawienie tematyczne.

Szafki dla czytelników i stanowiska z katalogiem online (czyli OPAC).

Drzwi wejściowe – fuzja zabezpieczeń bibliotecznych i poprzednich, bankowych.

Read Full Post »

Nagroda Literacka Nike przyznawana jest już od 16 lat. W tym roku po raz pierwszy w jej historii nagrodzono nie powieść, poezję czy dramat, a zbiór esejów – książkę Marka Bieńczyka „Książka twarzy” (wyd. „Świat Książki”).

W wywiadzie udzielonym Magazynowi WOK (Wszystko o Kulturze) zaraz po gali wręczenia nagrody pisarz powiedział, że podczas warsztatów literackich, które prowadzi, nikt nie chce nigdy pisać esejów. W ogóle eseje wydaje się w małych nakładach i nie czyta się ich gremialnie, dlatego ta nagroda jest dla niego szczególnie ważna.

Nazwał esej wampiryczną formą, bo okazuje się, że za każdym razem, kiedy zaczyna pisać prozę, zawsze ściąga go w stronę eseju.

Mówił też o tym, jak powstała książka: z tekstów pisanych dla siebie, i dla innych – na zamówienie. Wszystkie wyrosły jednak z namiętności do ludzi, o których opowiadał (a pisze m.in. o Słowackim, Krasińskim, Beenhakkerze, Górskim i Deynie).

Zdradził, że siedząc pewnego razu na pustym boisku we Francji doznał iluminacji, że wszystkie te jego pojedyncze teksty składają się w całość. Książka jest więc różnorodna, ale przy tym spójna.

Spodobało mi się, że autor powiedział, ze teraz będzie dalej pisał, bo nie ma nic innego lepszego do roboty! 🙂

Podczas wywiadu zdradził też, jak powstawały jego teksty: rano włączał jednocześnie ekspres do kawy i komputer. Ten zestaw bardzo działa na moją wyobraźnię (komputer oczywiście w roli maszyny do pisania).

Prowadzący wywiad zapytali pisarza, dlaczego warto czytać? Bieńczyk odpowiedział, że przeżył już wiele i próbował różnych rzeczy, ale nie ma nic piękniejszego od materialnego kontaktu z tekstem: chwili, w której siada się i dotyka papierowej książki, żeby ją przeczytać. Doskonale wiem, o czym mówił pisarz (podobnie jak i inni miłośnicy książek i czytania).

Marek Bieńczyk ze statuetką Nike. (fot. PAP/Radek Pietruszka).

Tytuł „Książka twarzy” to oczywiste nawiązanie do Facebooka – połączenie polskich odpowiedników słów „book” i „face”. Tak jak każdy ze społeczności fejsa określa się poprzez lajkowanie pewnych treści, tak Marek Bieńczyk pisząc o tym, co jemu bliskie, i co jemu się podoba – stworzył w ten sposób swój papierowy profil.

Na koniec jeszcze rzecz wyczytana już w „Gazecie Wyborczej”, która wywołała uśmiech na mojej twarzy. Marek Bieńczyk opowiadał tam, że w jego domu było bardzo dużo książek gromadzonych przez ojca, o którym powiedział tak:

– Co niedziela wymyślał mi tematy wypracowań. Zamiast iść do kościoła, siadałem nad kartką (…). Przynosił mi dwie koperty, jak w „Wielkiej grze”, i pytał, którą chcę. Nagrodą za tekst był bilet do kina czy na mecz…”.

Widać wszystko tu zadziałało: kreatywny rodzic i chętny do zabawy w literaturę mały Marek, przyszły laureat Nagrody Literackiej Nike AD 2012.

Read Full Post »

Sowa Bibliosfery

Czas na podsumowanie Tygodnia Zakazanych Książek, który obchodzono od 30 września do 6 października.

Popularyzatorem świętowania Banned Books Week na gruncie polskim jest pełna pomysłów i podpowiadająca dobre rozwiązania bibliosfera.net.  Z ich strony można było pobrać gotowe spisy wraz z krótką charakterystyką książek zakazanych (w wielu krajach, z wielu powodów i przez wiele lat).

W naszej biblio uczniowie mogli obejrzeć wystawę książek, przeczytać jak to się stało, że już ponad 30 lat obchodzone jest święto książek zakazanych i dowiedzieć się podstawowych informacji cenzurze.

Ogłoszenie na drzwiach biblio.

Klasy, które były u mnie na zajęciach, ze zdziwieniem słuchały o książkach palonych na stosie, o Index librorum prohibitorum i o tym, że nawet „Plastusiowy pamiętnik” – lekturę dla najmłodszych –  rzetelnie czytał cenzor, czego dowodem jest umieszczona w stopce redakcyjnej sygnatura cenzora.

Fragment stopki redakcyjnej „Plastusiowego pamiętnika”. Sygnatura cenzora podkreślona na czerwono.

Największe zainteresowanie wzbudzała w nich cenzura prewencyjna wcale nie tak znowu odległych czasów PRL-u, z ciekawością oglądali materiały wydane w tzw. drugim obiegu: ich kiepski papier, fatalną jakość odbitek.

Wydane w drugim obiegu.

Nawet po skończonej lekcji niektórzy zostali, żeby dyskutować dalej o cenzurze, która ma się dobrze np. za naszą wschodnią granicą. Jako przykład pokazałam im „Gazetę Wyborczą” z 2005 roku, która w ramach Akcji „Wolność słowa na Białorusi” 23 listopada opublikowała dwie okładki: jedną zwykłą, a w drugiej wykreślono te treści, które nie mogłyby się ukazać, gdyby gazeta wychodziła właśnie w sąsiednim kraju.

Chociaż oficjalnie obchody Tygodnia Zakazanych Książek się zakończyły, wystawa zostaje u nas w biblio jeszcze kilka dni – kolejne klasy przyjdą do mnie na zajęcia dotyczące cenzury i wolności słowa oraz tego, dlaczego i kiedy uważano, że „Pismo święte”, „Dziennik” Anny Frank czy „Charlie i fabryka czekolady” powinny zostać zakazane.

O tym, że wystawa wzbudza ciekawość i przynosi zamierzony efekt wiedziałam już od samego początku, bo po jej obejrzeniu uczniowie pytali: a czy można sobie pożyczyć te książki?

Lubię to! 😉

Read Full Post »

Byliśmy dziś na spektaklu „Mały Książe” według powieści Antoine de Saint-Exupéry’ego.

Wiadomo, co przeżywają uczniowie, kiedy wychodzą poza szkołę (do kina, czy do teatru – nieważne) – dziką radość, że przepadną im np. ostatnie lekcje. Dziś gimnazjaliści na każdej przerwie odliczali tylko, ile zajęć zostało jeszcze do wyjścia na przedstawienie.

Co natomiast chodzi wtedy po głowie nauczycielom, którzy idą z uczniami? Co robić, żeby zapanować nad nieposkromioną żywiołowością młodych w miejscu, gdzie należy ją raczej uśpić. Innymi słowy – co zrobić, żeby po prostu nie zrobili wiochy 😉

Wiochy nie było.

To po części zaleta charyzmy Marka Tercza, który tekst Exupéry’ego zaadaptował na scenę i wyreżyserował, oraz zagrał – m.in. autora książki. Trzeba tu wspomnieć, że Marek Tercz jest poetą, bardem i pieśniarzem – pisał m.in. dla krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”.

Magdalena Jarek jako Mały Książe i Marek Tercz jako Antoine.

Swoje zrobiła też forma spektaklu półotwartego – widzowie byli przez prowadzących zapraszani na scenę do zagrania ról: mamy, baranka czy króla.

Bartek zagrał baranka. Oczywiście został wybrany do tej roli nie bez przyczyny 🙂

Uczeń innej szkoły w roli króla.

O przedstawieniu tak powiedział jego reżyser:

Próbujemy zapomnieć, że Ziemia to planeta ŻYCIA! Po równi dla wszystkich, małych, prostych, krzywych czy wielkich, mocnych i butnych. Dlaczego tak się stało? Dlaczego?

Na te pytania po spektaklu „Mały Książe” być może łatwiej będzie odpowiedzieć. Ocalić w sobie zdziwienie i zachwyt, ową dziecięcą szczerość, oto zadania, które stawia sobie ten spektakl.

Młodzież zapamięta na pewno powtarzaną często myśl z książki: Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

 

Na koniec Tercz zaprosił na scenę uczniów, którzy wzięli udział w spektaklu, żeby im podziękować. A do reszty widowni powiedział:

Czytajcie książki, bo tworzą wyobraźnię! Kiedy oglądacie telewizję, idziecie do kina czy do teatru, macie przed oczami gotowe obrazy. A co widzicie, kiedy otworzycie książkę? Rzędy liter, wiersze, akapity. I tylko od was zależy, co zobaczycie przy czytaniu!

Spektakl przygotowała Agencja Artystyczna „Joanna” z Kielc. Zagrali: Marek Tercz, Magdalena Jarek, Waldemar Jaros (również realizacja muzyczna).

Pozostając w temacie Exupery’ego zamieszczam tutaj zdjęcia sprzed roku, o których myślałam, że się nie przydadzą.

W pewnym miasteczku na południu Europy, do którego nie należy absolutnie jeździć latem, bo przepychanie się między tysiącami turystów odbiera całą radość przebywania tam, znalazłam na obrzeżach, gdzie tych turystów było już niewielu, mały obelisk poświęcony autorowi Małego Księcia (Le Petit Prince). Władze Saint-Tropez odsłoniły go w setną rocznicę urodzin Exupéry’ego, a aleję, przy której się znajduje, nazwały jego imieniem.

Widok na Saint-Tropez.

Read Full Post »

W niedzielę 30 września zmarł Profesor Włodzimierz Wójcik – pochodzący z Będzina historyk literatury i regionalista, autor wielu publikacji poświęconych współczesnej literaturze polskiej.

Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie później się habilitował. Był m.in. dziekanem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego, twórcą Zakładu Literatury Współczesnej, założycielem Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, honorowym prezesem Będzińskiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich.

Jak podał portal sosnowiec.info.pl – 4 października o godz. 10.00 w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach odbędzie się msza, pogrzeb zaś na cmentarzu w Będzinie-Łagiszy. Dla uczestników pogrzebu zostanie podstawiony autokar.

Spotkanie z Profesorem W. Wójcikiem (po lewej) w MiPBP w Będzinie.

O jednym ze spotkań z Profesorem pisaliśmy na stronie dotyczącej kultury Będzina, którą stworzyliśmy z naszymi gimnazjalistami w 2007 r. (http://www.kultura.bedzin.cal.pl/artview.php?id=21)

Strona internetowa Profesora: http://www.wlodzimierzwojcik.pl/

Read Full Post »

Na ten blog można trafić, wpisując w wyszukiwarkę przeróżne rzeczy – wiem o tym, bo jako administrator mojej strony mam podgląd haseł wyszukiwawczych. Jest wśród nich także wyrażenie „tapeta na pulpit”, a to dlatego, że na początku tego roku pisałam tutaj o książkowej tapecie w formie kalendarza – na każdy miesiąc osobno.

To tapeta wydawnictwa „Znak”, który pod koniec ubiegłego roku ogłosił konkurs na zdjęcia o tematyce książkowej. Dwanaście zwycięskich fotek towarzyszy w kalendarzu poszczególnym miesiącom.

Dziś nie bez przyczyny o tym przypominam, bo na październikowej tapecie widnieje niskie pomieszczenie piwniczne jednego z antykwariatów w miasteczku książek – Redu. Zastawione jest oczywiście regałami i pudłami, a na jednym z nich siedzę ja.

„Moja” tapeta na październik – można ją pobrać bezpośrednio stąd 🙂

Oczywiście, że polecam ściągnięcie! 😉

Read Full Post »

« Newer Posts